Wszystko, co musisz wiedzieć, aby skutecznie działać na rzecz wolności w swojej gminie.
W gronie libertarian od dekad toczy się debata, która – choć intelektualnie stymulująca – jest w gruncie rzeczy bezproduktywna i oparta na błędnym założeniu. Spór o to, czy fundamentem wolności jest deontologia (etyka niezbywalnych praw), czy konsekwencjalizm (etyka skutków), jest na dobrą sprawę jałowy, gdyż opiera się na sztucznej dychotomii. W rzeczywistości sprowadza się on bowiem do rozstrzygania, co jest ważniejsze: działanie „2 + 2”, czy jego wynik, czyli „4”.
W równaniu tym deontologia pełni funkcję procesu – jest samym działaniem matematycznym, czyli „2 + 2”. Stanowi ona zbiór zasad wynikających z natury człowieka, obejmujących przede wszystkim poszanowanie prawa do życia, wolności i własności, co znajduje swój wyraz w zasadzie nieagresji (ang. non-aggression principle,NAP).
Z kolei konsekwencjalizm jest wynikiem, czyli „4”. To pożądany, obserwowalny rezultat, jaki system polityczno-gospodarczy powinien generować: rozkwit człowieka, harmonię społeczną i powszechny dobrobyt. Obydwie te koncepcje są zatem nie tylko ze sobą kompatybilne, ale wręcz logicznie współzależne i wzajemnie się wzmacniają.
Jednak gdy traktujemy deontologię i konsekwencjalizm jako przeciwieństwa, obie idee tracą na sile, a na wierzch wypływają ich mankamenty. Co więcej, okazuje się wówczas, że wady każdej z nich są niczym innym, jak brakiem zalet posiadanych przez tę drugą.
Klasycznie rozumiana deontologia, wywodząca swoją nazwę od greckiego słowa déon (obowiązek), stoi w wyraźnej opozycji do opartego na mierzeniu rezultatów konsekwencjalizmu. Dla deontologów, z Immanuelem Kantem i jego imperatywem kategorycznym na czele, źródłem moralności nie jest efekt końcowy, lecz wewnętrzna słuszność samego czynu[1]. Działanie uznaje się za moralne wyłącznie wtedy, gdy wynika ono z poczucia obowiązku i zgodności z uniwersalnymi regułami – takimi jak prawdomówność czy poszanowanie cudzej własności – niezależnie od tego, jak korzystne lub bolesne mogą być jego bezpośrednie skutki.
Podejście to kładzie potężny nacisk na autonomię jednostki, traktując każdego człowieka jako cel sam w sobie, a nie jako środek do realizacji zamierzeń innych ludzi, co stanowi fundament ochrony praw i godności. Jednakże owa bezkompromisowość bywa również piętą achillesową tego nurtu. Współcześni badacze, idąc śladem Charliego Dunbara Broada, krytykują deontologię za jej nadmierną „sztywność”[2]. Ślepe przywiązanie do reguł, bez uwzględniania kontekstu, może bowiem w skrajnych przypadkach prowadzić do rozwiązań sprzecznych z intuicją, a wręcz moralnie katastrofalnych, gdzie czystość zasad staje się ważniejsza niż realne dobro człowieka.
Fundamentem myśli deontologicznej w ujęciu libertariańskim jest ontologiczna pierwotność jednostki. To z niej wywodzi się zasada autowłasności, zgodnie z którą każdy człowiek posiada wyłączne prawo do swojego ciała i umysłu. Koncepcja ta, zakorzeniona głęboko w tradycji Johna Locke’a[3], stanowi punkt wyjścia dla całej teorii prawa własności, które jest jednym z praw naturalnych – istniejącego jeszcze przed pojawieniem się instytucji państwa i niezależnie od niej. Wśród kluczowych myślicieli rozwijających ten nurt na czoło wysuwa się Robert Nozick. W swojej wpływowej książce zatytułowanej Anarchia, państwo i utopia uzasadnia on istnienie jedynie państwa minimalnego (nie mylić z państwem minimum), podkreślając prymat praw negatywnych („wolności od”) nad roszczeniowymi prawami pozytywnymi.
