Brak komentarzy

Maksymilian Keller – Wolnościowa perspektywa a wyniki wyborów

Wyniki wyborów parlamentarnych z 13 października 2019 r. znane są już chyba każdemu, w związku z czym warto przyjrzeć się zmianom, jakie nastąpią w składzie Sejmu IX kadencji w porównaniu do Sejmu VIII kadencji. A te, pomimo oczywistego braku liberalnego czy libertariańskiego ugrupowania, dają nadzieję na ciekawą przyszłość dla polskiego parlamentaryzmu.

Najważniejszą informacją jaką usłyszeliśmy dzień po wyborach, była utrata przez partię rządzącą większości w Senacie wynikiem 49:51 (pomimo uzyskania największej liczby głosów). Co ciekawe mogłoby to być nawet 48:52, gdyby nie Dawid Kostempski, który wystartował ze swojego Komitetu Wyborczego Wyborców o mylącej nazwie „Koalicja Obywatelska Dawid Kostempski”. Do sfery spekulacji należy też zaliczyć rozważania, co by było, gdyby niektórzy wyborcy Koalicji Obywatelskiej (KO) nie potraktowali kratki z logiem tego ugrupowania jako tej, na której można zaznaczyć krzyżyk, tym samym oddając ważny głos na wybranego kandydata bądź kandydatkę.

Mimo wszystko nawet dzięki tak niewielkiej przewadze opozycja zyskuje możliwość hamowania procesu legislacyjnego za pomocą nanoszenia poprawek, które izba niższa musi rozpatrzyć, i przetrzymywania ustawy do maksymalnie trzydziestu dni. Niestety, Sejm może odrzucić w całości poprawki Senatu, i po tym okresie przyjąć dokładnie ten sam projekt zwykłą większością głosów.

Z wolnościowego punktu widzenia (bazując na doświadczeniach minionych 4 lat) im mniej prawa stanowionego tworzonego przez obóz Prawa i Sprawiedliwości (PiS) trafia do Dziennika ustaw, tym lepiej. Również późniejsze wejście w życie aktów prawnych oraz wydłużenie vacatio legis, może nam wyjść na dobre (wyjątkiem byłoby coś na kształt „Lex Szyszko”, ale jest mała szansa, że nawet tak mały wolnościowy krok się powtórzy). KO zyskuje możliwość powołania dwóch senatorów wchodzących w skład Krajowej Rady Sądownictwa (KRS), będzie też mieć realny wpływ m.in. na wybór prezesa Najwyższej Izby Kontroli (NIK) i Instytutu Pamięci Narodowej (IPN). Jest to karta przetargowa, która może zapobiec kolejnym reformom edukacji, sądownictwa czy organizacji i pracy uczelni wyższych.

Mimo wszystko, przegrana PiS w Senacie nie zmieni ogólnego układu sił. Co najwyżej może namieszać w szeregach Prawa i Sprawiedliwości – szczególnie gdy weźmie się pod uwagę utratę posłów względem poprzedniej kadencji. Tym samym, przewaga partii z Nowogrodzkiej nad resztą ugrupowań stopniała do zaledwie 10 parlamentarzystów. Może to doprowadzić do przetasowania sił w dominującej formacji, szczególnie jeśli twardszych negocjacji podejmą się wchodzące w skład obozu rządzącego Porozumienie i Solidarna Polska. Co prawda ani jedni, ani drudzy nie mają żadnego interesu w opuszczaniu większościowego rządu, więc szanse na ewentualne polityczne transfery są nikłe. Z kolei miłym, ale mniej znaczącym gestem ze strony wyborców, jest nieprzyznanie mandatu byłemu komunistycznemu prokuratorowi – Stanisławowi Piotrowiczowi.

Nie zapominajmy, że do Sejmu weszło więcej ugrupowań. Koalicja Obywatelska, Lewica, Polskie Stronnictwo Ludowe (PSL) oraz Konfederacja będą stanowić opozycję w stosunku do partii rządzącej. Co ważne, każda z tych partii jest chociaż po części zgodna z Prawem i Sprawiedliwością. Pierwsze trzy ugrupowania nie wyrażają sprzeciwu wobec socjalnych transferów rządu i raczej nie ma na to szans. Lewica, której postulaty bez problemu mogą przejąć KO lub PSL, będzie postulować wyższe świadczenia. To paradoksalnie może pociągnąć PiS w lewo, pod groźbą utracenia głównego elektoratu na rzecz np. PSL.

