1

Wolnościowy agraryzm jedyną drogą dla kraju!

Polskie rolnictwo wyróżnia się na tle innych państw członkowskich Unii Europejskiej – niestety, niekoniecznie w sposób pozytywny. Dominuje u nas model małopowierzchniowego rolnictwa rodzinnego – według danych Eurostatu za rok 2016, odsetek gospodarstw o powierzchni poniżej dwóch hektarów był w Polsce blisko dwa razy większy niż wynosi średnia unijna. Rezultatem tego stanu rzeczy są: niska wydajność pracy (według ubiegłorocznego raportu Towarzystwa Ekonomistów Polskich, blisko 90% gospodarstw rolnych nie zapewnia właścicielom dochodów na satysfakcjonującym poziomie), nadmierne, lecz nisko płatne zatrudnienie oraz często wspominana przez samych rolników słaba pozycja negocjacyjna w transakcjach z dużymi odbiorcami takimi jak sieci handlowe. Sytuacja powoli ulega poprawie – najmniej rentownych gospodarstw sukcesywnie ubywa. Niemniej tempo, w jakim to następuje, jest zdecydowanie zbyt wolne, aby można było uznać, że rozwiązanie nie wymaga podejmowania żadnych działań.

Częściowo źródłem problemu są uwarunkowania historyczne i kulturowe – przywiązanie do ojcowizny wciąż jest na polskiej wsi bardzo silne, zaś w okresie PRL gospodarstwa rodzinne były ostatnim bastionem własności prywatnej opierającej się przymusowej kolektywizacji. To właśnie chęci odcięcia się od patologii poprzedniego ustroju w dużej mierze zawdzięczamy zawarty w Konstytucji przepis o uznaniu gospodarstwa rodzinnego za fundament ustroju rolnego państwa. Jak się jednak okazuje, ani wspomniany przepis, ani wprowadzane w zamyśle zgodnie z nim ustawy nie chronią przed wywłaszczeniami na „ważne cele publiczne”, czy też przed pomysłami reaktywacji PGR-ów – jak w przypadku ubiegłorocznego projektu powołania państwowych Ośrodków Produkcji Rolnej. Działania ustawodawcy chronią natomiast całkiem skutecznie polskie rolnictwo przed przejściem na bardziej efektywne struktury własności i metody produkcji, zaś gospodarkę – przed wykorzystaniem potencjału dziesiątek tysięcy pracowników zatrudnionych przy mało wydajnej produkcji rolnej tam, gdzie ich praca byłaby bardziej pożyteczna.

W tym kontekście przytoczyć można kilka libertariańskich postulatów, których realizacja mogłaby w znaczący sposób poprawić sytuację polskiego rolnictwa, ułatwiając jego przejście na bardziej wydajny i konkurencyjny model oparty na automatyzacji i gospodarstwach wielkoobszarowych:

Po pierwsze, konieczna jest daleko idąca liberalizacja prawa regulującego handel gruntami rolnymi. Głównym (choć nie jedynym) winowajcą jest tu uchwalona w 2016 roku Ustawa o wstrzymaniu sprzedaży nieruchomości Zasobu Własności Rolnej Skarbu Państwa oraz o zmianie niektórych ustaw, potocznie zwana Ustawą o obrocie ziemią rolną. W ramach tego aktu prawnego drastycznie ograniczono możliwości nabywania gruntów rolnych przez osoby niebędące rolnikami indywidualnymi. Skutkiem tego było praktyczne zabetonowanie status quo – duże przedsiębiorstwa rolnicze i inwestorzy niebędący rolnikami, lecz chcący wejść na ten rynek, muszą spełnić absurdalne wymogi, by nabyć choć skrawek ziemi. Rolnicy indywidualni natomiast mają w znaczny sposób utrudnioną zarówno sprzedaż swoich gruntów gdyby chcieli się przekwalifikować, jak i pozyskanie funduszy gdy chcą rozwijać gospodarstwo – banki bowiem zdecydowanie mniej chętnie udzielają kredytów pod zastaw ziemi rolnej, gdy możliwość jej upłynnienia jest tak drastycznie ograniczona. Ubiegłoroczna nowelizacja rzeczonej ustawy przyniosła jedynie symboliczną liberalizację: złagodzono nieco wymogi, jakie spełnić musi osoba chcąca kupić pojedynczą działkę rolną. Nie ulega jednak wątpliwości, że to o wiele za mało, by przyczynić się do faktycznych zmian w rolnictwie.

