Tło

Murray Rothbard

Liberalny samorząd
Kurs podstawowy

Wszystko, co musisz wiedzieć, aby skutecznie działać na rzecz wolności w swojej gminie.

Aktualności
kalendarz2026-04-17osobaKris Kaleta

Oto historia o pieniądzach, polityce, władzy i smutnej rzeczywistości, z którą musimy się mierzyć, gdy dyskutujemy w zasadzie o wszystkim, co dotyczy współczesnej gospodarki. Mam więc nadzieję, że przeczytacie ją w całości, nawet jeśli piłka nożna nie należy do waszych zainteresowań ani nie jest waszą ulubioną dyscypliną sportu. Właściwie, jeśli nie interesuje was piłka nożna, być może jest to najlepszy powód, aby jednak to zrobić.

Rzecz się dzieje na początku 2026 roku we Wrocławiu, jednym z najbardziej dynamicznie rozwijających się polskich miast. Jego władze wyczarowują znikąd 30 milionów złotych (około 7 milionów euro) dla swojego największego klubu piłkarskiego, Śląska Wrocław. Termin i okoliczności są tu bardzo istotne, ponieważ klub kilka miesięcy wcześniej spadł z Ekstraklasy do pierwszej ligi i – zdaniem jego zarządu – groziła mu finansowa katastrofa, przed którą uchronić mogło go wyłącznie miasto (czyli wrocławscy podatnicy).

Jak poprawnie zakłada większość osób śledzących losy tego typu spółek w naszym kraju, takie wsparcie finansowe nie było niczym nowym. Przez lata Śląsk wykazywał niezwykłą, konsekwentną zdolność do pochłaniania publicznych pieniędzy przy nikłym czy wręcz żadnym zainteresowaniu tym tematem ze strony mediów lub mieszkańców miasta.

Aby zrozumieć, dlaczego jest to tak szokujące, potrzebny jest pewien kontekst.

Tylko w latach 2016–2024 Wrocław przelał na konto klubu łącznie 172,5 miliona złotych, czyli około 40 milionów euro. Zrobił to, mając na karku zadłużenie rzędu 7 miliardów złotych. Nie jest to jednak historia biedującej gminy. Wrocław jest bowiem powszechnie uważany przez Polaków za jedno z najlepszych miast w kraju pod względem jakości życia i kipiącej energią kultury. Położony w pięknej okolicy – z górami i parkami narodowymi w odległości do dwóch godzin drogi (Sudety!). Jest ambitny i rozwijający się, zdaje się zawsze być w trakcie jakiejś nowej inwestycji i oferować coś ciekawego dla swoich mieszkańców. A przy tym nie jest za duży.

Można by pomyśleć, że to niemal idealne miejsce do życia. Jest jednak pewien haczyk. Nawet odnoszące sukcesy miasto musi radzić sobie z kosztownymi realiami miejskiego budżetu – dzieli przecież te same codzienne obowiązki co inne samorządy w kraju i na świecie. Wymaga to od Wrocławia alokacji środków podatników w celu sfinansowania różnych obszarów funkcjonowania miasta, takich jak szkoły i transport, usługi dla osób z niepełnosprawnościami, różnego rodzaju wsparcie społeczne (zasiłki) czy utrzymanie ulic, a przy tym wszystkim musi mierzyć się z niesłabnącą presją mieszkaniową.

Ogólnie rzecz biorąc, Wrocław dźwiga na swoich barkach wszystkie te obowiązki, ale ma też wspomniane spore zadłużenie – powszechny problem polskich miast.

A jednak zawsze znajdą się pieniądze dla Śląska.

Karol Michalak wspomniał w swoich tekstach sprzed kilku miesięcy o tych problemach – dzięki temu zrobił więcej niż ktokolwiek inny, by publicznie nagłośnić i opisać tę patologię. Jak wykazuje Karol, programy wczesnego wspomagania rozwoju dziecka otrzymały we wspomnianym okresie z budżetu miejskiego 44,5 miliona złotych. Specjalne przedszkola dla dzieci z niepełnosprawnościami – 36 milionów. Pomoc żywnościowa dla rodzin w trudnej sytuacji – 30,9 miliona. Usługi rehabilitacyjne dla osób z niepełnosprawnościami – 19,2 miliona. Pomoc materialna dla uczniów – 5,5 miliona. Suma wydatków na wszystkie wymienione programy jest niższa od kwoty, która w ostatnich latach trafiła do klubu piłkarskiego.

Dla wolnorynkowca to niekończący się zestaw lampek i sygnałów ostrzegawczych. Ale również, a może przede wszystkim, to po prostu powód do odczuwania smutku i bycia zdegustowanym zepsuciem systemowym.

Wrocław znalazł więcej pieniędzy dla zawodowych piłkarzy niż dla dzieci z niepełnosprawnościami; wydał więcej na klub piłkarski niż na pomoc żywnościową, rehabilitację, wsparcie uczniów i ochotniczych służb ratunkowych razem wzięte.

A ponoć to libertarianie są bezduszni...

Można dyskutować o legalności i etyce każdego budżetu miejskiego, biorąc pod uwagę jego koszty dla podatników i korzyści, jakie im przynosi, a także to, czy jest – stosując dowolną metodologię – optymalny. Jednak pewne wydatki należą do zupełnie innej kategorii. Finansowanie pensji zawodowych piłkarzy, którzy działają w głęboko skomercjalizowanym i zglobalizowanym świecie europejskiego sportu, nie jest poważną odpowiedzią na pytanie, jak zarządzać finansami miasta. Nie jest bowiem koniecznością na żadnym poziomie.

A jednak zawsze znajdą się pieniądze dla Śląska.

Rzecz jasna Wrocław nie jest wyjątkiem. Weźmy na przykład Płock – ośrodek miejski zamieszkiwany przez niewiele ponad sto tysięcy ludzi, położony przy brzegu Wisły, ze zwartym starym miastem oraz rafinerią Orlenu tuż za granicami miasta. Jak wiadomo, Orlen to jedna z największych firm petrochemicznych w Europie Środkowej, z przychodami na poziomie blisko 75 miliardów dolarów w zeszłym roku. Skarb Państwa posiada w niej prawie 50 procent udziałów.

