Brak komentarzy

Spencer Cobden – Liberalizm w obronie dyskryminacji

„Trybunał Konstytucyjny 10 kwietnia ma ogłosić wyrok w sprawie konstytucyjności karania za odmowę usługi ze względu na światopogląd bądź wyznawaną religię. (…) Wniosek Ziobry [prokuratora generalnego] miał związek z głośną sprawą Adama J., pracownika łódzkiej drukarni, który odmówił druku materiałów promujących treści homo-, bi- i transseksualne. Drukarz tłumaczył odmowę swymi przekonaniami. Łódzki sąd w 2017 r. prawomocnie uznał go za winnego wykroczenia, ale zarazem odstąpił od wymierzenia mu kary” – informuje Pan Marcin Jabłoński na łamach szacownego portalu Bankier.pl.

Sprawa ta budzi kontrowersje i rozpala do czerwoności opinie publiczną. Czy przedsiębiorca może odmówić wykonania usługi na rzecz osoby, której jakaś z jego indywidualnych cech, np. orientacja seksualna, mu nie odpowiada? Innymi słowy, czy przedsiębiorca może dyskryminować pewne grupy potencjalnych klientów? Tym zajmuje się Trybunał. Nie jestem prawnikiem, dlatego nie będę wchodził w kompetencje właściwe tej profesji i nie będę próbował na podstawie obowiązujących przepisów prawa stanowionego dowodzić czy tak jest, czy nie jest. Jako stary liberał chcę jednak wykazać, że zgodnie z założeniami liberalizmu przedsiębiorca powinien móc tak uczynić.

Zacznijmy od podstaw. Na czym opiera się gmach liberalizmu? Na własności, gdyż to własność jest fundamentem wolności. Jak tłumaczył John Locke, anglosaski prekursor liberalizmu, każdy człowiek jest właścicielem własnej osoby – nazywamy to zasadą samoposiadania. Ponieważ własność to możliwość dysponowania czymś z wyłączeniem innych osób, oznacza to, że nikt nie może nakazać drugiemu człowiekowi działać wbrew sobie, gdyż nie ma prawa do rozporządzania cudzą własnością – osobą drugiego człowieka. Stąd też naturalnie wynika prawo własności do innych rzeczy zdobytych pracą własnych rąk (i do rzeczy nabytych w drodze wymiany, o czym później). Oczywiście jest to opis bardzo uproszczony, czytelnik może jednak sięgnąć po szczegóły do sztandarowego dzieła filozofa, Dwóch traktatów o rządzie.

Jak już więc zauważyliśmy: 1) wolność wynika z własności, a 2) prawo własności to wyłączna możliwość dysponowania pewnym dobrem. Skoro, będąc właścicielem rzeczy, możemy odsunąć od jej użytkowania innych wedle własnych preferencji, to wynika stąd, że dyskryminacja to po prostu skutek posiadania własności. Za każdym razem, kiedy odmawiamy komuś możliwości skorzystania z przedmiotu, który należy do nas, dyskryminujemy go. Źródłem naszego prawa do dyskryminacji jest prawo własności. Jeśli więc liberalizm opiera się na prawie własności, to integralnym jego elementem jest dyskryminacja. Z tego też powodu, notabene, liberalizm jest sprzeczny ze światopoglądem lewicowym, który promuje rozpostarcie nad społeczeństwem parasola inkluzywności, co musi odbywać się na zasadzie agresywnego, systematycznego i zinstytucjonalizowanego ograniczania praw własności (i dlatego też, wchodząc w jeszcze szerszą dygresję, pozwalam sobie polecić czytelnikom książkę o liberalizmie konserwatywnym: Dobry „zły” liberalizm pióra Stanisława Michalkiewicza. Publikacja powinna spodobać się również tym osobom, które podobnie jak ja nie są fanami teorii spiskowych i bieżącej publicystyki tego autora).