Nie sposób jednak mówić o deontologicznym libertarianizmie, pomijając postać Murraya Rothbarda. To on zdefiniował bowiem zasadę nieagresji (NAP) jako absolutny zakaz inicjowania użycia siły fizycznej lub oszustwa przeciwko innej osobie i jej własności (czyli nozickowskiej „wolności” od agresji)[4]. Dla Rothbarda i jego następców NAP nie jest jedynie wskazówką, lecz kamieniem węgielnym moralności, warunkującym sprawiedliwość. Warto jednak pamiętać, że nawet tak rygorystyczne podejście wymaga głębszego uzasadnienia, które odnajdujemy chociażby w filozofii Kanta, nakazującej traktować drugiego człowieka zawsze jako cel sam w sobie, nigdy jako środek do celu.
W praktyce deontologia objawia się poprzez bezwzględny sprzeciw wobec naruszania praw jednostkowych, nawet jeśli tego rodzaju naruszenie mogłoby przynieść korzyść ogółowi danej społeczności. Najbardziej jaskrawym przykładem zastosowania tej logiki – a zarazem jej ograniczeń, gdy oderwana jest od konsekwencji danego działania – jest kwestia zanieczyszczeń. Ścisłe, absolutystyczne stosowanie zasady nieagresji mogłoby prowadzić do wniosku, że nawet najmniejsza cząsteczka dymu przekraczająca granicę sąsiedniej posesji jest aktem agresji. Taka interpretacja, choć zgodna z „czystą” deontologią, doprowadziłaby do absurdu: zatrzymania całej nowoczesnej cywilizacji, transportu i przemysłu, co w efekcie skazałoby miliardy ludzi na życie w nędzy lub śmierć.
W podobny sposób absolutyzm deontologii uwidacznia się w sytuacjach granicznych takich jak przypadek łodzi ratunkowej. Gdy dojdzie do jej przeładowania, rozbitkowie skazują się na śmierć, gdyż każdy z nich ma takie samo prawo do ratunku, a zainicjowanie agresji stanowiłoby bezwzględne naruszenie NAP-u. Zgodnie z drugą formułą imperatywu kategorycznego – zasadą promowania człowieczeństwa – wyrzucenie pasażera za burtę oznaczałoby instrumentalne potraktowanie jednostki. W rezultacie, ceną za zachowanie czystości moralnej byłaby śmierć całej grupy, co stoi w sprzeczności z instynktowną strategią przetrwania, wykształconą w toku ewolucji biologicznej.
Deontologia bez wglądu w skutki ma również trudność z wyjaśnieniem, dlaczego morderstwo jest gorszym naruszeniem prawa niż intencjonalne, lekkie popchnięcie – odpowiedź leży bowiem w konsekwencjach (stopniu szkody), a nie w samej zasadzie odwołującej się do naruszenia czyjejś integralności cielesnej.
Przechodząc do drugiego elementu naszego równania, musimy zdefiniować jego wynik, czyli „4”. Konsekwencjalizm, w odróżnieniu od etyki obowiązku, ocenia moralność działań na podstawie ich skutków. W ujęciu libertariańskim reprezentuje on pożądany stan rzeczy: rozkwit człowieka, bogactwo oraz pokój i harmonię społeczną. Jest to etyka, która zadaje pytanie „Dlaczego?” i poszukuje na nie odpowiedzi w rzeczywistości empirycznej.
Klasyczny konsekwencjalizm zakłada, że miarą słuszności danego działania jest maksymalizacja pozytywnych wyników: użyteczności, dobrobytu lub ogólnego szczęścia. Jednak w swojej utylitarystycznie naiwnej formie nurt ten niesie za sobą ryzyko tyranii, sugerując, że cel uświęca środki[5]. Relatywizuje on moralność, uznając na przykład, że poświęcenie praw mniejszości lub systemowa agresja mogą być „dobre”, o ile w danym miejscu i czasie przynoszą korzyść. Jest to jednak błąd logiczny – niemożliwe jest bowiem uzyskanie poprawnego wyniku „4” (trwałego dobrobytu) poprzez zastosowanie błędnego działania, na przykład „2 - 3” (łamanie zasad). Takie podejście nieuchronnie prowadzi do naruszania praw naturalnych i w konsekwencji – do błędnego wyniku końcowego.