W latach 2016–2024 miasto przelało do płockiej Wisły co najmniej 102 miliony złotych (ponad 30 milionów euro). Przypomnę, że mowa o mieście zamieszkiwanym przez niewiele ponad sto tysięcy ludzi i o zawodowym klubie piłki nożnej w komercyjnej lidze piłkarskiej.

Przenieśmy się teraz na południe: na Górny Śląsk. Otóż w Piaście Gliwice i w Górniku Zabrze na klubowych kontach pojawiły się kwoty rzędu 100 milionów złotych. Z kolei w GKS-ie Katowice – 96 milionów. Ziemia niegdyś będąca stolicą polskiego rozwoju przemysłowego i industrializacji stała się cmentarzyskiem środków publicznych, które – zamiast przeprojektować potencjał gospodarczy regionu – marnowane są na rozsiane po całym regionie różne kluby piłkarskie najwyższego poziomu rozgrywkowego.

Nie powinniśmy w ogóle zastanawiać się nad tym, czy są to działania etyczne i dobre ze społecznego punktu widzenia, ponieważ w każdej kategorii rozważań w tym obszarze odpowiedź jest przecząca.

Pytanie, które powinniśmy sobie zadać, brzmi: jakiego rodzaju mechanizm umożliwia taką sytuację? Co sprawia, że dzieje się to niezawodnie, rok po roku, w kilkudziesięciu polskich miastach jednocześnie, pozornie bez żadnej kontroli, która w zasadzie uniemożliwiłaby wydatkowanie środków publicznych na taką skalę, gdyby chodziło o każdą inną kategorię w budżecie miasta?

No dobrze, najpierw wyjaśnijmy sobie jedną podstawową rzecz: nie jest to seria wypadków przy pracy ani zbiór przypadkowych, niepowiązanych ze sobą zdarzeń, które po prostu rozegrały się jednocześnie w całym kraju, rok po roku, przez całą trzydziestosześcioletnią historię polskiej gospodarki rynkowej.

Bynajmniej.

Jest to efekt systemowy – całkiem zresztą wewnętrznie spójny. Zrozumienie tego systemu wymaga odłożenia na bok typowego lekceważenia tematu na zasadzie „To tylko sport” czy „Są ważniejsze problemy do rozwiązania”, a następnie przyjrzenia się temu, co polska piłka nożna tak naprawdę mówi nam na temat przepływu publicznych pieniędzy czy też tego, kto na tym korzysta.

I wreszcie, dlaczego tak trudno jest to powstrzymać.

Idea wyboru publicznego

James Buchanan, który w 1986 roku otrzymał Nagrodę Banku Szwecji im. Alfreda Nobla w dziedzinie ekonomii za zastosowanie rozumowania ekonomicznego do zachowań politycznych, spędził większość swojej kariery nad pozornie prostą obserwacją: osoby zasiadające w rządach to istoty ludzkie, które dążą do rozwoju swoich karier (kto z was po przeczytaniu tego zdania pomyślał: „Przecież to oczywiste?”). Interesują się zatem różnymi rodzajami politycznych (i ekonomicznych) bodźców, takich jak chociażby pragnienie pozostania u władzy. Gdy to zaakceptujemy, wiele pozornie zagadkowych zachowań politycznych stanie się oczywistych.

Zacznijmy od wspomnianych na wstępie 30 milionów złotych „inwestycji” w Śląsk Wrocław na początku tego roku.

Czy wiedzieliście, że trzydziestomilionowa dotacja wrocławskiego magistratu dla piłkarskiego Śląska rozkłada się na około 47 złotych na jednego mieszkańca tego pięknego miasta? Dla przeciętnego wrocławskiego podatnika to tyle co nic. Gubi się w miejskim budżecie opiewającym na miliardy złotych, bo to mniej więcej tyle, ile trzeba by zapłacić za jeden posiłek na mieście dla jednej osoby. To mniej niż zestaw Classic z frytkami w Burger Ltd (Wrocław, Psie Budy 7/8/9).

Dlaczego zatem miałoby cię to obchodzić, jeśli jesteś mieszkańcem Wrocławia i płacisz tu podatki? Nie warto się tym przejmować, prawda?

Spójrzmy jednak z szerszej perspektywy na beneficjentów owej dotacji: piłkarzy klubu, trenerów, zarząd oraz cały ekosystem agentów, prawników i innych pasożytów, którzy czerpią korzyści z tej działalności. Dla nich wspomniane 47 złotych pomnożone przez sześćset pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców miasta daje pensje opiewające na kilkaset tysięcy. Co miesiąc.

Nie jestem pewien, czy przywołane źródło jest poprawne, ale z przytoczonych w nim informacji wynika, że sam roczny kontrakt Mariusza Malca wynosi około 740 tysięcy złotych. Trzeba do tego doliczyć dodatkowe pieniądze, które Śląsk musiał zapłacić, by ściągnąć go z innego klubu, opłaty, którymi musiał podzielić się z jego agentami, i tak dalej, i tak dalej.

Przy budżetowaniu klubu zaangażowanych jest co najmniej kilka osób lub organizacji. Wielu, wielu beneficjentów.

Ale zazwyczaj gdy dyskutujemy o budżetach klubów takich jak Śląsk Wrocław czy Wisła Płock, mówimy o kwotach zagregowanych. W końcu, jak twierdzą niektórzy politycy: „To tylko tyle i tyle rocznie na osobę w naszym mieście. A przy tym będziemy mieć tyle frajdy i niezłą promocję miasta dzięki tego rodzaju wydatkom publicznym”.

Wrócimy jeszcze do twierdzeń polityków; skupmy się najpierw na ekonomii.

