Brak komentarzy

Rafał Trąbski – A może program „Ziemia+”?

Po tym, jak Prawo i Sprawiedliwość swoim programem „Rodzina 500+” zainicjowało modę na wzajemne prześciganie się partii politycznych w pomysłach na rozdawnictwo[1], wydaje się, że każda, kolejna propozycja jest jeszcze bardziej kuriozalna i jeszcze bardziej szkodliwa od poprzednich.

Tymczasem PSL wystąpił z koncepcją, która tylko pozornie jest nieskończenie głupia, gdyż wszystkim automatycznie kojarzy się ona z „500+”. Kryje się w niej jednak potencjał rozwiązania bardzo mądrego i wskazanego. Mowa o pomyśle, aby rozdać młodym małżeństwom działki ziemi państwowej.

Oczywiście w swojej oryginalnej postaci jest to nic innego, jak zwykłe rozdawnictwo majątku państwa dla wybranej grupy społecznej na koszt pozostałych podatników i w tym kształcie jego realizacja jest niedopuszczalnym aktem defraudacji wspólnej własności wszystkich obywateli[2].

Jednak po rozszerzeniu zasięgu tego programu na wszystkich, pełnoletnich obywateli kraju, z prymitywnego prezentu dla młodych wyborców, rodzi się koncepcja wcale niemłoda i nieobca libertarianom, a mianowicie: rozparcelowania gruntów państwowych i uwłaszczenia na nich wszystkich obywateli[3].

Rozwiązanie takie wydaje się skrajnie rewolucyjne, lecz w istocie jest ono skrajną przeciwnością wszelkich socjalistycznych projektów, takich jak kolektywizacja rolnictwa i likwidacja własności prywatnej. Wręcz przeciwnie, gdyby leżące odłogiem, stanowiące jedynie koszt administracyjny dla budżetu grunty państwowe rozdzielić wprost między obywateli za darmo, lub jedynie za wniesieniem przez każdego chętnego opłaty manipulacyjnej koniecznej na sporządzenie dokumentacji i tytułu własności [4], byłby to hołd ku czci prywatyzacji na skalę nieznaną w historii.

Oczywiście należałoby też znieść absurdalne ograniczenie proponowane przez PSL, czyli zakaz obrotu tak nabytą ziemią. Wolność obrotu tymi gruntami i spekulacja nimi odegrałyby bardzo ważną i pozytywną rolę w optymalnej alokacji tak uwolnionych na rynku zasobów. Aby ziemia tak odebrana państwu mogła zostać najlepiej wykorzystana, musi istnieć możliwość jej zbywania i nabywania, aby osoby, które jej w istocie nie potrzebują i nie maja żadnego realnego pomysłu, do czego ją wykorzystać, lub nie posiadają kapitału niezbędnego do jej wykorzystania, mogły sprzedać ją z zyskiem bardziej przedsiębiorczym osobom, które uczynią z niej najlepszy użytek. W dodatku ludzie którzy the_politics_of_food_by_fredrik_rattzen-d7u8i3w.jpgsprzedaliby tak uzyskane parcele pozyskaliby w ten sposób znacznie bardziej dla nich użyteczne pieniądze, które mogliby wykorzystać do zaspokojenia swoich najważniejszych potrzeb, jak edukacja, remont domu czy może zdecydowałyby się je zaoszczędzić. Na uwolnieniu obrotu ziemią zyskaliby wszyscy.

Największym zyskiem jednak byłoby zrzucenie z pleców podatnika ciężaru utrzymywania wielu gruntów państwowych i instytucji państwa, które się nimi “opiekują”. Spadek cen gruntów, jaki by nastąpił, ożywiłby rynek nieruchomości i inwestycji, zaś uwłaszczenie obywateli faktycznie ułatwiłoby im rozpoczęcie budowy własnych domów.

Nie ma żadnego powodu, aby w rękach państwa leżały odłogiem rozległe połacie gruntów, a rozdanie ich obywatelom jest najbardziej uczciwym sposobem na likwidację tej patologicznej sytuacji.

—-

[1] – Właściwie to nie tyle mowa tu o rozdawnictwie, co o redystrybucji, gdyż – co dla większości czytelników pewnie jest oczywiste – politycy nie tyle rozdają własne mienie, co przy użyciu aparatu państwa odbierają część dochodu wszystkim podatnikom, aby następnie niektórym z nich zwrócić więcej niż innym w postaci programów socjalnych.
[2] – Oczywiście można mieć zastrzeżenia co do traktowania majątku narodowego jako „wspólnej własności” wszystkich obywateli, gdyż w istocie majątek ten nie powstał w sposób właściwy, aby tak go traktować. Nie pochodzi on z dobrowolnej składki wszystkich zainteresowanych, aby teraz można ich nazwać „współwłaścicielami”. Powstał w większości z bezprawnego zagrabienia majątków prywatnych i zawłaszczenia przemocą terenów „wspólnych” i „niczyich”, takich jak puszcze czy nieużytki przez aparat państwa. Nawet jeżeli wielu lub wszyscy obywatele są dziś spadkobiercami kogoś, kto w mniej lub bardziej odległej przeszłości został przez państwo wywłaszczony z majątku na jego rzecz, to nie ma mowy o równej współwłasności. Niektórzy obywatele mają legalne roszczenia majątkowe względem skarbu państwa opiewające na znaczne kwoty lub dotyczące konkretnego majątku trwałego i nieruchomości, inni zaś nie są spadkobiercami żadnego dawnego majątku. Ewentualne prawo do współwłasności majątku państwowego wynikałoby jedynie z tytułu odszkodowania, jakie państwo winne im wypłacić tytułem grabieży podatkowej, której się względem nich dotychczas dopuściło.
[3] – Skoro ustaliliśmy już, że nie wszyscy obywatele są teoretycznymi współwłaścicielami (na zasadzie posiadania legalnych roszczeń majątkowych) majątku państwowego, to w pierwszej kolejności, przed dokonaniem tego wielkoskalowego, powszechnego uwłaszczenia, konieczne byłoby wpierw zwrócenie zagrabionych kiedyś przez państwo (zwłaszcza PRL) majątków w postaci nieruchomości lub wypłacenie odszkodowań tam, gdzie zwrot majątków jest z jakiegoś powodu niemożliwy.
[4] – Oczywiście koszty realizacji takiej operacji byłyby dość wysokie, choć mogłoby je zmniejszyć zrutynizowanie procedury i jej zautomatyzowanie w miarę możliwości. Mimo to w perspektywie powszechnego uwłaszczenia wydaje się, że obywatele odnieśliby zysk netto usprawiedliwiający takie koszty. Argumentowanie na podstawie tych kosztów przeciwko takiemu uwłaszczeniu jest nieuzasadnione, gdyż grunty przekazane obywatelom w przeciwnym razie nie przyniosłyby im żadnych zysków, co jest sytuacją mniej korzystną, niż ich pomniejszenie o koszty realizacji projektu.

Rafał Trąbski, Antistate

Skomentuj

*