1

Marcin Chmielowski – Libertarianie, Globaliści, Bezskładkowi, Tolerancyjni. Miesiąc Dumy LGBT

Matt Kibbe, libertariański przedsiębiorca idei, jest co najwyżej szeroko znany w wąskim środowisku. Libertarian właśnie. Powiedział jednak ważną rzecz, która może pomóc w rozszerzeniu tego światka. Brzmiało to w ten sposób: Nie wygramy, jeśli będziemy cytować Ludzkie działanie. Wygramy, jeśli zrobi to za nas Scooby-Doo.

Jestem fanem Scoobiego-Doo, dlatego te słowa zapadły mi w pamięć. Tym bardziej zastanawia mnie, dlaczego dzisiaj Kudłaty prędzej powie, że jest gejem, a Velma, że jest lesbijką, niż ktoś z nich zacytuje Misesa albo ogłosi się libertarianinem.

Animowanemu, mówiącemu psu i jego kolegom ktoś oczywiście sufluje wypowiedzi, którymi ci następnie dzielą się z widzami. Nie sądzę, aby powyższe przerysowanie sytuacji i eksperyment myślowy z promocji ruchu LGBT+ były jakoś bardzo rażące i nieprawdopodobne. Okno Overtona jest dziś w takim miejscu, w którym możemy sobie wyobrazić wyjście z szafy kolejnych animowanych bohaterów. Trudno jednak pomyśleć o tym, aby byli oni szczególnie zainteresowani machaniem nie tęczową, ale złotą flagą z wężem. I warto przemyśleć, dlaczego akurat tak się stało.

Pamiętam czasy, w których homoseksualiści w kulturze jeżeli w ogóle byli obecni, to wyśmiewani. Dzisiaj nikt z poważnej wytwórni filmowej nie pokaże gejów jako odzianych w skóry wąsaczy tańczących w Błękitnej Ostrydze. A jeszcze w latach 80. ten obraz, budujący określone skojarzenia, był całkiem popularny. Współcześnie może on być użyty co najwyżej jako prześmianie stereotypu, ale na pewno nie jego budowanie. Droga pokonana od przaśnego baru dla miłośników skórzanych kamizelek do logotypów największych i najważniejszych światowych marek, które przywdziewają kolory tęczy, właśnie teraz, kiedy zaczyna się Miesiąc Dumy LGBT, jest imponująca. I być może do powtórzenia przez libertarian. Z piwnic na salony póki co udaje się przedostać tylko niektórym z nas.

Co jeśli droga wiedzie przez kulturę? Ten nigdy niedokończony, zawsze rozbudowywany, przebudowywany, różnie interpretowany, ale mający swoje centrum i swoje peryferie kodeks postępowania przypominający zasady ruchu drogowego, określające komu co się należy na drogach i autostradach promocji myśli i idei. Gdzieś za naszego życia, potężnym wysiłkiem, środowiska LGBT+ odniosły fenomenalny sukces w nadpisywaniu tego tak naprawdę nigdzie niespisanego kodu. I zasłużenie świętują, bo mają co. Udało im się odkształcić kulturę, system znaków i znaczeń, w swoim kierunku. Zmienili dyskurs mówiący o tym, kim są. Zbudowali mit polityczny stawiający w swoim centrum wartość jakże libertariańską – emancypację, potem zaś umiejętnie opowiedzieli go innym. Ruch LGBT+ dzisiaj potrafi pokazać się jako modny, inkluzywny, zwyczajnie fajny. To jest skala wizerunkowego zwycięstwa, która była możliwa dzięki posiadaniu odpowiednich symboli i kształtowaniu zbiorowych wyobrażeń. Owszem, każde zwycięstwo jest zawsze niepełne, a rewolucja jest jak rower, ale to jeszcze nie znaczy, że nie należy się podziw. Należy się jak najbardziej.