To właśnie ten typ zjawiska Buchanan nazwał koncentracją korzyści i rozproszeniem strat (ang. concentrated benefit with dispersed costs), a więc sytuacją, w której niewielka, dobrze zorganizowana grupa otrzymuje duże, konkretne zyski z instytucji politycznej. Koszty z kolei rozłożone są na dużą, niezorganizowaną populację, a więc stają się w zasadzie niewidoczne. Przecież pensja Malca to zaledwie 1,1 złotego rocznie na osobę. To tyle co nic, prawda?

Większość ludzi ma lepsze rzeczy do roboty niż wyszukiwanie informacji na temat finansowania klubu piłkarskiego w ich mieście. Jasne, albo lubią klub, albo nie, śledzą piłkę albo nie, ale przez większość czasu tak naprawdę nie przejmują się tym aż w takim stopniu. Pracują, wychowują swoje dzieci, utrzymują swoje domy, mają swoje hobby. Tańczą, spacerują, biegają, czytają jakieś głupie artykuły na Substacku i tak dalej.

Zrozumienie zawiłości finansowania miejskiej piłki nie przynosi większości ludzi żadnej materialnej korzyści.

I jeszcze jedna ważna kwestia – z punktu widzenia przeciętnego Kowalskiego pojedynczy głos nie może niczego zmienić. Nawet jeśli rzeczony Kowalski zauważy coś, co wymaga interwencji, często czuje, że nic z tym nie może zrobić. Czuje, że prawdopodobieństwo, iż jego głos zadecyduje o wyniku wyborów czy przesądzi o jakiejś istotnej zmianie, jest nieskończenie małe.

Oczekiwany zysk z bycia dobrze poinformowanym jest więc bliski zeru.

Co jest racjonalne w polityce?

Anthony Downs nazywa to racjonalną ignorancją. Bryan Caplan napisał na ten temat fascynującą książkę pod tytułem Mit racjonalnego wyborcy, którą gorąco polecam.

Politycy rozumieją to doskonale. Nie obawiają się reakcji dobrze poinformowanych wyborców, ponieważ ci często nie zadają sobie trudu, by się doinformować. Informacje są – technicznie rzecz biorąc – publiczne (co zaspokaja wymogi przejrzystości), ale pozostają w zasadzie niewidoczne dla większości zainteresowanych.

Dlatego radni miejscy robią w przestrzeni publicznej, co im się żywnie podoba, dopóki nie zareaguje odpowiednio duża liczba wyborców naraz.

Tego rodzaju racjonalna ignorancja niemal gwarantuje im reelekcję.

W ramach dygresji – gdy firma inwestuje w rozwój produktu, tworzy nieistniejącą wcześniej wartość. Mamy zatem do czynienia z grą o sumie dodatniej. Gdy ta sama firma lobbuje na rzecz dotacji lub korzystnych regulacji, walczy o większe kawałki istniejącego już tortu. Mamy w związku z tym do czynienia co najwyżej z grą o sumie zerowej, a jeśli doliczymy wszystkie pieniądze zmarnowane na lobbing – z grą o sumie ujemnej.

W zasadzie z tego typu sytuacją spotykamy się na co dzień w polskiej piłce nożnej. W swej istocie polskie kluby piłkarskie po mistrzowsku aktywnie poszukują renty (ang. rent-seeking), by posłużyć się nazwą zjawiska opisanego przez Gordona Tullocka.

Inwestują dużo w relacje polityczne. Działacze klubowi utrzymują bliskie kontakty z radnymi miejskimi i prezydentami miast. Organizują demonstracje sympatyków tak, aby zbiegły się w czasie z obradami nad budżetem. Dlatego w pewnym momencie media zaczynają donosić, że władze jednego czy drugiego miasta twierdzą, iż piłkarska „inwestycja” przyniesie ogromne zyski mieszkańcom (wyborcom). Gmina zleca badania, które mają dowieść, że wpłynie to między innymi na lokalną gospodarkę.

Oczywiście! Każdy zastrzyk środków publicznych wpływa na lokalną gospodarkę. Podstawowe pytanie brzmi jednak: w jaki sposób?

Przypadek Chorzowa jest tu wielce wymowny, gdyż ujawnia mechanizm funkcjonowania omawianego systemu. Miasto ogłosiło przetarg za 4 miliony złotych na promocję swojego wizerunku z wymaganiami, które mógł spełnić tylko Ruch Chorzów – włączając w to obowiązkowe użycie hasła, które, tak się składa, jest klubowym sloganem marketingowym. Stworzono prawny pozór, przeprowadzając konkurencyjną procedurę przetargową skonstruowaną tak, aby wygrać mógł tylko jeden oferent.

Pomnóżcie to przez kilkadziesiąt gmin, setki milionów złotych, lata wyrobionej praktyki, a poszukiwanie takiej renty stanie się normą.

Ci, którzy w tym uczestniczą, angażują się w coś, co określa się mianem iluzji fiskalnej (ang. fiscal illusion) – prawdziwa skala rządowych dotacji zaciemniana jest przez wiele rozdrobnionych mechanizmów. Tym samym uniemożliwia to obywatelom zrozumienie skumulowanego wpływu fiskalnego. Śląsk Wrocław był sponsorowany przez tak wiele instytucji społecznych, że pewnie nawet urzędnicy w ratuszu mogą mieć problem z wyliczeniem ich wszystkich.

To znaczy, umówmy się – nawet wrocławskie zoo przesyłało pieniądze Śląskowi...

Jest jeszcze jeden instrument często wykorzystywany przez polityków w ramach tego rodzaju scenariusza. Używają wyrafinowanych sposobów, by przedstawiać klubowe „inwestycje” jako kluczowe finansowanie instytucji społecznych. Twierdzą wówczas (a pomagają im w tym media!), że wydawanie pieniędzy na drużynę piłkarską jest równoznaczne z finansowaniem szpitali czy teatrów, bo przynosi miastu podobną wartość.

