Brak komentarzy

Rafał Trąbski – Niedźwiedź Krugman

Ekonomię można uprawiać albo dobrze, albo źle. Można też zamiast ekonomii uprawiać ideologię. To właśnie wybrał Paul Krugman, który w swojej kolumnie dla “New York Timesa” straszył czytelników widmem „katastrofy czekającej Amerykę i cały świat” w obliczu prawdopodobnego zwycięstwa Donalda Trumpa w wyborach prezydenckich. Jednak również ideologię uprawia dziennikarz Blake Neff, wyśmiewający stwierdzenia Krugmana.

Krugman, zadawszy w swym felietonie pytanie o to, kiedy możemy spodziewać się poprawy sytuacji po szoku, jaki wywoła na rynkach zwycięstwo Trumpa, stwierdził, że nigdy:

„If the question is when markets will recover, a first-pass answer is never.”

Blake Neff pastwi się nad Krugmanem stwierdzając, że rzeczywistość szybko zweryfikowała tę brednię, bowiem choć rynki zareagowały w pierwszej chwili nerwowo na zwycięstwo Trumpa, to jednak jeszcze tego samego dnia kursy spółek notowanych na amerykańskich giełdach odbiły się, aby przed zamknięciem indeksy największych giełd osiągnęły poziom wyższy od tego sprzed wyborów, a dla Dow Jones nawet najwyższy w dotychczasowej historii.

Jednakże wydaje się, że to, o co chodziło naczelnemu ekonomiście “New York Timesa” nie było tak naprawdę prymitywnym i naiwnym stwierdzeniem, że po wyborach giełdy zanurkują i już nigdy nie odbiją od się dna. W rzeczywistości Krugman zrobił coś w pewnym sensie gorszego. Przedstawił nieco bardziej długoterminową prognozę dotyczącą gospodarki amerykańskiej i zasugerował, że Donald Trump i jego współpracownicy i doradcy nie poradzą sobie w przyszłości z czekającą świat, bądź już trwającą, recesją:

„So we are very probably looking at a global recession, with no end in sight.”

Nie ma zatem powodu, aby winić o jej powstanie samego Donalda Trumpa, lecz zdaniem Krugmana nie jest możliwe wyprowadzenie ani Ameryki, ani świata z kryzysu, bez aktywnych działań rządu i banku centralnego. Ekonomista ubolewa nad tym, że w obliczu rekordowo niskich stóp procentowych Fed nie ma już praktycznie żadnych narzędzi umożliwiających zastymulowanie gospodarki w razie zapaści. Jedyną winą Donalda Trumpa ma tutaj być jego niezrozumienie dla konieczności „wsparcia Fedu odpowiednią polityką fiskalną”. Wszystko to wynika wprost z wiary Krugmana w to, że jedynym sposobem wyjścia z recesji jest wpłynięcie na zagregowany popyt i ożywienie konsumpcji.

Tutaj właśnie ujawnia się ideologiczne zaślepienie Paula Krugmana, który twierdzi, że bez zdecydowanych ingerencji państwa nie jest możliwe zażegnanie kryzysu gospodarczego. Stoi to w sprzeczności z niemal całą historią gospodarczą ludzkości i Krugman zdaje się ignorować w zupełności fakt, że gdyby miał rację, to ludzkość nigdy nie podniosłaby sie po żadnym ze starożytnych ani tym bardziej średniowiecznych i późniejszych kryzysów gospodarczych, a indeksy największych giełd pełzałyby po dnie, zamiast osiągać z roku na rok nowe szczyty.

Oczywiście obecny ich poziom faktycznie jest w większości wynikiem „nadmuchania” rynków finansowych tanim pieniądzem wtłaczanym przez Fed i EBC w system bankowy w ramach kolejnych programów QE (luzowania ilościowego), lecz przykłady znakomitych wzrostów oraz rekonwalescencji gospodarczej po kryzysach miały także miejsce wtedy, gdy banki centralne nie istniały.

Można też uśmiechnąć się na widok zachwytu Krugmana nad tym, że gospodarka amerykańska osiągnęła ostatnimi laty stan „prawie pełnego zatrudnienia”, tak, jakby „pełne zatrudnienie” samo w sobie mogło świadczyć o czymkolwiek w gospodarce manipulowanej polityką rządowa. Co ciekawe, w gospodarce centralnie planowanej, jaka funkcjonowała na przykład w ZSRR, albo, żeby daleko nie szukać, w PRL, również występowało niemal pełne zatrudnienie, jednak efektywność wykorzystania zasobów i racjonalność ich alokacji pozostawiały bardzo wiele do życzenia. Rząd może co prawda doprowadzić do sytuacji, w której każdy obywatel jest gdzieś „zatrudniony”, lecz jego praca nie ma żadnej, realnej wartości rynkowej dla konsumentów. Czemu więc ten właśnie wskaźnik wybrał Paul Krugman w swoim felietonie? Czyżby dlatego, że najłatwiej było mu wykazać przy jego użyciu rzekomą „skuteczność” polityki gospodarczej obecnej administracji Baracka Obamy? A to, że ta skuteczność nie ma najmniejszego znaczenia, a może nawet świadczy o szkodliwości obecnej polityki, można po prostu przemilczeć.

Zwłaszcza, gdy zaraz potem można po prostu postraszyć czytelników Donaldem Trumpem!

Rafał Trąbski, Antistate

Skomentuj

*