3

Marcin Chmielowski – Wielkanoc w Atomicach

Podróże lotnicze, przynajmniej do bardzo niedawna, nie były niczym nadzwyczajnym. Doświadczenie bycia obserwowanym, nadzorowanym, szpiegowanym i kierowanym na lotnisku, przez panie i panów w różnokolorowych mundurach, jest wobec tego powszechne. I przeważnie nas, podróżnych, niezbyt ono dziwiło.

I

Niektóre obostrzenia w ruchu lotniczym i jego okolicach mają bowiem jak najbardziej sens. Specyficzna sytuacja bycia zamkniętym z setkami innych ludzi na wysokości pięciu i więcej tysięcy metrów będzie szukać odpowiedzi i czasami znajdzie ją w istnieniu imiennych biletów, kontrolach bagażu, obecności uzbrojonych strażników, egzekwowaniu zakazów niewnoszenia na pokłady pewnych przedmiotów i substancji. Znajdzie je też i gdzie indziej. Póki co, nikt mi jeszcze nie wyjaśnił w jaki to sposób przeźroczyste kosmetyczki chronią mnie i innych pasażerów przed próbą porwania samolotu. Nadal nie wiem też dlaczego przelewanie szamponu i żelu pod prysznic do małych buteleczek jest skuteczną metodą walki z terroryzmem.

Przestrzeń lotniska nie jest jednak po prostu przystankiem PKS-u, bo mało który taki przystanek ma strategiczne znaczenie dla globalnego transportu. A wiele lotnisk już jak najbardziej. Wyłączenie lotniska z ruchu, na przykład takiego w Nowym Jorku, Singapurze albo Frankfurcie, nawet na jeden dzień, może wygenerować straty które, oględnie mówiąc, będzie trzeba odrabiać w więcej niż dwadzieścia cztery godziny. W ten sposób starałem się sobie wyjaśnić nieprzyjemne uczucie bycia odnotowywanym, rejestrowanym i kontrolowanym. Miał to być swoisty układ. Ja słucham się reguł, także tych, których absurd widzę niemalże natychmiast, a pracownicy lotniska pomagają mi w bezpiecznej podróży. Która bez nich, bo przecież są morskie i lądowe alternatywy, również byłaby możliwa. Tyle że dłuższa.

Przestrzeń lotniska kojarzy mi się jednak z czymś jeszcze, ale tutaj muszę zacząć pisać jak politolog, a nie podróżny. Nie twierdzę, że podział na prawicę i lewicę nie ma już sensu. Twierdzę jednak, że inne podziały mają i będą mieć coraz większy sens i donośność. Jednym z nich jest podział na globalizm i lokalizm. Międzynarodowość, multikulturalizm, uniwersalizm zasad. Albo życie według reguł niezmiennych od pokoleń, stabilność, swojskość.

O lotnisku – dużym, międzynarodowym – myślałem jako o obrazku, który pasowałby do Wikipedii właśnie jako ilustracja hasła „globalizm”. Lśniące, biało-srebrno-szklane miejsce, na dobrą sprawę na całym świecie prawie zawsze takie samo, z tymi samymi firmami sprzedającymi mi kawę i kanapkę, w mojej ocenie pasuje doskonale. O lokalizmie myślę za to kategoriami wiejskiego wesela. Gdzie wszyscy się znają, a nawet jeśli nie znają, to bardzo szybko przejdą „na ty”, gdzie dominuje swojskość, pewne reguły i schematy są niezmienne od pokoleń i które to wesela również są do siebie bardzo, bardzo podobne. Choć oczywiście w obrębie swojego regionu.

Każde miejsce ma jednak jakiś swój „cień”, przestrzeń niekoniecznie fizyczną, która umożliwia istnienie sceny. Kuluary myśli, przepisów – spisanych bądź nie, maszynerii organizujących front każdej sytuacji. W przypadku lotniska elementem tego cienia jest nadzór. Istnienie kamer, kontrole dokumentów, przedmiotów i ludzi muszą być skuteczne wtedy, kiedy zwyczajnie nie możemy sobie ufać, bo ciężko jest zaufać człowiekowi z drugiego końca świata, o którym wiemy tylko tyle, ile ma napisane w paszporcie.

Rzecz jasna, na weselu nikt nikogo ani nie legitymuje, ani nie ostemplowuje, ani nie autoryzuje właśnie w ten sposób. Sankcje w przestrzeni lokalnej a nie globalnej są zupełnie inne.

Nie dziwi nas takie a nie inne zachowanie celników, tak jak nie dziwi nas takie a nie inne zachowanie teściowej. Zdziwilibyśmy się dopiero wtedy, gdyby teściowa zaczęła zachowywać się jak celnik i legitymować nas przy świątecznym stole. Albo gdyby celnik na granicy zapytałby się o to, czy chcemy dokładki pierogów.

Powoli też zaczynamy się dziwić, dlaczego pewne reguły związane z walką z pandemią koronawirusa zaczynają nam przypominać doświadczenia lotniskowe. Nie przywykliśmy do nich i wyjaśnienia, że to przez wirusa, są jakby mało wiarygodne.