Wracając do przypadku Śląska Wrocław, jest on jeszcze bardziej interesujący, ponieważ wiąże się z czymś, co w ekonomii znane jest jako efekt przemytników i baptystów (ang. Bootleggers and Baptists Effect).

To doprawdy fascynująca koncepcja. Bruce Yandle, który wpadł na ten pomysł, opisuje, jak różnego rodzaju programy polityczne często wspierane są przez niespodziewany sojusz moralnych orędowników jakiegoś przepisu (baptystów) oraz żywo zainteresowanych nim stron (przemytników). Baptyści to w naszym przypadku oddani i wierni fani, którzy postrzegają klub jako święty symbol wspólnoty. Ich pasja dostarcza moralnej legitymizacji dla publicznego finansowania – naprawdę musimy wesprzeć klub, bo inaczej upadnie. Prawda?

W tym samym czasie przemytnicy – agenci, piłkarze i kontrahenci – wyciągają miliony z klubowego budżetu.

Politycy służą interesom przemytników, ukrywając się za moralną osłoną zapewnianą im przez baptystów. Oni to wszystko doskonale rozumieją – niezależnie od tego, czy potrafią to fachowo nazwać, czy nie. Nie boją się przecież reakcji mieszkańców (wyborców), którzy nie zadadzą sobie trudu, by się doinformować.

Dotacja chroniona jest przez samą strukturę demokratycznej uwagi, co było widoczne w licznych dyskusjach na platformie X przez ostatnie kilkanaście tygodni.

I tak, gdy osoba z zewnątrz kwestionuje efektywność ogromnej „inwestycji” (choć każdorazowo powinniśmy mówić wprost o wydatku publicznym), politycy i przemytnicy przedstawiają wówczas tego rodzaju krytykę jako atak na tożsamość fanów i lokalne dziedzictwo. W efekcie tego typu przechwycenie tożsamości sprawia, że polityczny sprzeciw wobec dotacji dla klubów piłkarskich jest niezwykle kosztowny, ponieważ przedstawiany jest nie jako głos w debacie na temat stanu finansów miasta, lecz jako zdrada kulturowa. Zdrada drużyny, a nawet zdrada identyfikacji społecznej.

Innymi słowy, ludzie czują, że sprzeciwianie się temu mechanizmowi jest złe i źle postrzegane.

Można by zapytać: dlaczego to wciąż działa?

Odpowiem najprościej, jak się da: system istnieje i funkcjonuje, ponieważ sprzyjają mu podstawowe bodźce ekonomii politycznej. Inaczej mówiąc, działa i ma się dobrze, ponieważ opłaca się tym, którzy są w niego bezpośrednio zaangażowani.

Żyjemy w demokratycznym systemie politycznym. Głosujemy na grupę ludzi, która następnie decyduje, jak wydawane są nasze pieniądze w różnych sektorach. Ale podejmując wspomniane decyzje, wybrani przez nas politycy i decydenci wchodzą w interakcje z różnymi innymi podmiotami, które starają się wywierać na nich wpływ.

Wiedzieć, dlaczego dany system istnieje, nie jest tym samym, co rozumieć, jak ów system działa.

Istnieje użyteczna rama teoretyczna pozwalająca zrozumieć tego rodzaju interakcje. Określa się ją mianem gospodarki uwikłanej (ang. entangled economy), a rozwinął i spopularyzował ją Richard E. Wagner z Uniwersytetu George’a Masona. Kluczowe spostrzeżenie tej koncepcji głosi, że wymiana rynkowa i polityczna przenikają się lub też przelewają się jedna w drugą. A kiedy tak się dzieje, z logiką obu dzieje się coś naprawdę interesującego.

Aby przekonać się, jak wspomniany system działa w praktyce, wpierw musimy zrozumieć jedno podstawowe rozróżnienie. Na modelowym (wolnym) rynku wymiany są dobrowolne i z definicji wzajemnie korzystne. Chcesz obejrzeć mecz piłkarski? Kupujesz bilet, a klub otrzymuje pieniądze. Proste. Obie strony są zadowolone albo transakcja nie dochodzi do skutku.

Wymiana polityczna działa na odmiennej zasadzie. Gdy gmina przekazuje pieniądze klubowi piłkarskiemu, nie mamy do czynienia z obustronną zgodą. Osoba płacąca – ty, wraz z tysiącami innych podatników – często jest niedobrowolnym uczestnikiem takiej transakcji. Nie oznacza to, że z pewnością i każdorazowo sprzeciwiałbyś się sponsorowaniu klubu piłkarskiego ze środków publicznych. Chodzi o strukturę. W tego rodzaju scenariuszu brakuje sygnału cenowego, który w normalnych warunkach kieruje decyzjami rynkowymi, gdyż urzędnik podejmujący decyzję nie ponosi z tego tytułu żadnych kosztów. Radny głosujący za trzydziestomilionową dotacją dla Śląska Wrocław nie wydaje przecież 30 milionów złotych z własnej kieszeni. Co najwyżej może przez to stracić kilka głosów. Ale, jak już wspominałem, racjonalna ignorancja sprawia, że jest to bardzo mało prawdopodobne.

Wagner twierdzi, że nowoczesna gospodarka jest i jednym, i drugim – splątanym tak, że patologie rynku i polityki wzajemnie się wzmacniają. Polska piłka nożna na szczeblu gminnym jest w tym sensie niemal doskonałym studium przypadku.

Podążajcie za pieniędzmi, a mechanizm stanie się jeszcze bardziej widoczny.

Polskie samorządy zgromadziły niezwykle wszechstronny zestaw narzędzi służący im do przeznaczania publicznych pieniędzy na piłkę nożną. Najprostszym mechanizmem jest podwyższenie kapitału. Miasto po prostu nabywa udziały w klubie będącym spółką akcyjną. Udziały te zazwyczaj trudno jest wycenić, przez co w zasadzie nie sposób ich sprzedać i spieniężyć. W księgach rachunkowych miasta figurują jako aktywa, niemniej ich wartość nie pokrywa się z tym, za co zapłacono. Transakcja przypomina inwestycję, choć w praktyce jest dotacją.

