Wszystko, co musisz wiedzieć, aby skutecznie działać na rzecz wolności w swojej gminie.
Co łączy Stanisława Lema, sztuczną inteligencję, IKEĘ i koszmary o zgubieniu się w obcym mieście? Prawdopodobnie jest to film Backrooms. Bez wyjścia. Obejrzałem i polecam.
Jest to przede wszystkim film o samotności. O tym, że o pewnych rzeczach nie da się opowiedzieć – trzeba je zobaczyć lub przeżyć, ale nawet wtedy będą one czymś innym niż dla tego, kto ogląda je lub przeżywa razem z nami. Tytułowe backroomy to oczywiście wizualizacja tego ciężkiego labiryntu ludzkiej psychiki, w którym nawet my sami potykamy się co chwila i gubimy.
Ale wątek samotności jest eksploatowany jeszcze dalej i lepiej. Dla mnie backroomy to coś jak ocean z Solaris Stanisława Lema. Pokraczne sposoby nawiązania kontaktu czynione przez obie strony – ludzi i backroom (ocean) – są z góry skazane na porażkę. W filmie, podobnie jak w książce Lema, pojawia się też motyw próby urządzenia się w egzystencjalnym koszmarze.
Sama koszmarność backroomu jest w filmie bardzo sugestywna. Motyw przeciskania się przez zwężenia, pokonywania absurdalnych pochylni i schodów świetnie rozgrywał już - tyle że słowem, nie obrazem - Marek S. Huberath w Miastach pod skałą i w Portalu zdobionym posągami.
Bezsensowna architektura trochę przypomina mi piekło z Hellraisera i przypominałaby mi też Bibliotekę Babel Jorge Luisa Borgesa, gdyby była regularna i powtarzalna, ale taka nie jest. Jest jednak - jak Biblioteka - przytłaczająca i praktycznie nieskończona. Niefunkcjonalne meble, rozrzucone graty, przetworzone przez coś lub przez kogoś, komu kazano narysować psa, ale ten ktoś go nigdy nie widział, kojarzą mi się wizualnie z Sanatorium pod Klepsydrą. Ale też – co świetnie widoczne jest w filmie – z wycieczkami do sklepów z meblami, biur, szpitali, osiedli powtarzalnych domów, z amerykańskim krajobrazem tamtejszych miast, luźno powiązanych ze sobą prostopadłościanów rozrzuconych wokół autostrady.
Na jakimś poziomie Backrooms. Bez wyjścia to nie tylko film grozy, ale również film science fiction. Widzimy w nim naukowców próbujących zrozumieć naturę backroomu i prowadzących swoje wysiłki w zorganizowany sposób. To jeszcze nie przesądza o fantastycznonaukowej naturze filmu samego w sobie, ale jeśli potraktujemy ten obraz jako część większego lore, to już jak najbardziej taka klasyfikacja staje się uprawniona. W Internecie można zapoznać się z szerszą historią backroomu i dowiedzieć się, że jest to wynalazek, który początkowo miał pozwolić na składowanie odpadów oraz zapewnić niewyczerpane zasoby powierzchni magazynowej.
Taka przemysłowa podświadomość, wyparcie i zamiatanie pod dywan tego, czego nie chcemy kupić, oraz tego, co powstaje przy okazji powstawania produktów, które kupujemy. W tym sensie backroomy są historią o zdobyczy technologicznej, która wymknęła się spod kontroli, ale również środowiskową przestrogą. Wpisują się w szerszy nurt współczesnego science fiction, które zagrożenia nie widzi już w Marsjanach, lecz w nadużyciu środowiska, w którym żyjemy.
Ale da się też odczytać Backrooms. Bez wyjścia jako film o dolinie niesamowitości pokazanej jako architektura, dzięki czemu staje się ona bardzo łatwa do zauważenia. W naszej rzeczywistości z doliną niesamowitości mamy coraz częściej do czynienia z uwagi na rosnące wykorzystanie modeli językowych. Chińskich pokoi, które – ponownie wracam tu do słów z filmu – nigdy nie widziały psa, ale próbują go narysować. Nasza wyobraźnia wykoślawia się przez nadmiar czytanych i słuchanych, nawet bardzo krótkich, komunikatów czy lektur. Coraz mniej ludzkich, poskładanych tak, jak chce tego ślepy przecież algorytm. Jeżeli backroom widzimy jako reprezentację naszej podświadomości, to ta jest coraz mniej nasza. Coraz bardziej obca. I przez to, dla nas samych, coraz bardziej wroga.
Marcin Chmielowski
Jeśli człowiek ma prawo rządzić samym sobą, każdy zewnętrzny rząd to tyrania. Stąd konieczność obalenia Państwa. Taka była logiczna konkluzja, którą musieli przyjąć Warren i Proudhon i która stała się fundamentalnym punktem ich filozofii politycznej. Tę właśnie doktrynę Proudhon nazwał Anarchizmem, słowem pochodzącym z greki i oznaczającym niekoniecznie brak porządku, jak się zwykło domniemywać, lecz brak władzy.