Brak komentarzy

Rafał Trąbski – Matematyka przemocy

Spór między anarchokapitalistami a minarchistami można sprowadzić do niemożliwego do rozwiązania równania matematycznego dotyczącego sumarycznej ilości przemocy w społeczeństwie.

Etatyści wierzą, że państwo chroni obywateli przed stanem krwawej, brutalnej anarchii, w której sąsiedzi wzajemnie mordują się siekierami z byle powodu, gangi plądrują dzielnice, a bandyci rządzą niepodzielnie, siłą narzucając swoje zdanie bezbronnym ludziom.

Minarchiści, choć nie mają może aż tak mrocznych wizji społeczeństwa anarchicznego, zgadzają się z etatystami, że państwo jest niezbędne, aby skutecznie powstrzymywać agresję indywidualną i prywatną i dostarczać sprawiedliwości.

Czy można rozważać te kwestie w sposób „matematyczny”, porównując „ilość” przemocy w społeczeństwie anarchicznym i w państwie?

Pomijając spory o samą możliwość funkcjonowania policentrycznego prywatnego systemu prawnego, spór między anarchokapitalistami a minarchistami można sprowadzić do niemożliwego do rozwiązania równania matematycznego dotyczącego sumarycznej ilości przemocy w społeczeństwie.

(I+P) – (I’+P’+S) = ?

Równanie to zawiera w lewym nawiasie sumę przemocy indywidualnej (I) i prywatnej (P, inicjowanej przez prywatne firmy) w społeczeństwie bezpaństwowym, a w nawiasie prawym sumę indywidualnej (I’), prywatnej (P’) i państwowej (S) przemocy inicjowanej w społeczeństwie państwowym.

Jeśli wynik równania jest liczbą dodatnią, wówczas rację mają minarchiści, sugerując, że istnienie terytorialnego monopolu na przemoc skutkowałoby zmniejszeniem „sumarycznej” przemocy w społeczeństwie, a prywatne organizacje dostarczające bezpieczeństwo i sprawiedliwość nie sprawdzają się.

W przypadku wyniku ujemnego, przeciwnie, anarchokapitaliści mieliby rację, twierdząc, że państwo zwiększa, zamiast zmniejszać, ilość przemocy w społeczeństwie. Zero natomiast świadczyłoby na korzyść anarchii ze względu chociażby na ryzyko rozrostu państwa minarchicznego do stanu, w którym wygenerowałoby więcej przemocy niż jest to niezbędne do równoważenia i zwalczania przemocy prywatnej.

Oczywiście, powyższe równanie, choć mądrze wygląda, ma niewielką przydatność praktyczną, gdyż problem, jak zwykle, tkwi w szczegółach. Jak bowiem mierzyć ilość i jakość przemocy w społeczeństwie państwowym i bezpaństwowym? Jak zestawiać i porównywać ze sobą różne rodzaje agresji? Trzeba by je sprowadzić do wspólnego mianownika, co wydaje się niemożliwe.

Etatyści wierzą, że państwo chroni obywateli przed stanem krwawej, brutalnej anarchii w której sąsiedzi wzajemnie mordują się siekierami z byle powodu, gangi plądrują dzielnice, a bandyci rządzą niepodzielnie, siłą narzucając swoje zdanie bezbronnym ludziom. Innymi słowy, postrzegają „anarchię” jako stan, w którym każdy stacjonarny gang staje się mikro-państewkiem a każda wędrowna banda staje się mikro-najeźdźcą.

Minarchiści, choć nie mają może aż tak mrocznych wizji społeczeństwa anarchicznego, zgadzają się z etatystami, że państwo jest niezbędne, aby skutecznie powstrzymywać agresję indywidualną i prywatną i dostarczać sprawiedliwości. Dla uproszczenia, dostarczanie sprawiedliwości włączę w te rozważania, traktując niesprawiedliwość jako po prostu jedną z form przemocy.

Problem z tymi rozważaniami wynika z niemożliwości „policzenia” ilości (ani tym bardziej jakości) przemocy i sprawiedliwości w systemach państwowych i bezpaństwowych. Nie da się bowiem sprowadzić morderstwa, rabunku, pobicia czy gwałtu do określonej liczby „jednostek przemocy” i następnie ich dodawać lub odejmować. W istocie większość ludzi na co dzień wcale nie spotyka się z przemocą prywatną. Etatyści i minarchiści odpowiadają na to zastrzeżenie wskazując, że już samo zagrożenie potencjalną przemocą w razie braku państwa jest istotne i należy je wliczyć do naszych rozważań. Mogą mieć rację, wówczas ile takich „jednostek przemocy” warte jest potencjalne, wynoszące 0,3%, albo i 3%, dzienne ryzyko zostania ofiarą rabunku, morderstwa, gwałtu?

W odpowiedzi anarchokapitalista stwierdzi, że wszystkie te potencjalne zagrożenia stają się pretekstem dla państwowców do zastąpienia ich realną, dokonaną (a nie tylko potencjalną) przemocą: przymusem podatkowym, niezbędnym na sfinansowanie państwowego, monopolistycznego aparatu policyjno-wojskowo-sądowo-więziennego*. Jak policzyć wagę tej przemocy podatkowej? Jeśli zostanie pobitym przez opryszka to 1 jednostka przemocy a 1% dzienne ryzyko takiego pobicia wynosi 0,01 jednostki, to ile jednostek „warty” jest przymus podatkowy? A ryzyko złapania w przypadku unikania podatków? A co, jeśli ktoś wolałby zostać pobity, albo uwięziony (co w istocie się zdarza) niż zapłacić podatki? Czy dla niego przemoc podatkowa nie ma większej wagi od tych dwóch?

Gdy dodamy do tej matematyki aspekt subiektywności sądów wartościujących różnych jednostek, widzimy wyraźnie, że teoretyk próbujący udzielić jednoznacznej odpowiedzi anarchistom i minarchistom stoi przed nierealnym do wykonania zadaniem.

W rzeczywistości ani przemoc, ani ryzyko stania się jej ofiarą nie podlegają żadnej „podświadomej kalkulacji”, a raczej stają się czynnikiem silnie emocjonalnie angażującym obie strony dyskusji o państwie i anarchii. Anarchokapitaliści silnie negatywne emocje wiążą z przemocą państwową, natomiast minarchiści i pozostali państwowcy nie mogą wyzbyć się przerażającego lęku przed przemocą prywatną. W tym sensie wszyscy dyskutują nieracjonalnie, kierując się w swych osądach tylko i wyłącznie strachem.

W tej sytuacji widać wyraźnie, że należy porzucić wszelkie próby myślenia utylitarnego, nastawionego na „wyliczanie” społecznej użyteczności (tutaj: poprzez minimalizację „ilości” przemocy), gdyż ani nie posiadamy, ani nie będziemy posiadali jeszcze długo wartości zmiennych w naszych równaniach, a o wiele więcej sensu ma rozważanie natury deontologicznej. Konsekwencjalizm staje się tutaj rażąco bezradny.
—-
* Spierać się też można o sam zakres terytorialnego monopolu państwa. Nie wszyscy wliczają weń wszystkie wymienione „dobra”, nie to jednak jest przedmiotem tego wpisu.

Rafał Trąbski, Antistate

Skomentuj

*