Przynajmniej tam, kiedy są one związane z absurdalnością niektórych reguł. Lotnisko nie jest najlepszym miejscem do kwestionowania panujących na nim praw i zasad – z przyczyn choćby i nawet tylko czysto pragmatycznych. Całkiem sporo podróżnych, a jestem jednym z nich, podejrzewa jednak, że pewne nakazy i zakazy, sposoby kontroli i przedmioty jej poddane, nie mają na celu budowania bezpieczeństwa. Tylko jego poczucia. Ludzie są spokojniejsi kiedy widzą, że ktoś im grzebie w walizce – o ile pomaga im to wierzyć, że to dla ich własnego dobra. Chętnie też przeleją szampon do kilku mniejszych buteleczek. Jeśli wedle ich wyobrażeń suflowanych im przez strażników lotnisk ma to utrudnić życie terrorystom z ISIS? Czemu nie.

II

Oczywistym jest, że pandemia jest problemem, który trzeba rozwiązać. W tym celu należy przedsięwziąć pewne działania mające ograniczyć jej rozwój, ochronić zdrowych, zapewnić pomoc chorym i szukać leków i szczepionki, które pozwolą nam rozprawić się z wirusem. Wiele reguł, nierzadko zresztą wolontariacko i samorzutnie adaptowanych przez ludzi do zestawów zasad ich codziennego funkcjonowania, ma sens i wyraźnie widać ich efekty.

Są wśród nich jednak też i takie, które – choć wymagane przez władzę – wcale nie mają budować bezpieczeństwa tylko jego poczucie. Tyle że właśnie obracają się przeciw tym, którzy je wprowadzają a następnie egzekwują. Nie wiem, w jaki sposób uciążliwe kontrole policyjne, pytanie się o cel podróży ludzi na ulicy, próby wlepiania mandatów za bieganie, obostrzenia pokroju zakazu wchodzenia do lasu albo sławne już „interwencje” polegające na pokazywaniu jak bardzo policja chce wyzbyć się niewielkiego przecież kapitału zaufania społecznego, mają pomóc walczyć z pandemią. Na pewno mają budować poczucie, że ta walka się toczy. Ma być widać, że władza coś robi. Widać jednak coś innego. Że władza uderza na oślep. Byleby dudniło, a gdzie trafi? To już mniej ważne.

Bezsens większości tych działań nie polega tylko na tym, że są one po prostu szkodliwe dla obywateli w których rzekomej obronie są podejmowane. Jest on jeszcze gdzieś indziej. W wymieszaniu reguł z zupełnie dwóch światów. Oto bowiem „lotnisko” bardzo się roztyło i zagościło właściwie wszędzie. Bezosobowe reguły nadzoru sprawdzające się w pewnej specyficznej scenerii nie pasują do innej. Nasze codzienne wspólnoty: pracownicze, sąsiedzkie i rodzinne, są obecnie pilnowane i kontrolowane po to, aby było widać, że coś się dzieje. Że coś robimy. My, rządzący. Każdy ma wiedzieć, że szampon warto przelać do mniejszej buteleczki. Tyle że tym razem ma ona kształt tabliczki o zakazie wstępu do lasu. Albo jest wymogiem dwumetrowego dystansu od własnej żony. Albo zakazem wstępu na cmentarz, który zresztą nie obowiązuje równiejszych.

Dlatego ta Wielkanoc odbędzie się w Atomicach. Świecie, w którym zderzenie dwóch porządków generuje absurd. W naszym przypadku te światy to rejestr absurdalnych reguł powtykanych pomiędzy te potrzebne, a nawet niezbędne. Ale też ich pochodzenie, „lotniskowy rodowód” bycia funkcjonalnym w jakiejś specyficznej i wyrwanej z codzienności przestrzeni. I stosowanie tego rejestru do sytuacji, w których nigdy nie miały one miejsca, w których nie były potrzebne, w których właściwie to dalej nie są. Bo z pandemią można walczyć mądrzej. Rzetelniej można podejść też i do prostej konstatacji, że po koronawirusie też jest życie i  warto mieć na nie siły, fizyczne i psychiczne. Nie warto zaś trwonić ich właśnie teraz na nerwowe ruchy.

Marcin Chmielowski

Źródło obrazu: isorepublic.com

3 komentarze

  1. Reply
    Anna says

    Ciekawa jestem Panie Marcinie co pan myśli na temat przeróżnych teorii związanych z koronawirusem. Dla przykładu:
    – że prawie nikt z jego powodu nie umiera
    – że to wszystko po to by ograniczać swobody obywatelskie i to tylko wyolbrzymiane przez media
    i tak dalej…
    Fajne nawiązanie do lotniska, artykuł jak zawsze na poziomie:)

    • Reply
      Kelthuz says

      “prawie” nikt nie umiera? Otóż umiera całkiem niezły odsetek ludzi, choć głównie starzy i schorowani.

      • Reply
        nie_Autor says

        Obił mi się o oczy filmik z facetem który łaził z kamerą po jakimś Manchesterze, zaglądał na izby przyjęć szpitali i gadał coś w stylu: “patrzcie, w TV pokazali że kłębi się w tym miejscu mnóstwo karetek i w ogóle Ground Zero, a ja tu włażę, pusto i cicho i nic się nie dzieje”. No i rzeczywiście na filmie z izby przyjęć jeden znudzony medyk w masce i zero ruchu. Autor filmu nie neguje istnienia wirusa, niekoniecznie nawet podważa dane o zachorowaniach, natomiast podkreśla że panika jest nakręcana medialnie – sugerując że być może po to by “coś” przykryć.

Skomentuj

*