Jeżeli libertarianie chcieliby odnieść podobne zwycięstwo, skutecznie przejść przez instytucje, trafić do wyobraźni jako ci, których się celebruje a nie wyśmiewa, powinni powtórzyć kroki, jakie inni podjęli przed nami. Nie jestem ekspertem w dziedzinie historii ruchów LGBT+. A być może powinienem nim być, jeśli mam innym podpowiadać co powinni zrobić i jak działać. Póki co widzimy przykład, case study, który należy zbadać i poznać jego mechanizmy. Może to właśnie ta wiedza, wyniesiona z historii opowiedzianej o sobie przez różnorodne, tęczowe środowiska, będzie możliwa do opowiedzenia jeszcze raz, ale przez libertarian. Mamy lekcję do nadrobienia i trzeba się nią zająć szybciej niż później. Kolejna książka o standardzie złota musi poczekać.

Ale organizacyjne podglądactwo nie jest jedynym aspektem leżącym na przecięciu libertarianizmu, środowisk LGBT+ i ich polskiego kontekstu, bo właśnie o nim piszę. Nie ma żadnej sprzeczności czy konfliktu pomiędzy byciem libertarianinem albo libertarianką i jednocześnie gejem lub lesbijką. Pozostając obojętnymi na sprawy gejów i lesbijek zostawiamy ich radykalnej lewicy. Nie jest przecież tak, że orientacja seksualna określa poglądy polityczne i pomysły na to, jak ułożyć relacje państwa i obywateli. O tych ludzi warto powalczyć i pokazać im, że ich libertariańskie poglądy wcale nie muszą być stłamszone przez to, że w Polsce w sposób systemowy tylko skrajna lewica upomina się o godną obecność osób LGBT+ w przestrzeni publicznej. Być może już doprowadziliśmy do sytuacji, w której to wyjście z szafy geja lub lesbijki i jego lub jej dołączenie do najbliższych lewicowych struktur oznacza wejście do innej szafy. Tej, w której trzeba ukrywać swoje wolnościowe poglądy. I słuchać niekoniecznie najmądrzejszych, ale za to całkiem głośnych kolegów opowiadających o tym, że największy problem ludzkości to kapitalizm.

Niestety, z racji ubóstwa polskiej, libertariańskiej oferty, kojarzenia nas z prawicą, z którą przynajmniej ja się nie utożsamiam i z którą nie mam nic wspólnego, redukowania liberalizmu i libertarianizmu do wolnego rynku – jesteśmy tam, gdzie jesteśmy. Nie uważam, że najważniejszym celem ruchu libertariańskiego w Polsce jest zabieganie o poparcie polskich środowisk LGBT+. Uważam za to, że ludzie z tych środowisk powinni czuć się między nami swobodnie i włączać się w nasze projekty. Tyle że pewnie nawet nie wiedzą o tym, że są wśród nas mile widziani. A każdy powinien być, o ile chciałby mniejszego, a nie większego państwa i więcej, a nie mniej wolności. Przeciwnikiem ideowym dla libertarianina czy libertarianki nie jest gej. Jest nim taki gej, który chciałby, aby inni w podatkach zrzucali się na jego status, tak materialny jak i pozamaterialny, związany z uznaniem. Tyle że dokładnie to samo dotyczy też osób heteroseksualnych, które aby poczuć się dostatniej i lepiej chętnie przytulą 500+, oczywiście razem z otaczającą tę kwotę propagandą.

Nie chcę być zmuszanym do tego, abym za pośrednictwem państwa popierał cudze idee, cudze style życia i cudze wybory, niezależnie od tego, czy są to style życia bardzo konserwatywne czy bardzo progresywne. A to dlatego, że nie chcę, aby państwo przy pomocy swojej redystrybucyjnej polityki i finansowanych przez siebie instytucji produkujących sens, wtłaczało jakieś grupy elektoratów w ramy mające stanowić kto wróg, kto przyjaciel, komu należy się szacunek, a komu pogarda. Bo państwo, kiedy coś daje, to zawsze prędzej czy później będzie czegoś chciało w zamian. W upartyjnionym do śmieszności polskim życiu publicznym jest to tym bardziej widoczne.

Żyj i daj żyć innym, na swój własny rachunek, co oznacza także ponoszenie kosztów własnych decyzji. Tym powinni kierować się libertarianie, niezależnie od swojej orientacji. I warto zebrać wszystkich tych, którzy chcą, aby państwa było jak najmniej.

