Brak komentarzy

Podsumowanie akcji “Wydawanie Rothbarda”

Z powodu pewnej okazji, o której wspominam na końcu, postanowiłem nie czekać (jak zakładałem) do startu sprzedaży z podsumowaniem (w wersji light, bez liczb i statystyk), tylko opublikować je już teraz.

Nie będzie to dokładny raport z każdego kolejnego etapu wydawania biografii, raczej próba ogólnego przeglądu wydarzenia, a przede wszystkim próba wytłumaczenia się z tego, co broni się najsłabiej – opóźnień i wysyłki nagród.

Jako że będzie to dłuższy tekst, na końcu zamieszczę podsumowanie podsumowania w punktach dla osób niechętnych czytania.

Podzielę to na trzy części, bo i moja praca (tak, to była naprawdę ciężka i wyczerpująca, zwłaszcza psychicznie, praca; wykonana w kilkaset godzin) nad wydaniem miała trzy wyraźnie różne od siebie fazy: crowdfunding, praca wydawnicza i nad nagrodami, „obsługa Wspierających” + wysyłka nagród.

Pierwszą część oceniam bardzo dobrze, co nie oznacza „bezbłędnie”. Niemniej, jako debiutant w społecznościowym finansowaniu projektów nie mogę nie być zadowolony. Ad rem – aby wydać biografię Rothbarda potrzebowaliśmy (według mojego kosztorysu) 22 tysiące złotych, jednakże podjąłem dosyć ryzykowną decyzję – postaramy się wydać Rothbarda po uzbieraniu połowy, na kredyt. Dzięki Wam i Waszemu wsparciu udało się zebrać niebagatelne 25380 zł, przekraczając zadeklarowaną sumę. Własny wkład oceniam dobrze – teksty, strategia i koordynacja poszła co najmniej dobrze, kampanie reklamowe podczas zbiórki dały zamierzony efekt, a wsparcie medialne zadziałało doskonale. Oczywiście tutaj muszę podziękować wszystkim osobom z SL za wsparcie – to przecież też Wasz sukces. W punktach chciałbym jednak napisać, dlaczego “niedoszacowałem” wydanie:

1. Z powodów różnych, takich jak opóźniająca się umowa dot. praw autorskich dopadł mnie podatek dochodowy. W takich chwilach człowiekowi potwierdzają się poglądy polityczno-społeczne.
2. Nie “doszacowałem” kosztów wysyłki nagród. Muszę się przyznać – po prostu nie wziąłem ich pod uwagę. A jednak grubo ponad sto przesyłek kosztuje.
3. W nieco mniejszym stopniu nie “doszacowałem” koszt nagród.
4. Ostatecznie dołożyłem do wydania biografii sporo, nie chcę jednak podawać konkretnej sumy. Mogę tylko powiedzieć, że nie jest to tysiąc złotych, więcej.

Drugą też oceniam bardzo dobrze, tutaj pojawiają się jednak metaforyczne schody. Patrząc na jakość samego wydania, osiągnąłem to, na czym mi najbardziej zależało – książkę, która nie jest tylko tekstem-tłumaczeniem, ale jest kompletnym wydaniem, pewnym skończonym dziełem sztuki, o wartości estetycznej i, przede wszystkim, merytorycznej.

Jestem zadowolony ze zmiany tytułu – pierwotnie książka miała się nazywać „wróg państwa”. Skąd więc mój pomysł? Po pierwsze intuicja podpowiedziała mi, że „bezpośrednie” tłumaczenie wypacza nieco sens. W moim odczuciu słowo „wróg” tłumaczy się na język angielski jako „foe”; „enemy” jest bardziej „nieprzyjacielem”. Po drugie w języku angielskim istnieje przebogata historia zbitki [An] Enemy of the State – tak zatytułowana jest libertariańska (a więc niedaleka) w wyrazie beletrystyka F. Paula Wilsona — An Enemy of the State, tak nazwany jest film z 1998 roku, gdzie główną rolę gra Will Smith (w Polsce dystrybuowany pod tytułem Wróg publiczny). Tytuł An Enemy of the…(tym razem people) nosi sztuka Ibsena – przykłady można mnożyć. Trzecim źródłem mojego pomysłu była chęć sięgnięcia do praktyki filozoficznej pisania esejów polemicznych z tytułem „Przeciw…”, jak choćby w dialogu św. Augustyna „Przeciw akademikom”. Na dokładkę wydaje mi się, że „Przeciw państwu” (z możliwością nieco prowokacyjnego/radykalnego rozumienia „przeciw państwu” jako „przeciw Państwu” – ci Państwo jako establishment?) po prostu lepiej brzmi.
Pomysł przedmówienia książki oraz bogatego wstępu z elementami filozofii libertariańskiej spowodował, że nie jest to suchy biogram – „Przeciw państwu” może być swoistym zaproszeniem do pogłębienia powierzchownej wiedzy o libertarianizmie, Rothbardzie czy koncepcjach wolnościowych ogółem.

