Brak komentarzy

Michał Machowski – Czy swoboda działalności gospodarczej może prowadzić sama z siebie do apartheidu?

Jako zwolennik libertarianizmu uczestniczyłem ostatnio w dyskusji, w której padło nie do końca sprecyzowane stwierdzenie o wynikającej ze swobody działalności gospodarczej możliwości dojścia do stanu zbliżonego do apartheidu. Postanowiłem więc pochylić się nad tym dość ciekawym zagadnieniem.

Na wstępie oczywiście chciałbym zaznaczyć, że w tym temacie występują dwa bardzo ważne czynniki, mianowicie: wolny rynek i państwo.

Jako zwolennik wolnego rynku odnoszę się do Konstytucji RP, która w art. 22 stanowi, że:

Ograniczenie wolności działalności gospodarczej jest dopuszczalne tylko w drodze ustawy i tylko ze względu na ważny interes publiczny.

Jako że przedsiębiorca jest jednocześnie właścicielem dóbr, które sprzedaje bądź usług, które oferuje, to może nimi rozporządzać wedle własnego uznania. Przykładowo, pan Jan posiada rower, który jest jednocześnie mobilną kawiarnią. Pan Jan ma prawo odmówić komuś innemu  użytkowania tego roweru. Pan Jan sprzedając kawę ze swojego roweru oferuje pewien produkt w postaci owej kawy. Klient może stwierdzić, że owa kawa mu nie odpowiada. Ba, może nawet stwierdzić, że pan Jan mu nie odpowiada i przez to nie kupi już więcej od niego kawy. I tak dochodzimy do trzeciej możliwości, w której pan Jan może powiedzieć klientowi, że nie sprzeda mu kawy.

O ile w dwóch pierwszych przypadkach nikt nie ma żadnych wątpliwości , że można tak postępować, o tyle w przypadku trzeciej możliwości zaczynają się schody. No bo jak to? Można odmówić komuś sprzedaży? Można. Skoro dostępne są wcześniejsze możliwości, to dostępna jest również ta ostatnia. Dlaczego bowiem jedna strona może odmówić zakupu, a druga strona nie może odmówić sprzedaży? Ktoś powie: ale to jawna dyskryminacja klienta! Uściśliłbym, że jest tu możliwa dyskryminacja dwustronna. Dyskryminować ma prawo zarówno klient, jak i sprzedawca. Czemu tylko jedna strona miałaby mieć przywilej dyskryminacji? Oczywiście, aby zaoszczędzić czasu, sprzedawca zawsze może zawiesić karteczkę z napisem, na przykład, „Pijanych i nietrzeźwych nie obsługujemy”. Ma do tego pełne prawo.

Skoro podstawowa kwestia została już w prosty sposób wyjaśniona, to teraz czas na drugą część. Otóż gdzie pojawiała się systemowa dyskryminacja? Tam, gdzie regulacje wprowadzało państwo. Przykładami systemowej dyskryminacji były na przykład antysemickie ustawy norymberskie w III Rzeszy; prawa Jima Crowa, które zmuszały do segregacji rasowej w miejscach publicznych w niektórych stanach USA lub wspomniany apartheid w Republice Południowej Afryki. Tam z góry narzucono prawo dyskryminujące systemowo. I to jest właśnie ta zasadnicza różnica, gdy przychodzi do dyskusji o swobodach gospodarczych, do których miesza się państwo ze swoją ingerencją i narzuceniem dyskryminacji.

Zatem wracając do postawionego w tytule tego wpisu pytania: swoboda działalności gospodarcza sama z siebie nie może prowadzić do apartheidu. Jest tak dlatego, że wolny rynek polega na zarabianiu i dążeniu do zysku. Jeśli jedna osoba odmówi sprzedaży danej grupie, to tym samym otwiera się pole dla konkurencji. Wszak biznes zakłada się z myślą o zarobku, a nie o trzymaniu towaru na składzie. A odnosząc się do swobody prowadzenia działalności – należy myśleć o tym, że skoro klient może dyskryminować poprzez odrzucenie danej oferty, to również sprzedawca może zrobić to samo. W przeciwnym razie tworzymy dziwny twór, w którym jedna strona może wszystko, a druga nie może (absolutnie) nic.

Oczywiście piszę to z perspektywy libertariańskiej. Ciut inaczej wygląda to pod kątem przepisów prawa (z legalistycznego punktu widzenia).

Kto zajmując się sprzedażą towarów w przedsiębiorstwie handlu detalicznego lub w przedsiębiorstwie gastronomicznym, ukrywa przed nabywcą towar przeznaczony do sprzedaży lub umyślnie bez uzasadnionej przyczyny odmawia sprzedaży takiego towaru, podlega karze grzywny.

Tak przynajmniej stanowi art. 135 kodeksu wykroczeń.

Michał Machowski, Świat wg Brodacza

Skomentuj

*