Marcin Chmielowski

Komentarz

  1. Reply
    FatBantha says

    Droga z całą pewnością wiedzie przez kulturę. Ale którędy dokładniej, tego na razie jako wolnościowe środowisko nie jesteśmy w stanie uściślić.

    Przede wszystkim, należy odpowiedzieć na podstawowe pytanie dotykające tożsamości libertarianizmu. Czy większe perspektywy na przyszłość ma jako myśl rewolucyjna (jak chciał Rothbard) – skupiająca się na werbowaniu jakichś gniewnych mniejszości wzorem lewicy, czy jako ewolucyjne stanowisko oparte na wychowywaniu nowego mainstreamu w poszanowaniu swoich wartości?

    Działaczom LGBT może i udało się “odkształcić kulturę w swoją stronę”, ale czy mamy uznać to za sukces, skoro i tak w powszechnej świadomości coraz częściej są i będą uznawani za harcowników obcych mocarstw, czy V kolumnę niszczącą od środka zachodnią cywilizację? Czy naprawdę opłaca się, by libertarianie odnieśli podobny sukces, kosztem zostania okrzyjniętymi kolejnym, znienawidzonym Jeźdźcem Apokalipsy? To raczej pyrrusowe zwycięstwo. Kolejny ślepy zaułek.

    Wydaje mi się, że lepiej jednak się przedstawiać jako strona, która zna sposób na naprawę świata społecznego, relacji międzyludzkich i ma nowy, godny powszechnego uszanowania paradygmat, z jakim należy się liczyć.

    Jeżeli do kogoś bardziej przemawia wizja Hansa Hermana Hoppe, uznającego z góry pewne grupy społeczne za bezużyteczne, nieprzystające wobec wymogów i reguł libertariańskiego społeczeństwa, skazujące się swoją postawą na mecenat władzy państwowej, to raczej nie będzie dążył do ideału “fajnolibkostwa” chcącego jednać gejów. Raczej zaproponuje im wygnanie albo inne “physical removal”.

    Zresztą zabieganie o poparcie jakichś grup też jest błędem, bo to z kolei zakłada jakiś rodzaj wymiany quid pro quo, a nie bezwzględne podporządkowanie słusznej idei i jej zasadom dla ogólnej moralnej korzyści, płynącej ze stosowania się do niej.

    Wydaje mi się, że dzisiaj gejów, feministki i innych genderystów już lepiej użyć po części jako straszaka na konserwatywny ogół, skłaniając do uznania, że to właśnie dzięki istnieniu silnego aparatu władzy, mniejszości i ich lobbing będą zwyciężać i regularnie zdobywać przewagę nad niemrawą i reakcyjną większością.

    Mniejszości z natury są bardziej agresywne i zdeterminowane do przejmowania władzy, aby przez nią narzucić ogółowi swoje normy. Jeżeli więc ogół nie chce się podporządkowywać dziwacznym pomysłom jakichś elit zabiegających o głosy u mniejszości, powinien postawić się tej całej biurokracji, urzędom i politykom, odcinając też tlen podpalaczom cywilizacji, niwelując wpływ na siebie.

    “Chcesz dalej utrzymywać aparat biurokratyczny ze swojej krwawicy? To nie zdziw się, kiedy pewnego dnia zabiorą ci dzieci i narzucą im progresywne wychowanie, robiąc z nich pożytecznych idiotów solidaryzujących się z Murzynami palącymi miasta.”

    Konserwatystów w społeczeństwie zawsze będzie więcej, dlatego bardziej opłaca się właśnie im “wchodzić do głowy”, grać na lękach. Z tego też uważam, że podstawą dla kulturowej zmiany, powinna być refleksja o tym jak zlibertarianizować rodzinę – jak wiadomo – podstawową komórkę społeczną, oraz wychowanie, aby mogła, chciała i miała naturalną tendencję do opierania się państwu. Opór wobec władzy państwa powinien być zaszczepiony już w domu rodzinnym.

    W długim terminie ma to więcej sensu niż żebranina o ochłapy zainteresowania jakichś hedonistycznych odszczepieńców bez przyszłości, którzy i tak nie będą zdolni do poświęceń za wolność.

Skomentuj

*