I właśnie tu tkwi sedno problemu. Klasyczni utylitaryści (konsekwencjalizm czynów) oraz podążający za nimi utylitaryści preferencji (zaspokajania indywidualnych pragnień i interesów danej jednostki), choć szlachetnie zakładają, że ludzkość powinna dążyć do uszczęśliwienia jak największej liczby jednostek, popełniają fundamentalny błąd. Zupełnie pomijają bowiem fakt, że stosując relatywizm moralny, w istocie redukują potencjalną pulę szczęśliwych ludzi, czym zaprzeczają samym sobie. Wniosek jest więc dość prosty: konsekwencjalizm w takim niekonsekwentnym ujęciu nie jest w stanie osiągnąć wyniku postulowanego przez libertarian.
Już John Stuart Mill, choć kojarzony z rozwijaniem myśli utylitarnej Jeremy’ego Benthama, dostrzegał pęknięcia w tym sztywnym podziale. Paradoksalnie, w swoich rozważaniach odwoływał się do imperatywu kategorycznego Immanuela Kanta, sugerując, że owa fundamentalna zasada etyczna może – a wręcz powinna – być interpretowana jako test konsekwencji powszechnego przyjęcia danej zasady[6].
Myśl tę rozwinęli dwudziestowieczni teoretycy Richard Mervyn Hare i David Cummiskey. Wychodząc z założenia, że zasady moralne stanowią uniwersalne i bezwyjątkowe zalecenia, wykazali, iż nadawanie równej wagi dobru każdego człowieka prowadzi nas bezpośrednio do osiągnięcia najlepszego ogólnego wyniku. Uznali tym samym, że kantowski imperatyw jest kompatybilny z konsekwencjalizmem i że jest to „po prostu utylitaryzm wyrażony innymi słowami”.
Podejście to znalazło wyraz w tak zwanym konsekwencjalizmie reguł. Zakłada on, że zamiast oceniać każde pojedyncze zdarzenie, powinniśmy opierać się na systemie ogólnych zasad, które w długim okresie przynoszą społeczeństwu najlepsze rezultaty.
Problem z tego rodzaju stanowiskiem polega jednak na tym, że odgórnie narzucone reguły wciąż mogą naruszać prawa jednostkowe, co czyni to ujęcie niesprawiedliwym. Sprawiedliwość wymaga bowiem komposybilności (współmożliwości): wzajemnej niesprzeczności wszystkich praw w danym systemie. Oznacza to, że realizacja uprawnień jednej jednostki nie może logicznie wykluczać możliwości realizacji uprawnień drugiej.
Jedynymi zasadami gwarantującymi taką spójność są libertariańskie prawa naturalne: prawo do życia, wolności i własności. Kształtowały się bowiem na przestrzeni dziejów w toku ewolucji biologicznej jako optymalna strategia przetrwania, wynikła z natury człowieka i dynamiki relacji społecznych. Nie zostały więc narzucone z góry, lecz wyłoniły się oddolnie jako fundament pokojowej kooperacji.
Dowody na to, że strategia ta prowadzi do najlepszych wyników, są przytłaczające i mają charakter empiryczny. Badania ekonomiczne jednoznacznie wskazują na silną korelację między ochroną praw własności a dobrobytem[7]. Bezpieczna własność zachęca do inwestycji i innowacji, stając się motorem napędowym wzrostu cywilizacyjnego. Co więcej, to właśnie system oparty na własności prywatnej najskuteczniej wydobywa ludzi z ubóstwa, dając im odpowiednie narzędzia do budowania kapitału.