Wielką niewiadomą pozostaje Konfederacja. Tworzą ją z jednej strony etatystyczny Ruch Narodowy, z drugiej relatywnie wolnorynkowa partia Koalicja Odnowy Rzeczpospolitej Wolność i Nadzieja (KORWiN), a pomiędzy nimi Grzegorz Braun – prezes partii KORONA. Istnieje jeden (w dodatku bardzo silny) bodziec zachęcający te grupy do zespolenia, mianowicie chęć uzyskania jak największej liczby posłów. Dlaczego?

Obecna ordynacja wyborcza jest oparta na Metodzie D’Hondta. W Polsce system ten działa tak, że wyniki w okręgach, ujmowane w liczbie głosów oddanych na całe listy kandydatów, dzieli się przez kolejne liczby naturalne. Następnie wybiera się tyle najwyższych wyników, ile w danym okręgu jest mandatów. Mówiąc w skrócie – z procentami poparcia społecznego ma to niewiele wspólnego. Przykładem tego może być fakt, iż pomimo otrzymania przez PiS niespełna 44% głosów, partia ta zajmie ponad połowę miejsc w Sejmie. przeciwieństwa efektu o przeciwnym charakterze doświadczyła Konfederacja, która otrzymując nieco mniej niż 7% głosów uzyskała jedynie 2% miejsc. Trawestując znany cytat Józefa Stalina można powiedzieć, że nieważne kto głosuje – ważne jak się liczy głosy.

W obecnej ordynacji opłaca się zawierać nawet najbardziej egzotyczne sojusze. Na tej zasadzie działa koalicja Kukiz’15 z PSL czy Lewica, w której skład wchodzą SLD, Wiosna i Razem. Paweł Kukiz jest nieprzewidywalny i ciężko określić jego poglądy, jednak bez ludowców nie miałby większych szans na mandat poselski. W Lewicy jedynym potencjalnym zgrzytem jest zbytni radykalizm partii Razem, która jednak bez tej koalicji najpewniej wylądowałaby poza Sejmem.

Ogólnie rzecz biorąc, na gruncie ideowym najbardziej niestabilnym bytem jest Konfederacja. W tym momencie bardzo ciężko orzec, czy środowisko to będzie w stanie dojść do jakiegokolwiek konsensusu i czy w ogóle przetrwa do następnych wyborów. Co ciekawe, obserwując wypowiedzi niektórych członków Ruchu Narodowego można odnieść wrażenie, że narodowcy powoli przechylają się w kierunku liberalizmu gospodarczego. Przykładem może być zaskakujący występ Krzysztofa Bosaka podczas debaty w TVN. Były prezes Młodzieży Wszechpolskiej nie wypowiadał się w duchu „interesu narodowego”, a wręcz krytykował centralizację i szeroko pojęty interwencjonizm.

W kwestiach społecznych sytuacja wygląda nieco inaczej. Na tym polu Lewica będzie stanowiła opozycję, a Konfederacja spróbuje przeciągnąć PiS w swoją stronę. Wydawać się może jednak, że większy sukces tego prawicowego ugrupowania wydaje się wątpliwy, gdyż jako że partia rządząca jest typowym ugrupowaniem populistycznym. W skali całego kraju jest dość nieliczny jest elektorat popierający np. całkowity zakaz marszy środowisk LGBT, aborcji, finansowania przez państwo metody in vitro czy sprzeciw wobec tzw. ustawy 447. Jeśli wierzyć badaniom, z jednej strony przeciętny wyborca PiS jest człowiekiem konserwatywnym, ale najważniejsze dla niego są wysokie świadczenia socjalne, progresja podatkowa, państwowe szkoły, szpitale, drogi i tym podobne. Dominuje przywiązanie do własności państwowej.