Korekta i redakcja językowa – redakcji praktycznie nie było. Jakub Wozinski jest doskonałym tłumaczem, posiadającym lekkie pióro, a pierwsza korekta/redakcja (robiona poprzez żonę Jakuba, Katarzynę Wozinską) spowodowała moje „bezrobocie” na tym polu. Nie zauważyłem żadnej potrzeby głębszej ingerencji w tekst, cała redakcja praktycznie sprowadziła się do kilku pominiętych przez przypadek słów na końcu i zmienienia szyku w kilku zdaniach. Korekta jednak była dużo cięższym zadaniem. „Zaufałem” (w sensie, że niedopuszczalnie zrezygnowałem z redaktorskiej superkorekty), że tekst po 3 korektach jest pozbawiony błędów. I to był błąd. Książkę musiałem niemalże wstrzymywać z druku po pobieżnym przeglądnięciu tekstu, który został wysłany do drukarni. Postanowiłem, że mimo wszystko terminy są mniej ważne niż jakość wydawnicza i dane słowo – miało to w końcu być wydanie dążące do perfekcji (perfekcji nie ma, jest co najwyżej fair enough); postanowiłem zlecić jeszcze jedną korektę, a na koniec zrobić samemu bardzo dokładną i głęboką korektę. Znalazłem kilkadziesiąt błędów, przy czym jeden z przypisów był błędny nawet w oryginale – nie ukrywam, że post factum mam uciechę z faktu jego poprawienia.

Okładka – projekt osoby, na której de facto wydawnictwo stoi, jest bardzo dobry. Cieszę się, że udało się nam wydać coś więcej niż typowe „autor, tytuł, autor-twarz”, zarówno dyskretnie umieszczając na grafice symbolikę. Tutaj muszę mocno podziękować Julii Okręglickiej – bez Ciebie to wydanie byłoby niemożliwe. Albo co najwyżej bardzo słabe.
Prawa autorskie – dlaczego o tym mało interesującym szczególe wspominam? Ano bo prawa autorskiej wygenerowały pierwsze opóźnienie, które można było przewidzieć (kolejnym oczywiście była korekta). Swoją drogą prawa autorskie wygenerowały też rodzaj hazardowego stresu (przedłuża się, środki zebrane? A JAK SPRZEDALI JE POTAJEMNIE KOMUŚ INNEMU?). W każdym razie to było do przewidzenia, odpowiedzialność zrzucę na absolutny brak doświadczenia w wydawaniu książek.
Mógłbym tutaj jeszcze napisać jak wygląda zamawianie prawie setki koszulek, ponad setki przypinek czy kilkudziesięciu pendrive’ów, pozwolę sobie jednak odpuścić. Choć przyznać muszę, że pokój zawalony setkami książek, koszulek i gadżetów wygląda świetnie.

Podsumowując – jestem dumny, gdy biorę do ręki „Przeciw państwu” i wiem, że moja praca umożliwiła wydanie.

Teraz nadchodzi trzecia część, ta do której „zawalenia” się przyznaję. Oczywiście mam na myśli kwestie komunikacji oraz wysyłki nagród.

Nie chcę się zbytnio tłumaczyć, w końcu się przyznałem. Idąc od początku – nie potraktowałem ostatniej fazy wydawniczej w sposób odpowiedni, strategiczny i przemyślany. W ogóle to pominąłem, chyba skupiając się na myśli, że „jakoś to będzie, zaplanuję akcję w trakcie”. Nadmierny optymizm, niemożność zmierzenia się z rzeczywistością (pisząc „dwa tygodnie” praktycznie wiedziałem, że zajmie to jeszcze kilka miesięcy] i słabość komunikacyjna spowodowała drobną katastrofę w ostatnie, tak ważniej, a tak potraktowanej po macoszemu, fazie wydania biografii. Postanowiłem wszystko zrobić na własną rękę, co w połączeniu z innymi obowiązkami spowodowało opóźnienie. W dodatku zależało mi, aby wysyłka nagród była jak najbliżej premiery w sprzedaży – jakoś o tym nie powiedziałem, kolejny błąd. Sensowny wniosek brzmi – w przyszłości, w dalszej działalności wydawnictwa NWH czy SL tym musi zająć się ktoś inny, biorąc pod uwagę wszystkie wnioski, które wyciągnąłem „psując” dostarczenie nagród odpowiednim Wspierającym. “Dla usprawnienia oraz dla zajęcia się tym, co mi wychodzi najlepiej. Dlatego też publikuję ten raport teraz – z powodu wyczerpania oraz chęci owego usprawnienia od tej pory dalszą „obsługą” Wspierających zajmie się Karol Sobiecki([email protected]), HRowiec Stowarzyszenia. Od tej pory wszelkie osoby, które nie dostały nagrody, ebooka czy jakiejkolwiek innej nagrody, są proszone o kontakt z Karolem”

Na koniec chciałem napisać coś bardziej ogólnego. Otóż shit happens. W różnych formach i momentach. Nie należy jednak przekreślać zaangażowania z powodu drobnych problemów – gdyby drobne problemy (niekoniecznie wynikające z mojego działania) miały mnie zniechęcić, moją „podróż” w ruchu libertariańskim musiała by się zakończyć kilka lat temu.
Wpłaciliście 25 tysięcy złotych, żeby wydać książkę. W dodatku biografię. I to jeszcze niszowego filozofa. Pokazaliście, że środowisko wolnościowe ma potencjał. Ale też, że oddolność i woluntaryzm to nie jest pieśń przyszłości. Czy też utopia garstki nawiedzonych studentów. A będąc wolnościowcem można też zrobić coś, co nie jest nastawione na czysty zysk. Wyobraźmy sobie ile byśmy mogli zebrać pieniędzy na cele charytatywne, co najmniej tyle ile się zabiera pod przymusem. To całkiem imponujące, prawda?

Z szacunkiem,
Marcin Tora
Koordynator akcji wydawniczej

Skomentuj

*