Idźmy dalej. Własności nie musimy zdobywać własną pracą, możemy też pozyskiwać ją na zasadzie szeroko pojętej wymiany czy uzyskania podarunku. Jest tak, gdyż wymiana i obdarowywanie nie uszczuplają wolności innych, co sprawia, że są to uprawnione i zgodne z liberalizmem metody transferu praw własności. Moglibyśmy też powiedzieć, że są to akty zgodne ze spencerowskim prawem równej wolności (w tej kwestii szczegółów należy szukać w Social Statics Herberta Spencera). Każdej osobie zaangażowanej w dobrowolną wymianę przysługuje taki sam zakres wolności: 1) może zaoferować sprzedaż produktu lub zakomunikować chęć jego nabycia, 2) może przyjąć ofertę, 3) może ją odrzucić. Przedsiębiorca, który odmawia sprzedaży towaru lub wykonania jakiejś usługi, po prostu wybiera trzecią z dostępnych mu opcji. Taka sama możliwość przysługuje klientowi. Klient też może przecież odrzucić propozycję zakupu złożoną przez przedsiębiorcę. Dopóki przedmiot nie zostanie sprzedany, dopóty jest własnością przedsiębiorcy, a dopóki jest własnością przedsiębiorcy, dopóty ten może odsunąć od jego użytkowania każdego wedle dowolnych kryteriów. Może go nie sprzedać klientowi z uwagi na jego kolor skóry, kolor włosów, wyznanie, orientację seksualną, język ojczysty czy cokolwiek innego, tylko i wyłącznie dlatego, że takie są konsekwencje prawa własności.

Mógłby ktoś powiedzieć, że wchodząc na rynek przedsiębiorca musi sprzedać oferowane przez siebie produkty każdemu, bo jest to jego praca. Nie istnieje jednak żadne uzasadnienie dla takiego twierdzenia. Sam fakt rozpoczęcia działalności komercyjnej nie zmienia natury relacji właściciela z własnością. Produkt nie przestaje należeć do niego tylko dlatego, że przedsiębiorca będzie starał się go zbyć. Jest jego własnością tak samo, jak był nią wcześniej. Gdyby produkt nie należał do niego, w ogóle nie miałby prawa wystawić go na sprzedaż.

Formułując argument lepiej, ktoś mógłby powiedzieć, że reklamując swój produkt przedsiębiorca zobowiązuje się sprzedać go nabywcy. Jeśli bowiem wystawia ofertę, a potem zbywa klienta, to najpierw wprowadził go w błąd. Takie podejście ma zdecydowanie więcej sensu, tym bardziej, że chętny nabywca, myśląc, że sfinalizuje oczekiwaną transakcję, mógł ponieść pewne koszty. Mógł na przykład wydać pieniądze na paliwo, by dojechać do miejsca, w którym myślał, że zdobędzie potrzebny sobie produkt. Odmowa sprzedawcy naraża go na straty. Nawet jeśli jednak przyjmiemy to stanowisko, to nie zmienia ono kwestii podstawowej. Własność oznacza prawo do dyskryminacji, a działalność handlową można zorganizować tak, by podobne niejasności nie miały miejsca. Przedsiębiorca może w końcu z góry sobie zastrzec, że dobiera sobie klientów selektywnie. W takiej sytuacji przedstawiony tutaj tok rozumowania nie znajduje zastosowania. Niestety, w Polsce nawet osoby, które na bilbordzie przy restauracji napiszą, że nie obsługują komunistów/pisowców/księży czy kogokolwiek (i w ten sposób reklamują swój biznes), mają problemy z prawem. Faktycznie bowiem zdarzały się już takie sytuacje.

Podsumowując: liberalizm to przysługujące każdej osobie prywatnej prawo do dyskryminowania każdego. Jedyną formą dyskryminacji sprzeczną z liberalizmem jest dyskryminacja przez państwo, ponieważ jest to instytucja, która zmusza ludzi na określonym terytorium do funkcjonowania w swoich strukturach i finansowania swojej działalności. Jej istnienie jest sprzeczne z prawem równej wolności i zakaz dyskryminacji przez państwo po prostu minimalizuje zakres niesprawiedliwości, jakiej wyrządza.

Spencer Cobden, Z pamiętnika starego liberała

Skomentuj

*