Konfederacja nie popiera tych działań, zatem PiS będzie mógł dalej ignorować ugrupowanie ze swojej prawej strony i niewiele na tym powinien stracić – szczególnie, że ma do dyspozycji media publiczne. Co innego tyczy się pomysłów Lewicy na gruncie gospodarczym, które partia rządząca będzie musiała adaptować (a nawet ścigać się o to, kto da więcej), by nie dać pola do popisu Koalicji i ludowcom. Realizowanie programu konfederatów (nawet tego społecznego) może okazać się dla Prawa i Sprawiedliwości zabójcze ze względu na możliwość odpłynięcia elektoratu centrowego do równie populistycznych, a nieco bardziej umiarkowanych światopoglądowo KO i PSL. Wydaje się też, że przyszłe afery nie powinny mieć większego wpływu na kształtowanie się układu sił w Parlamencie – świadczy o tym reakcja na poprzednie afery rządowe. Przypomnę, że stworzono im dedykowaną stronę na Fandomie.

Tym, co wyróżnia obecny Sejm na tle innych sejmów poprzednich kadencji, jest jego pluralizm (z list 5 ogólnopolskich komitetów do Sejmu dostali się przedstawiciele 17 ugrupowań bądź inicjatyw). Zasiądą w nim politycy lewicowi, centrowi, prawicowi, narodowi, kosmopolityczni, a także monarchiści i demokraci. Nie zabraknie wśród  względnych wolnorynkowców, ale i etatystów czy nawet otwartych sympatyków Karola Marksa. W trakcie tej kadencji możemy być świadkami jednych najgorętszych debat w historii polskiego parlamentaryzmu między innymi z uwagi na obecność w poselskich ławach przedstawicieli takich światopoglądowych sprzeczności, jakie występują pomiędzy Konfederacją i Lewicą. Aż do wyborów z 13 października mandatów poselskich do Sejmu jednej kadencji nie uzyskały tak diametralnie różnie postrzegane osoby, jak: Adrian Zandberg, Janusz Korwin-Mikke, Grzegorz Braun, Antoni Macierewicz, Jarosław Kaczyński czy Klaudia Jachira.

Na podstawie powyższej skróconej listy co bardziej kontrowersyjnych parlamentarzystów możemy wywnioskować, że w Sejmie IX kadencji będzie co najmniej ciekawie. Jednak czy będzie również merytorycznie? Raczej nie do końca, patrząc chociażby na dotychczasowe wyczyny i skandale z udziałem wymienionych oraz innych posłów-elektów (prym wiedzie tu zdecydowanie prezes partii KORWiN), ale kryzys polskiego parlamentaryzmu to temat na oddzielny artykuł.

Jak to wszystko ma się do sprawy wolnościowej? Otóż obecnej scenie politycznej brakuje jednego ugrupowania do właściwie pełnego pluralizmu: formacji liberalnej zarówno gospodarczo, jak i światopoglądowo. W dalszym ciągu jednak nawet poza Sejmem brakuje takiego ruchu w postaci partii politycznej. Jest za to dobrze rozwinięty trzeci sektor, w każdej chwili gotowy do udzielenia ewentualnej nowej sile liberalnej gospodarczo i światopoglądowo wsparcia na poziomie merytorycznym czy nawet organizacyjnym lub marketingowym.

Między innymi dlatego powstała opracowana przez Fundację Wolności i Przedsiębiorczości, Centrum Kapitalizmu, Liberty Forum Poland oraz Karola Parkitę Deklaracja Kandydata Liberalnego. Podpisało ją zaledwie 9 osób, z czego tylko dwie odniosły wyborczy sukces: Michał Jaros w wyborach do Sejmu oraz Jacek Bury, który z dużą przewagą nad kontrkandydatem uzyskał mandat Senatora w Lublinie. Czy będą oni reprezentować wolnościowców w obu izbach?