Drugim po sposobie nabywania gruntów aspektem, w którym niezbędne są zmiany w kierunku libertariańskim, jest ochrona własności już nabytej. Rolnictwo nieodłącznie związane jest z ziemią – tymczasem własność ziemi chroniona jest w naszym kraju zauważalnie słabiej niż w przypadku innych dóbr. Na porządku dziennym są wywłaszczenia, najczęściej właśnie posiadaczy gruntów rolnych, pod budowę państwowych inwestycji – głównie dróg. Innym, mniej rażącym, lecz wciąż karygodnym przykładem, jest prawo łowieckie, zakładające domyślną zgodę właściciela gruntu na prowadzenie na jego terenie polowań i grożące karami za ich utrudnianie. Właściciel, który nie życzy sobie takich polowań na swojej posesji nie może po prostu wyprosić z niej myśliwych – zamiast tego zmuszony jest do składania formalnych oświadczeń w Starostwie Powiatowym. Jeżeli rolnictwo ma stać się branżą dynamiczną i dochodową, która przyciąga inwestorów, niezbędne jest zagwarantowanie właścicielom ziemskim i rolnikom realnej ochrony ich własności przed jej utratą lub naruszeniem – również na skutek działań urzędników czy grup prawnie uprzywilejowanych.

Ostatni wątek dotyczy również zniekształcania przez państwo naturalnego rachunku zysków i strat osób trudniących się rolnictwem, jednak tym razem – w przeciwną stronę. Mowa rzecz jasna o dotacjach i dopłatach do produkcji rolnej. O ile wcześniejsze zarzuty dotyczyły sztucznego czynienia rolnictwa mniej atrakcyjnym zajęciem niż wynikałoby to z niezaburzonej sytuacji rynkowej, o tyle dotacje i dopłaty czynią je wybiórczo bardziej atrakcyjnym – co również nie jest dobre. Największą subiektywną korzyść z otrzymywania państwowego wsparcia uzyskują bowiem właściciele najmniej rentownych gospodarstw, jako że stanowi ona największą część ich dochodów. Sprawia to, iż uczestnicy rynku, którzy najbardziej ze wszystkich powinni odczuwać bodźce do poprawy swojego modelu biznesowego lub całkowitego jego porzucenia i zmiany branży na inną, są sztucznie zachęcane do pozostawania przy dotychczasowym zajęciu i dotychczasowych metodach produkcji. Wpływa to nie tylko na zastój w branży rolniczej, ale również na zahamowanie naturalnego procesu migracji ze wsi do miast. Tracą na tym zarówno osoby trudniące się rolnictwem, które mogłyby w dłuższej perspektywie osiągnąć wyższy poziom życia dzięki przekwalifikowaniu, jak i reszta gospodarki, przymusowo składająca się na państwowe dotacje i pozbawiona całej rzeszy pracowników pozostających na roli. Wolnościowy postulat wycofania się państwa z ingerencji w gospodarkę – w tym i z wypłacania wszelkiego rodzaju subsydiów – jest tu oczywistym rozwiązaniem.

Podsumowując, by rolnictwo w naszym kraju mogło stać się zyskowną, innowacyjną i konkurencyjną gałęzią gospodarki, niezbędne jest postulowane przez libertarian usunięcie generowanych przez państwo zniekształceń bodźców rynkowych oddziałujących na podmioty w tej branży. Zalicza się do tego zarówno urzędowe utrudnienia dla rozwoju gospodarstw i napływu zewnętrznych inwestycji, jak i sztuczne ułatwienia działalności, chroniące gospodarstwa mało rentowne przed weryfikacją rynkową i koniecznością restrukturyzacji lub zamknięcia działalności. W przeciwnym razie zmiany następujące w branży rolniczej prawdopodobnie posuwać się będą zbyt wolno, by skorzystać na nich mogło obecne pokolenie.

Osoby bliżej zainteresowane tematem zachęcamy do lektury artykułu Pawła Krzywulskiego, analizującego w szczegółowy sposób zarówno ekonomiczne skutki Ustawy o obrocie ziemią rolną, jak i szerszy kontekst sytuacji w polskim rolnictwie.

Stowarzyszenie Libertariańskie

Komentarz

  1. Reply
    Matt says

    Jak prawo będzie zabraniało wykupu ziemi rolnej pod budowaną drogę, to faktycznie wydajność rolnictwa wzrośnie od tego niesamowicie ;) A jeszcze bardziej wydajność wzrośnie, jak rolnik będzie mógł wyrzucić myśliwych ze swojego pola, a już w ogóle najbardziej, jak mu wtedy dzika zwierzyna zeżre plony.
    Bardzo “wolnościowe” jest też stawianie jako wzorca rolnictwa w krajach zachodniej Europy, gdzie w dziedzinie rolnictwa panuje Wspólna Polityka Rolna, czyli de facto socjalizm(skądinąd bez wyjścia z kołchozu możemy sobie o zakończeniu “zniekształcania rynku” i “zakończeniu subsydiowania” co najwyżej pomarzyć). I określanie jaki jest “właściwy” poziom wielkości gospodarstw i że to wymaga “podejmowania działań”.
    Ja rozumiem że wszyscy mają jakieś swoje idee fixe, ale nie łączmy tego z wydajnością rolnictwa.

Skomentuj

*