Z drugiej strony historia dostarcza bolesnych dowodów na to, co dzieje się, gdy lekceważymy naturę ludzkiego działania i fundamentalne prawa ekonomii w imię rzekomo lepszych skutków. Polityka kontroli cen czy protekcjonizm – choć wprowadzane często z myślą o „pomocy” biednym lub potrzebującym – nieuchronnie prowadzą do niedoborów, marnotrawstwa zasobów i zubożenia społeczeństwa[8]. Próby inżynierii społecznej, mające na celu maksymalizację „dobra ogółu” kosztem praw jednostkowych, kończą się zazwyczaj tragedią, co pokazują historyczne przykłady prób wprowadzenia komunizmu w Związku Radzieckim, w Chinach, w Korei Północnej, w Kambodży czy na Kubie. Powyższe przykłady dobitnie pokazują, że pożądany wynik („4”) jest nieosiągalny bez trzymania się deontologicznego procesu („2 + 2”).
Jeśli zależy nam na spójności, musimy zaakceptować twardą logikę rzeczywistości: nie da się uzyskać poprawnego wyniku, pomijając lub fałszując samo działanie. Libertarianizm kończy z fałszywym wyborem między zasadami a dobrobytem, udowadniając, że jedno jest funkcją drugiego. Ścisłe przestrzeganie praw naturalnych to nasze „2 + 2”, a powszechny rozkwit to wynikające z niego „4”. Każda próba osiągnięcia tego wyniku inną drogą nie jest alternatywną polityką – jest zwykłym błędem w obliczeniach, za który rachunek zawsze płaci pojedynczy człowiek.
Mariusz Kochański
[1] I. Kant, Metafizyka moralności, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 2015.
[2] C.D. Broad, Determinism, Indeterminism, and Libertarianism, [w]: Ethics and the History of Philosophy, Routledge & Kegan Paul, London–Cambridge 1952, s. 195–217. Por. także: P. van Inwagen, How to Think about the Problem of Free Will, „Journal of Ethics” 2008, t. 12, nr 3/4, s. 327–341.
[3] J. Locke, Dwa traktaty o rządzie, Wydawnictwo Naukowe PWN, Warszawa 1992.
[4] M.N. Rothbard, O nową wolność. Manifest libertariański, Oficyna Wydawnicza VOLUMEN, Warszawa 2007, s. 45–48.
[5] W kontrze Ludwig von Mises pisał, że „utylitaryzm nie naucza, że ludzie powinni dążyć jedynie do przyjemności zmysłowej (choć przyjmuje do wiadomości, że większość albo przynajmniej wielu ludzi w ten sposób się zachowuje). Nie pozwala też sobie na sądy wartościujące. Uznając, że współpraca społeczna jest dla ogromnej większości ludzi środkiem do osiągnięcia wszystkich ich celów, rozwiewa wyobrażenie, że społeczeństwo, państwo, naród czy jakikolwiek inny byt społeczny jest celem ostatecznym, a poszczególni ludzie są niewolnikami tego bytu. Odrzuca filozofie uniwersalizmu, kolektywizmu i totalitaryzmu. W tym sensie istotne jest określenie utylitaryzmu jako filozofii indywidualizmu”. L. von Mises, Teoria a historia. Interpretacja procesów społeczno-gospodarczych, Wydawnictwo Naukowe PWN, Instytut Ludwiga von Misesa, Warszawa 2011, s. 30.
[6] J.S. Mill, Utylitaryzm, Państwowe Wydawnictwo Naukowe, Warszawa 1979.
Oddajemy w Wasze ręce owoc niemal dwuletniej pracy nad projektem Wolność pod lupą. Niniejszy raport zawiera wyniki badania opinii publicznej sfinansowanego za pomocą zbiórki crowdfundingowej i przeprowadzonego na nasze zlecenie przez Instytut Badań Spraw Publicznych na reprezentatywnej grupie Polaków, jak również wnioski, jakie zespół badawczy pod kierownictwem dr. Marcina Chmielowskiego wyciągnął z rezultatów sondażu.