Załóżmy teraz, że miasto chce odprzedać swoje udziały prywatnemu inwestorowi. Okazuje się to trudne nie tylko dlatego, że owe udziały nie mają łatwej do ustalenia i zweryfikowania ceny rynkowej. Kluczową przeszkodą jest perspektywa nierównej rywalizacji komercyjnej. Każdy potencjalny nabywca zdaje sobie bowiem sprawę, że jako prywatny właściciel musiałby później konkurować na boisku z klubami wciąż należącymi do innych miast – a więc z podmiotami mającymi dostęp do praktycznie niczym nieograniczonych wydatków publicznych. Prywatne pieniądze kontra kasa kilku miejskich samorządów – nie jest to pojedynek, w który większość inwestorów chciałaby się dobrowolnie zaangażować.

Następnie mamy umowy promocyjne. Miasto nabywa reklamę lub widoczność w przestrzeni publicznej po cenach niemożliwych do utrzymania na żadnym konkurencyjnym rynku. Umowy te czasami są przetargowe, niemniej warunki przetargów napisane są tak, że funkcjonalnie wybierają klub jeszcze przed rozpoczęciem procedury.

Kolejną warstwę stanowią pożyczki i konwersje długu. Wyobraźmy sobie sytuację, w której klub, aby zachować płynność finansową, zaciąga w mieście pożyczkę. Gdy nadchodzi termin spłaty, w klubowej kasie brakuje na to środków. Miasto nie egzekwuje jednak zwrotu gotówki – zamiast tego roluje dług, przenosząc go na przyszłość, odraczając termin albo konwertując wierzytelność na nowe udziały. I tak w nieskończoność. Dług nigdy nie znika – po prostu zmienia formę i jest wiecznie odraczany.

Pośrednictwo spółek komunalnych dodaje kolejną warstwę nieprzejrzystości. Miejskie wodociągi, firma transportowa, a nawet lokalne zoo stają się podmiotami współfinansującymi klub, podpisując z nim umowy sponsorskie. Pieniądze wciąż pochodzą od podatników, tyle że przechodzą teraz przez pośrednika o strukturze komercyjnej, jeszcze bardziej rozmywając i tak rozmytą już odpowiedzialność polityczną.

Wreszcie, są same stadiony – być może najwytworniejszy mechanizm ze wszystkich. Miasto buduje, posiada i utrzymuje obiekty piłkarskie. Obsługuje dług, pokrywa koszty jego utrzymania, a nierzadko płaci nawet rachunki za media. Klub z kolei płaci preferencyjny czynsz, zazwyczaj znacznie poniżej stawek rynkowych, przechwytując całą lub większość komercyjnej wartości dodanej, takiej jak wpływy z biletów i sponsoringu meczowego. Aktywa publiczne stają się w efekcie ukrytą dotacją operacyjną.

Ale – i warto to podkreślić – jest to przynajmniej namacalny składnik aktywów. W przeciwieństwie do dotacji czy nigdy niespłaconej pożyczki, stadion pozostaje w księgach rachunkowych miasta. Gdy nadejdzie czas na prywatne inwestycje, miasto może jeszcze spróbować to wykorzystać – choćby poprzez sprzedaż stadionu nowym właścicielom klubu.

Zagłębie Lubin stanowi w tym kontekście najbardziej wyrazisty przypadek. KGHM, gigant miedziowy w większości należący do Skarbu Państwa, od lat de facto finansuje całą działalność tego klubu. Raportowane liczby są wprost oszałamiające – skumulowany sponsoring rzędu dziewięciocyfrowych kwot w ciągu ostatniej dekady. KGHM nie jest rzecz jasna organizacją charytatywną. To spółka w dużej mierze publiczna z mniejszościowymi akcjonariuszami i formalnymi zobowiązaniami handlowymi. Ale to także spółka, której zarząd mianowany jest politycznie i której kierownictwo rozumie, że pewne wydatki są od niej oczekiwane.

W badaniach akademickich określa się to mianem klientelizmu symbiotycznego (ang. symbiotic clientelism). Spółki Skarbu Państwa finansują kluby. Kluby zapewniają polityczną osłonę i wsparcie politykom, którzy owe spółki kontrolują. Następnie ci sami politycy utrzymują czy też ustalają instytucjonalne warunki, które pozwalają pieniądzom płynąć dalej. Pętla jest zamknięta, samonapędzająca się i prawie niemożliwa do przerwania z zewnątrz.

Drugim mechanizmem jest fragmentacja. Relacje finansowe rozproszone są między wystarczającą liczbą instytucjonalnych węzłów, by żaden pojedynczy podmiot nie mógł zostać pociągnięty do odpowiedzialności za całość – tu zoo, tam spółka mieszkaniowa, i tak dalej. „Samo miasto nie jest za wszystko odpowiedzialne, więc my, politycy, nie jesteśmy odpowiedzialni za ten i tamten transfer”.

Nie musi to być żaden skoordynowany i dobrze zaplanowany spisek. Może to być po prostu naturalny rozrost systemu, w którym każdy z jego uczestników zachęcany jest do poszukiwania nowych źródeł i kanałów finansowania, a nikt nie jest zachęcany, by zsumować wszystkie te źródła i kanały i podliczyć, ile tak naprawdę pieniędzy trafia na konta klubów.

Rezultatem jest jednak wspomniana iluzja fiskalna na poziomie instytucjonalnym.

Co zabawne, nie tylko obywatele nie mają pełnego obrazu sytuacji. Nieświadomi często są również sami politycy. Nawet dziennikarze, którzy próbują odtworzyć całkowitą sumę środków publicznych przelewanych na konta klubów, mają problem z dokonaniem stosownych obliczeń.