Na ten moment jeszcze nie wiadomo, jednak tym biorąc pod uwagę fakt, że poseł-elekt popiera socjalny program taki jak „Mieszkanie dla Młodych”, można końca mieć co do tego pewne wątpliwości. Z kolei senator-elekt wyraził aprobatę dla pomysłu „Lasów darmowej żywności w miastach”. Żaden z tych programów nie jest jednak porównywalnego kalibru, co plany partii rządzącej m.in. w kwestii podwyżki płacy minimalnej. Poza tym wydaje się, że moment na rozliczenie Jarosa i Burego z realizacji kolejnych punktów Deklaracji przyjdzie za cztery lata.

Obecnie większe nadzieje można wiązać z senatorem-elektem, który proponuje (wyłączając nieszczęsne „Lasy”) chociażby podwyższenie kwoty wolnej od podatku, zakaz finansowania mediów ze środków publicznych i zmniejszenie kosztów pracy. W dodatku uposażenie senatorskie zamierza przeznaczyć na działalność charytatywną. Nie zmienia to rzecz jasna ani nieetycznego charakteru podatków, ani nie odciąży w żaden znaczący sposób polskiego podatnika. Niemniej z dwojga złego odmowa pobierania wynagrodzenia spowodowałaby, że pieniądze, które nie trafiłyby do Burego, zostałyby  najprawdopodobniej zmarnowane przez państwowy aparat urzędniczy.

Co do innych polityków, którzy podpisali wspomnianą Deklarację, dziwić może wyjątkowo skromny wynik Dariusza Szczotkowskiego w stosunku do jego rozpoznawalności (w szczególności w polskim środowisku wolnościowym). W dalszym ciągu bowiem fragmenty programu „Młodzież kontra… czyli pod ostrzałem”, w których to wspomniany kandydat dyskutował między innymi z Januszem Korwinem-Mikke o sensie życia, krążą po Internecie i do tej pory zebrały łącznie około miliona wyświetleń. Jednakże przełożyło się to jedynie na 1101 głosów. Do poselskiego mandatu zabrakło około 15 tys. głosów.

Innym kandydatem, który chciał podpisać Deklarację, lecz ostatecznie tego nie zrobił, jest Jacek Wilk. Nie udało mu się dostać do Sejmu, lecz kilku jego partyjnych kolegów uzyskało poselski mandat, a zatem warto poświęcić im odrobinę miejsca.

„Konfederaci” to środowisko niejednorodne, lecz łączy ich konserwatyzm w bardziej lub mniej radykalnym wydaniu. Spośród 11 posłów-elektów Konfederacji pięciu należy do partii KORWiN, dokładnie tyle samo do Ruchu Narodowego, a ostatnim jest Grzegorz Braun, pełniący funkcję prezesa partii KORONA. Narodowcy jeszcze jakiś czas temu byli zagorzałymi etatystami, a w dodatku krytykowali pewne wolności osobiste takie jak chociażby prawo do konsumpcji środków psychoaktywnych. Teraz może nastąpić tu pewna zmiana, ale nie jest to nic pewnego. Warto na ten moment wstrzymać się od oceny i poczekać na dalszy rozwój wypadków.

Bardziej przewidywalnym bytem w kwestii reprezentowanych poglądów jest partia KORWiN. Poza pełniącym wręcz nadrzędną rolę konserwatyzmem, w ugrupowaniu tym możemy się doszukać poparcia dla zniesienia podatku dochodowego, dobrowolnego ZUS-u, bonu oświatowego, zniesienia programu „Rodzina 500+” czy prywatyzacji służby zdrowia. Problem tkwi natomiast nie tyle w programie, ile w przekazie.. Przykładem tego może być chociażby ostatnia rozmowa Elizy Michalik z prezesem tego ugrupowania. Janusz Korwin-Mikke ewidentnie się zdenerwował i zapytał dziennikarkę, czy ta jest chora psychicznie. Takie zachowania z pewnością nie pomogą mu w skutecznym propagowaniu idei. W dodatku nie po raz pierwszy doszło do sytuacji, w której przyszły poseł kogoś obraża. Tego rodzaju zachowanie Korwina-Mikke wydaje się być czymś stałym i niezmiennym od co najmniej kilku lat. Niepełnosprawni, homoseksualiści i kobiety to tylko początek listy grup, które w ten czy inny sposób mogły poczuć się jego zachowaniem i wygłaszanymi przez niego tezami dotknięte.

