Brak komentarzy

Michał Machowski – Czemu boimy się wolności? Luźne rozważania liberalnego wagabundy

Wolność może kojarzyć się z wieloma cytatami, myślami, filozoficznymi tekstami czy fragmentami z szeroko pojętej popkultury. Często wracam do tekstu legendarnego Bogdana Łyszkiewicza:

„Wolność kocham i rozumiem

Wolności oddać nie umiem”.

Ten ponad 30-letni już tekst dla prawie 40-letniego fanatyka polskiego (ale nie tylko) rocka ciągle pozostaje i w dalszym ciągu będzie pewnym  symbolem. Symbolem nie tylko popkulturowego wymiaru wolności, ale również pewnym rodzajem hymnu mojego pokolenia. Tych urodzonych na początku lat 80. Tych odbierających edukację w latach 90. Mających na wyciągnięcie ręki cały dorobek i spuściznę epoki transformacji naszego kraju. Byliśmy podjarani polskimi kapelami, Festiwalem Fama w Świnoujściu, pierwszymi komputerami typu Commodore oraz IBM z Optimusa. Giełdami, na których można było kupić pierwsze płyty z mp3 czy odzyskać skradzione radio, które ktoś ukradł ojcu pod blokiem. Na własne oczy widzieliśmy zmieniający się kraj. Z kumplami z osiedla chwytaliśmy wiatr zmian i wolności. Z szarych, postPRL-owskich blokowisk zanurzaliśmy się w nowy kolorowy świat Zachodu – nie tylko popkultury, ale także i świata, w którym teoretycznie można było wszystko. Tak – to my. Nasze pokolenie złotych lat 90., w których dorastaliśmy. W których nadrabialiśmy stracony dystans i dojrzewaliśmy szybciej niż nasi poprzednicy.

Po co ten wstęp? By pokazać, że każdy z nas ma jakieś swoje korzenie. Moje są tam, w tamtych czasach. Z tekstem Chłopców z Placu Broni. Tekstem, który tak naprawdę zrozumiałem znacznie później studiując, pracując i bacznie obserwując zmieniającą się rzeczywistość.

Do czego zmierzam? Dlaczego stwierdziłem, że boimy się wolności, jednocześnie o nią walcząc? Przede wszystkim dlatego, że wielu z nas wolność rozumie zupełnie inaczej. Po swojemu. Bo wolność może mieć wymiar filozoficzny, religijny, etyczny itp. Dziś, gdy państwo coraz bardziej wpływa na wolność jednostki, a jednocześnie coraz bardziej uzależnia od siebie wiele osób – coraz częściej mówi się w kręgach liberalnych i libertariańskich o potrzebie minimalizowania tego szkodliwego wpływu na obywateli. I tu pojawia się zgrzyt z tą częścią społeczeństwa, które jednak boi się wolności i braku ingerencji państwa. Państwa, które teoretycznie powinno stać na straży wolności obywateli, a które bardziej dąży jednak do tego, by tę wolność ograniczać pod ładnie wyglądającymi hasłami: pomoc, socjal, sprawiedliwość, porządek i tak dalej. Tymczasem wiele z tych pojęć to coraz częściej synonimy uzależnienia od państwa pod płaszczykiem tak zwanej umowy społecznej.

I można by nad tym problemem przejść do porządku dziennego, gdyby nie jedna kluczowa kwestia – jako obywatel mam tu generalnie niewielkie pole manewru. Państwo nie pyta mnie w wielu kwestiach o zdanie i nie daje mi możliwości dokonania wyboru, ale narzuca mi gotowe rozwiązania – stosując przy tym przymus (w różnym wymiarze i w różny sposób).

Czyż wolność nie powinna jednak dawać mi możliwości wybrania sposobu życia i kontaktu z państwem lub wręcz wybrania wpływu, jaki państwo może mieć na moje życie? Rozumiejąc potrzebę ludzi, dla których wolność może nie mieć takiego znaczenia jak dla mnie, jednocześnie staję przed dylematami, których ci sami ludzie już nie rozumieją, gdy chodzi o mnie. Czy moja wolność, moje poczucie wolności i chęć życia według własnych zasad,  musi w starciu ze skostniałym systemem i aparatem państwa być z góry na przegranej pozycji? Jeśli dodam, że rozmawiamy tu o Polsce, gdzie – parafrazując Andrzeja Sapkowskiego (Lux Perpetua) – „Tam nic i nigdy nie jest normalne”, to do tego wszystkiego, co już napisałem, dochodzi jeszcze przeświadczenie, że ciężka praca w połączeniu z silną chęcią do bycia wolnym człowiekiem jest tutaj mocno piętnowana. Patrząc dodatkowo na obecne działania rządu odnoszę wrażenie, że kwestia wolności, jakiejkolwiek wolności, zaczyna być dla rządzących przysłowiową solą w oku.

Rzecz jasna nie poruszę w tym wpisie wszystkich tematów związanych z wolnością i strachem przed nią, niemniej będę do tego tematu regularnie powracał. Dziś jeszcze parę słów o owym strachu.

Patrząc na otaczającą nas rzeczywistość można dostrzec, że ów strach często bierze się z braku wiary we własne możliwości, z nieustannego pokazywania nam przez otaczającą rzeczywistość (a zwłaszcza medialną), że powinniśmy zwrócić się do państwa z prośbą o pomoc i w wielu kwestiach zwyczajnie zaufać państwowym rozwiązaniom. I znów się powtórzę – rozumiem, że wiele osób czuje taką potrzebę. Nie rozumiem i nie akceptuję jednak stosowania tutaj przymusu i braku wolnego wyboru. Dla mnie jako libertarianina jest to po prostu nieakceptowalne. Czy muszę brać udział w tym swoistym handlu własną wolnością uzyskując profity, które nie do końca mnie interesują?

Tytułem podsumowania: dlaczego tego typu teksty będą nosiły podtytuł „Rozważania liberalnego wagabundy”? Bo jestem takim liberalnym wagabundą i to z wielu powodów. Łacińskie vagabundus oznaczało włóczęgę, powsinogę, obieżyświata. Właśnie kimś takim jestem. Coraz bardziej się nim staje, a jednocześnie coraz bardziej rozumiem potrzebę wolności. Wolności, która z jednej strony daje ogromne możliwości, a z drugiej odkrywa przede mną nieznane do tej pory spektrum wręcz mistycyzmu. Bo wolność jest w nas. Z drugiej strony jako wagabund staję się wręcz aktorem w teatrze, jakim jest życie związane z wolnością – wolnością od miejsc i do miejsc. Wolnością, którą chciałbym się dzielić. Wolnością, która jest nie tylko moim udziałem, a bardziej wolnością, która nie jest już tylko moim udziałem…

Michał Machowski, Świat wg Brodacza

Skomentuj

*