Jak wiadomo, system jest stabilny przez wiele cykli wyborczych, pomimo okazjonalnych procesów sądowych i wybuchów publicznego oburzenia. Przygotowując się do napisania tego tekstu, czytałem artykuły zarówno z pierwszej, jak i z drugiej połowy drugiej dekady XXI wieku, ale i z początku lat dwudziestych. Każdy z autorów opisywał problem i wzywał do jego rozwiązania.

A jednak system niezmiennie trwa i ma się dobrze. Dlaczego?

Aby to zrozumieć, trzeba przyjrzeć się czemuś mniej widocznemu niż budżety i kontrakty.

Socjolog Mark Granovetter spędził większość swojej kariery naukowej na demontażu pewnego szczególnego sofizmatu ekonomicznego – idei, że rynki zaludnione są przez abstrakcyjne jednostki podejmujące racjonalne decyzje w próżni. Jak twierdził, prawdziwe działania ekonomiczne są w czymś zakorzenione. Zachodzą między ludźmi, którzy (w większości przypadków) dobrze się znają, którzy są sobie coś winni, którzy mają wspólną historię, świadczą sobie przysługi, ale i mają o coś do siebie żal.

Rzecz jasna czasami dokonujemy wymian z całkowicie obcymi i przypadkowymi ludźmi lub organizacjami, ale najczęściej decydujemy się na to w zaufanym środowisku lub w zaufanych sieciach.

Decyzja o przekazaniu 30 milionów złotych klubowi piłkarskiemu zapada, ponieważ zaangażowane osoby i podmioty dobrze się znają. We Wrocławiu musielibyśmy spojrzeć na znanego polityka krajowego, Grzegorza Schetynę, i jego ludzi skupionych wokół tego dolnośląskiego klubu. W pewnym momencie był on odpowiedzialny za sekcję piłkarską Śląska Wrocław, mimo że powszechnie kojarzony jest z koszykarską częścią jego działalności.

Weźmy Szymona Michałka, który został prezydentem Chorzowa. Nie dostał się tam tylnymi drzwiami – wygrał wybory, otrzymując 54 procent głosów w pierwszej turze. Bardzo lubiany przez swoich ludzi i mieszkańców. Zanim zajął się polityką, był młodzieżowym działaczem w sekcji ultrasów chorzowskiego klubu – jego związek z klubem i ze społecznością piłkarską był całkowicie autentyczny. Kiedy przekuł to w kapitał polityczny, obiecując w pewnym momencie budowę nowego stadionu za, bagatela, 400 milionów złotych i deklarując, że będzie chronił klub na każdym polu, nie budował czystego sentymentu, lecz raczej zaprzęgał coś autentycznego w służbę znacznie węższego zakresu interesów.

To właśnie sprawia, że omawiany problem jest tak trudny do rozwikłania.

Wartość tworzona przez owe sieci jest prawdziwa. Wspólna tożsamość, wspólna pamięć, poczucie, że twoje miasto ma coś, na czym warto skupić się w sobotnie popołudnie – żaden z tych elementów nie jest ani fałszywy, ani wymyślony.

Ale mechanizm finansowania, który to podtrzymuje, wykorzystuje ludzi, którzy nigdy nie wyrazili zgody na uczestnictwo.

Sieć tworzy coś, co warto posiadać, a następnie obciąża kosztami całe miasto i zatrzymuje większość różnicy (zyski) dla siebie.

Wymiar tożsamościowy jest również tym, co czyni polityczny sprzeciw wobec dotacji tak kosztownym. Kiedy polityk przedstawia dalsze finansowanie klubu piłkarskiego jako działanie mające na celu obronę dziedzictwa lokalnej wspólnoty, w zasadzie nie kłamie. Klub naprawdę wiele znaczy dla wielu ludzi.

Niemniej znaczenie klubu czy utożsamianie się z nim zostają zaangażowane do obrony czegoś zupełnie innego. Sprzeciwianie się dotacji ze środków publicznych zaczyna przypominać sprzeciwianie się samemu klubowi – i tak oto debata fiskalna zostaje po cichu zastąpiona testem lojalności.

Wróćmy jednak do efektu przemytników i baptystów. Pierwotny przypadek dotyczył prohibicji w Stanach Zjednoczonych. Sprawa była dość prosta: baptyści popierali ją z powodów moralnych, przemytnicy natomiast dlatego, że eliminowała ich legalną konkurencję i otwierała im rynek zbytu. Koalicja była w zasadzie niestabilna, ale w praktyce trwała, ponieważ obie grupy chciały tego samego rozwiązania politycznego, tyle że z zupełnie innych powodów.

W przypadku polskiej piłki nożnej baptyści to oddani i wierni fani. To ludzie, dla których klub autentycznie jest symbolem zbiorowej pamięci i lokalnej dumy. Może to być przypadkowa osoba na platformie X, lokalny dziennikarz, taki jak Marcin Torz, a nawet lokalny radny.

Przemytnicy z kolei to ludzie i organizacje wokół klubu – często politycy i ich sieć powiązań, którzy czerpią kapitał z tego uwikłania, lecz także piłkarze zarabiający kilkaset tysięcy złotych, agenci pobierający prowizje od transferów, dyrektorzy otrzymujący wynagrodzenia za zarządzanie i tak dalej.

Tego rodzaju koalicja jest naprawdę potężna, ponieważ baptyści dostarczają moralnej legitymizacji, podczas gdy przemytnicy dostarczają mięśni lobbingowych i zasobów finansowych. Politycy mogą z poważną miną twierdzić, że bronią wartości wspólnotowych, podczas gdy w rzeczywistości służą prywatnym interesom różnych podmiotów.

Krytycy znajdują się w roli tych złych osób z zewnątrz, które atakują coś, co ludzie przecież autentycznie kochają. Między innymi dlatego wywołuje to tak gorące dyskusje na platformie X. Lecz także dlatego żadne miasto nie chce być tym pierwszym, które postanowi przeciąć ten iście gordyjski węzeł.

Rozważmy pozycję nastawionego na reformy prezydenta Wrocławia. Wycofuje dotację – klub cierpi w porównaniu z rywalami, którzy wciąż otrzymują swoją porcję publicznych pieniędzy, i może nawet spaść do niższej klasy rozgrywkowej z powodu braku zainteresowania prywatnych inwestorów.