Podobnie wiceprezes partii KORWiN, Konrad Berkowicz, który swego czasu w debacie z Piotrem Szumlewiczem sugerował, że ten nie jest człowiekiem ze względu na wyznawane przez niego poglądy. Zarówno Berkowicz, jak i Korwin-Mikke będą posłami. Pytanie tylko, czy swoją retoryką bardziej nie zaszkodzą niż pomogą w propagowaniu wolności gospodarczej. Jednak na szczęście, poza nimi, do Sejmu z ramienia partii KORWiN dostali się również Artur Dziambor, Dobromir Sośnierz oraz Jakub Kulesza. Z tą trójką wolnościowcy mogą wiązać jakieś nadzieje, gdyż debaty i rozmowy prowadzą oni zupełnie inaczej.

Ostatnim członem parlamentarnej Konfederacji jest reżyser Grzegorz Braun. Jednakże nawet jeśli jest on zwolennikiem niskich podatków, to jednocześnie jest to osoba opowiadająca się za penalizacją homoseksualizmu, chcąca umieścić w więzieniu za działalność polityczną np. Roberta Biedronia i doszukująca się wszędzie spisku Żydów. Ktoś taki nie powinien być postrzegany w kategoriach wolnościowca.

Nawiązując do tematu uposażenia posłów i senatorów warto zauważyć, że w związku z rekordowo wysoką frekwencją(61,74%) subwencje dla partii politycznych wejdą na równie niespotykany dotąd poziom. 70 mln zł rocznie, bo mniej więcej tyle będą nas kosztowały m.in. porozrzucane po całej Warszawie ulotki o „świeckim państwie”, nowe piosenki wyborcze, banery itd. Na niektórych jednak taka kwota nie zrobi większego wrażenia. Warto zatem dodać, że za politykę płacimy o wiele więcej. Wśród pozostałych kosztów są m.in. uposażenia członków obu izb, Prezydenta RP, biur poselskich, diet parlamentarzystów, utrzymanie całego budynku Sejmu, Pałacu Prezydenckiego, ministrów, rządowych samochodów, samolotów itd. W 2020 r. (poza 70 mln zł subwencji) za Kancelarie Sejmu, Senatu i Prezydenta RP zapłacimy przeszło miliard zł.

A to tylko wierzchołek góry lodowej. Budżet IPN opiewa na prawie 0,5 mld zł, a działalność Rzecznika Praw Dziecka (notabene jest to jedna z tańszych państwowych instytucji) będzie kosztowała nas… 17,5 mln zł! Jednak najbardziej szokują wydatki Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji (które potroiły się od czasu objęcia władzy przez PiS), osiągające 72,2 miliona zł. Czym zajmuje się KRRiT? W ustawie o radiofonii i telewizji jej  zadania zostały opisane następująco :

„Krajowa Rada stoi na straży wolności słowa w radiu i telewizji, samodzielności nadawców i interesów odbiorców oraz zapewnia otwarty i pluralistyczny charakter radiofonii i telewizji”.

Jednak w rzeczywistości wydaje koncesje, określa warunki prowadzenia transmisji oraz nadaje lub odbiera tytuł „nadawcy społecznego”. Tym samym robi dokładnie to, przed czym miała nas chronić. Niestety to nie wszystkie instytucje, za które płacimy, jednak mają one jeden punkt wspólny – wciąż rosnący budżet.

Miejmy nadzieję, że trakcie nadchodzących 4 lat Sejmu IX kadencji opinia publiczna odczuje brak siły jednocześnie wolnorynkowej i liberalnej światopoglądowo, a przyszli politycy odpowiedzą na rosnącą potrzebę pozostającej praktycznie bez parlamentarnej reprezentacji grupy wyborców. Jeśli Staniendo tego nie dojdzie, Lewica może odebrać kolejną porcję elektoratu KO i w efekcie jako wolnościowcy skończymy pomiędzy „polską wersją państwa dobrobytu” a „nowoczesnym państwem dobrobytu” już na dobre.

Maksymilian Keller

Skomentuj

*