Brak komentarzy

Przemysław Hankus – Lis pilnuje kurnika

Bardzo często, by nie powiedzieć: z reguły, gdy pojawia się do rozwiązania tzw. problem społeczny, niemal natychmiastowym, iście bezwarunkowym odruchem zdecydowanej większości przedstawicieli opinii publicznej jest stwierdzenie “państwo musi coś z tym zrobić!” Lepszym zachowaniem byłoby jednak postawienie pytania: czy mogłoby tego nie robić?

Podejrzewam, że gdyby chcieć stworzyć listę zachowań, które tej, czy innej osobie się nie podobają, bądź też takich, które ta czy inna osoba uważa za naganne, niemoralne, niewłaściwe, godne wszelkiej pogardy i potępienia (listę pejoratywnych określeń można mnożyć et cetera ad nauseam), to nie starczyłoby miejsca nie tylko w tym krótkim felietonie, ale i w niejednym notatniku. Tak się składa, że wielu ludziom mnóstwo rzeczy i jeszcze więcej aktywności innych osób po prostu jest nie w smak. W zasadzie ktoś mógłby spytać: i co w tym złego? Otóż samo w sobie niczym złym to nie jest. Ba! Ma to nawet sporo pozytywnych skutków na relacje międzyludzkie. Dlaczego zatem o tym wspominam? Dlatego, że ogromna ilość osób, jeśli nie zdecydowana większość społeczeństwa, dość płynnie przechodzi ze stwierdzenia “nie podoba mi się X” do “w związku z tym państwo powinno zakazać X”. Czy słusznie? O czym świadczy tego rodzaju podejście?

Przede wszystkim próba zdelegalizowania tego, co ktoś uważa za element nadający się jedynie do jego wyeliminowania, samo w sobie nie mówi nam jeszcze, czy obiekt bądź też działanie, które miałoby zostać wykreślone z katalogu dopuszczalnych, faktycznie jest takie złe, naganne, niemoralne, niewłaściwe itp. Czy nikt z nas nie spotkał się kiedykolwiek z sytuacją, w której pewna osoba ostro krytykowała innych za robienie Y, podczas gdy sami nie widzieliśmy niczego złego czy zdrożnego w robieniu Y? Jeśli tak, już na pierwszy rzut oka widzimy, że różni ludzie mają rożne opinie na różne kwestie i na różne sprawy.

“Ale jeśli większości nie podoba się X i Y, to większość ma prawo zdelegalizować X i Y”. Zapewne właśnie w taki sposób rozumuje ogromna część społeczeństwa. Jeśli bowiem większość uzna, że np. robienie zakupów w niedzielę jest czynnością naganną, to większość ma prawo rękami swoich przedstawicieli wprowadzić stosowne regulacje, które takowe działanie uczynią nielegalnym. To takie proste. W dodatku moralne i sprawiedliwe, ponieważ najważniejsze, aby poprzez instytucję państwa realizowana była wola większości (suwerena), prawda? Niekoniecznie.

To, że większość chciałaby pozbyć się chociażby niedzielnego handlu nie oznacza jeszcze, że niedzielny handel zasługuje na delegalizację. Ale nie to jest tutaj “najciekawsze”. Co innego bowiem zasługuje na uwagę i powinno zostać odnotowane: po co wprowadzać taką czy inną państwową regulację o charakterze zakazowym i delegalizującym X czy Y, skoro można pozbyć się X czy Y z przestrzeni publicznej i bez tego rodzaju rozwiązań? Trzymając się przykładu niedzielnego handlu: skoro (przyjmijmy to na potrzeby tego felietonu) większość społeczeństwa uważa, że takie działanie to coś złego, to dlaczego nie przestanie po prostu i bez niczyjego nakazu, sama z siebie, z własnej woli robić w niedzielę zakupy? Gdyby większość nie zaglądała do sklepów w ostatni dzień tygodnia, najprawdopodobniej ich właściciele, otwierając je odnotowywaliby wówczas straty, w związku z czym niedługo sami zadecydowaliby o tym, by dostosować się do preferencji konsumentów, zamykając swoje sklepy w niedzielę. Prostą zasadę, mówiącą: “uważam, że nie należy robić X, ponieważ X jest złe”, każdy z nas powinien kończyć dopisanym po przecinku fragmentem “zatem nie będę robił X”. Dlaczego zatem ludzie dalej robią to, co uważają za złe, zwracając się do instytucji państwa o pomoc, jak gdyby miało to stanowić jedyne dostępne rozwiązanie?

Tak jest po prostu wygodniej. Znacznie łatwiej jest wysługiwać się innymi, niż zacząć zmienianie swojego otoczenia od siebie. Osoby domagające się od państwa zakazu niedzielnego handlu de facto wysyłają otoczeniu sygnał, że same nie potrafią przestać robić tego, co ich zdaniem powinno zostać zdelegalizowane, niezależnie od tego, czy faktycznie jest to coś złego, niewłaściwego, niemoralnego itd. Można powiedzieć: to nawet dobrze, że wiele osób publicznie wyraża swoje poparcie za takim czy innym zakazem, za wyrugowaniem z przestrzeni publicznej jakiegoś X czy jakiegoś Y. Dlaczego dobrze? Ponieważ dzięki temu pozostali członkowie społeczeństwa dostają od nich jasny sygnał, że są jednostkami, które same nie potrafią przestać robić tego, co uważają za godne pogardy. Innymi słowy, same dają świadectwo swojego zepsucia, oddając się w ręce wyższej instancji, która musi ich utemperować i przywrócić do porządku, gdyż same nie są w stanie tego zrobić.

Gdy znowu będziemy świadkami domagania się (kolejnego już) zakazu bądź delegalizacji robienia X czy Y, zwracajmy baczną uwagę na osoby, które znajdują się w obozie zakazofilów. Pozwoli nam to w łatwy sposób zidentyfikować tych, którzy są na tyle niemoralni i niezdolni do samokontroli, że przed czynieniem zła powstrzymuje ich jedynie świadomość, iż przyjdzie Kapitan Państwo i da im po łapach, ponieważ w przeciwnym przypadku żadne wewnętrzne hamulce by ich przed tym nie powstrzymały. Przyglądajmy się uważnie tym bardziej, że to właśnie takie osoby zapraszają “lisa” do opiekowania się “kurnikiem”, z czego zapewne nie zdają sobie nawet sprawy. Zmienianie świata na lepsze zaczynajmy od siebie, zamiast za każdym razem wysługiwać się daleką od doskonałości instytucją państwa, bynajmniej nie będącą uosobieniem cnót wszelakich.

Przemysław Hankus

Tekst pierwotnie opublikowany na portalu wSensie.pl w ramach cyklu Wolnym Tekstem.

Skomentuj

*