Rzecz jasna fani obwiniają za taki tan rzeczy urzędującego prezydenta, a więc jego przeciwnik w następnych wyborach może startować z jednym prostym hasłem: „Przywrócimy klubowi jego poprzednią, należną mu pozycję! Odbudujemy naszą lokalną dumę! Sprawmy, by Śląsk znów był wielki!”.

Rozważmy grę, w której możliwe są tylko dwa wyniki:

1. Zbiorowe wycofanie się miast z finansowania klubów przyniosłoby korzyść wszystkim podmiotom w ligach piłkarskich w całej Polsce.

2. Ale jednostronne wycofanie się z finansowania karze tego, kto się wycofuje (niższa szansa na konkurowanie z klubami prywatnymi, jeśli potencjalny inwestor wciąż czuje, że nie ma jak konkurować z publicznym finansowaniem).

To brutalna, lecz prosta gra – jeśli nie chcesz zatonąć, wykonaj ruch.

Istnieje wiele podobnych schematów omawianych przez ekonomistów w ciągu ostatniego stulecia, związanych głównie z ideą wspólnych zasobów i logiką Mancura Olsona.

Ale wracając do omawianej gry – nikt nie wykonuje ruchu, a wyścig dotacji trwa, dopóki nie skończą się pieniądze. Jednak koniec końców, jak odkrywa obecnie jednocześnie kilka polskich miast, do tego dochodzi.

Zanim koszty staną się widoczne, koszty zmiany (ang. switching costs) urosną do ogromnych rozmiarów. Kontrakty zostały podpisane w oczekiwaniu na ciągły strumień dochodów. Piłkarzom obiecano przecież sowite wynagrodzenia. Dług stadionowy został skonstruowany w oparciu o prognozy przychodów zakładające ciągłe wsparcie publiczne.

Jeśli w systemie pojawi się zator, może to doprowadzić do ruiny wszystkiego i wszystkich.

Zaprzestanie finansowania klubu środkami publicznymi to nie tylko wycofanie dotacji czy sprzedanie klubu; to również wywołanie kaskady niewypłacalności i zawiedzionych oczekiwań, wina za które nieuchronnie zostanie zrzucona na tego, kto wyciągnął wtyczkę – a nie na dwadzieścia lat decyzji, które sprawiły, że jej wyciągnięcie było koniecznością.

Pamiętacie sagę wokół potencjalnej sprzedaży Śląska Wrocław pod koniec 2025 roku? Nigdy do niej nie doszło, a mieszkańcy obwiniali za to lokalne władze. Z czasem wyszło jednak na jaw, że inwestorzy chcieli, aby miasto w dalszym ciągu udzielało jakiejś formy pomocy finansowej – aby kontynuowało jakąś formę zaangażowania. Podobne schematy obserwowano w innych polskich klubach na przestrzeni lat – przychodzili inwestorzy z prywatnymi pieniędzmi i domagali się pewnych form wydatków publicznych. „W przeciwnym razie – mówili – doprowadzimy klub do bankructwa”. Gminy ochoczo podpisywały więc spreparowane, na prędce sporządzone umowy lub odkupywały klub z obawy przed wspomnianymi reperkusjami politycznymi.

I koło się zamyka. Im dłużej system działa, tym bardziej staje się niezbędny i tym więcej tworzy się grup interesu, których utrzymanie zależy od jego dalszego funkcjonowania. To nic innego jak systemowa zależność (ang. path dependence) w jej najbardziej dotkliwej postaci.

Z czasem mieszkańcy dostosowują swoje oczekiwania. Obywatele rozwijają pewien rodzaj wyuczonej bezradności – niekoniecznie dlatego, że to aprobują, ale dlatego, że ich preferencja dla zmian nigdy nie znalazła realnego ujścia.

Zaczęliśmy normalizować sytuację w polskiej piłce nożnej, ponieważ nikt nigdy nie wygrał tej wojny. To przegrana sprawa. Wszyscy o tym wiedzą.

Za zamkniętymi drzwiami wiele osób przyznaje, że coś jest nie tak. Ale publicznie milczą, ponieważ powiedzenie czegoś niepopularnego wiąże się z kosztem społecznym wyższym niż oczekiwana korzyść z bycia wysłuchanym.

I tak wielu polityków, którzy w przeszłości walczyli z wydatkami publicznymi na sport w całym kraju, obecnie w pełni popiera status quo.

Ale w grudniu 2025 roku prokuratura w Katowicach postawiła zarzuty dwudziestu czterem osobom w związku z nielegalnymi transakcjami w Ruchu Chorzów, opiewającymi łącznie na 29 milionów złotych, za okres między 2011 a 2019 rokiem. W trakcie śledztwa zgromadzono sto sześćdziesiąt tomów dowodów i przesłuchało ponad stu świadków. Wśród oskarżonych był między innymi Andrzej K., były prezydent miasta, którego oskarżono o działanie na szkodę miasta, manipulowanie procedurami przetargowymi i łamanie prawa wyborczego.

Zastosowane mechanizmy były wręcz podręcznikowe. Osiemnaście milionów złotych pożyczek, z których 12 milionów zostało przelanych na konto klubu przez spółkę komunalną Centrum Przedsiębiorczości, aby ukryć prawdziwą skalę tego procederu. Dodatkowo każdego roku wykupywano udziały. Wisienką na torcie był wspomniany wcześniej, zmanipulowany przetarg za 4 miliony złotych, którego wymogi zostały tak precyzyjnie skonstruowane, że tylko jeden oferent mógł go wygrać.

Dotacje nie tylko zniekształcają rynki – zniekształcają również wyniki wyborów politycznych, ponieważ ludzie, którzy odnoszą dzięki nim największe korzyści, to właśnie osoby najbardziej zmotywowane do głosowania. Jednocześnie obraz prawny jest bardziej skomplikowany, niż sugerowałaby skala omawianych patologii.

Prawo unijne zakazuje pomocy publicznej, która zakłóca konkurencję w sposób niezgodny z zasadami funkcjonowania wspólnego rynku. To, czy i jak owe ramy prawne mają zastosowanie do dotacji udzielanych klubom piłkarskim w polskich warunkach gminnych, jest na dobrą sprawę kwestią sporną, zależną od kwestii selektywności, rozróżnienia między autentycznymi usługami świadczonymi w ogólnym interesie gospodarczym a komercyjną rozrywką oraz od zakresu uznania kompetencji Komisji Europejskiej w zakresie egzekwowania prawa.

Ale ponownie, śledztwo w Chorzowie zostało wszczęte na podstawie przepisów kodeksu karnego dotyczących nadużycia stanowiska publicznego i oszustwa przetargowego, a nie unijnych zasad zakazujących pomocy publicznej.

W efekcie, moim zdaniem – w przeciwieństwie do wielu innych podobnych gier – zaobserwujemy upadek tego systemu.

Oto użyteczny eksperyment myślowy. Wyobraźcie sobie, że jesteście reformatorem. Ale nie takim stereotypowym, naiwnym reformatorem – przeczytaliście bowiem liczne raporty i rozumiecie różne mechanizmy w grze. I wbrew przeciwnościom udaje wam się przeforsować wprowadzenie nowego wymogu przejrzystości finansowej. Odtąd każda złotówka publicznych pieniędzy trafiająca na konto klubów piłkarskich w Polsce musi być szczegółowo ewidencjonowana, a sprawozdania finansowe muszą być publikowane kwartalnie. Czujecie, że coś się zmieniło – tyle że nie w kierunku, który sobie zamierzyliście i o którym marzyliście.

W ciągu dwóch cykli budżetowych bezpośrednie dotacje z miejskiej kasy co prawda spadły, wzrosły natomiast wpływy z tytułu umowy marketingowej z miejskimi wodociągami. Pojawiła się nowa umowa promocyjna, za którą stoi miejska agencja rozwoju gospodarczego. Zoo podpisało świeżą umowę sponsoringu z klubem. Pojawiło się kilkadziesiąt nowych kanałów, z których każdy skutecznie ominął waszą reformę. Całkowity przepływ publicznych pieniędzy pozostał mniej więcej taki sam jak wcześniej.

Daliście systemowi okazję do treningu, a on wrócił szczuplejszy, silniejszy i bardziej kreatywny.

Nassim Nicholas Taleb opisał antykruchość jako strukturę, która nie tylko wytrzymuje stres, ale wręcz dzięki niemu rozkwita. Każda próba reformy ujawnia nową słabość w sieci. Każde dochodzenie prokuratorskie identyfikuje, w bolesnych szczegółach, które mechanizmy były wystarczająco widoczne, by przyciągnąć uwagę, tak aby następna iteracja była w stanie je ominąć.

Jest też inna warstwa tych rozważań – głęboka asymetria informacji. Wtajemniczeni dobrze wiedzą, które połączenia budżetowe są potencjalnie niebezpieczne, a które nie. Wiedzą dokładnie (często jeszcze zanim nowe przepisy zostaną uchwalone i wprowadzone w życie), co obejmują nowe zasady, a czego nie regulują – czasem dlatego, że sami konsultowali projekt w trakcie prac legislacyjnych. Zanim radny opozycji lub dziennikarz śledczy zorientuje się, co się dzieje, mechanizm zdąży się już zmienić.

Przechwycenie regulacyjne (ang. regulatory capture) zamyka tę pętlę. Organy nadzoru obsadzone są przez tych, którzy żyją w tym samym świecie co ludzie, których mają nadzorować. Dzielą polityczne założenia i obracają się w tych samych kręgach towarzyskich (choćby dlatego, że są członkami partii politycznych), ale jako że mieszkają w tym samym mieście, ich dzieci mogą chodzić do tych samych szkół co osoby, o których piszą lub z którymi będą konkurować o stanowiska w gminie.

W związku z powyższym rygorystyczna kontrola zaczyna na pewnym poziomie wydawać się oznaką braku lojalności wobec własnej partii, sąsiada czy ojca kolegi twojego syna.

- - -

I, jak już wspominałem, wierzę również, że omawiany system w końcu sam się pożre.

Dlaczego? Ponieważ w polskiej piłce nożnej jest coraz więcej pieniędzy, a coraz większy ich odsetek to pieniądze prywatne.

A także dlatego, że pojawił się ktoś, kto faktycznie zainicjował zmianę. Nazywa się Jarosław Królewski. Szacunek!

W tym kontekście pojawi się zapewne większa presja na zmianę mechaniki finansowania tego – jakby nie patrzeć – komercyjnego rynku.

Ponadto, większa liczba graczy politycznych w końcu uświadomi sobie, że mogą kapitalizować na odwrotności tego mechanizmu – zwłaszcza ci, którzy działają na poziomie krajowym, dzięki czemu nie są zakładnikami lokalnych powiązań.

Mając to wszystko na uwadze, cieszmy się jednak weekendowymi meczami!

Kris Kaleta

Tekst pierwotnie ukazał się w języku angielskim na Substacku autora

Wolność tworzy możliwości!
Wesprzyj naszą działalność - wpłać dowoloną kwotę lub zgłoś chęć wolontariatu
background
Nasze publikacje
Mój jest ten kawałek podłogi

Oddajemy w Wasze ręce owoc niemal dwuletniej pracy nad projektem Wolność pod lupą. Niniejszy raport zawiera wyniki badania opinii publicznej sfinansowanego za pomocą zbiórki crowdfundingowej i przeprowadzonego na nasze zlecenie przez Instytut Badań Spraw Publicznych na reprezentatywnej grupie Polaków, jak również wnioski, jakie zespół badawczy pod kierownictwem dr. Marcina Chmielowskiego wyciągnął z rezultatów sondażu.