Brak komentarzy

Łukasz Frontczak – Refleksje po drugiej niedzieli z zakazem

Mamy za sobą dwie niedziele objęte zakazem handlu. Polki i Polacy jakoś to przeżyli. Jednakże, czy jest to wystarczający powód do szczęścia?

Dla mnie osobiście zakaz handlu jest jak dotąd po prostu niewygodny. Oczywiście poradziłem sobie i nie musiałem biec na stację benzynową, aby kupić coś z wyższą marżą. Natomiast zmuszony zostałem, w imię idei nakreślonej przez Piotra Dudę z „Solidarności”, zrobić zakupy w sobotę po pracy. I wcale nie chodzi tu o to, że to taka wielka trudność. Ograniczona została bowiem moja wolność jako konsumenta, jak również wolność prowadzenia działalności gospodarczej przez osoby, które chciałyby w niedzielę sprzedawać. I nie chodzi tu tylko o właścicieli tych, przecież licznych, biznesów.

Ten zły zachodni kapitał

Zakaz handlu opiera się zasadniczo na dwóch podstawach. Pierwszą z nich, podnoszoną konsekwentnie przez tzw. prawicę, jest uderzenie w „obcy kapitał”. Na zakazie ma skorzystać mały, polski przedsiębiorca, który nie ma szans w rywalizacji z marketami niemieckimi i portugalskimi. Biedronka, Lidl i inne dyskonty to w światku polskiej prawicy największe nieszczęście, które dotknęło polską gospodarkę po transformacji. Na konsumpcji w naszym kraju nie zarabiają bowiem lokalni Janusz i Grażyna Nowakowie, tylko wielkie zagraniczne korporacje drenujące nasze kieszenie.

Cała powyższa argumentacja opiera się jednak na fałszywych założeniach. Najważniejszym z nich jest mit transformacji. Wielu ludzi głosi – i zapewne część z nich autentycznie w to wierzy – że wpuszczenie obcego kapitału było błędem. Polacy powinni sami budować swoją gospodarkę i rozwijać swoje wielkie biznesy, tak aby pieniądz wydany w Polsce pozostał w Polsce. Cały ten mit opiera się na wierze, że po 1989 r. pomiędzy Odrą a Bugiem można było w magiczny sposób, bez dopływu kapitału z zewnątrz, postawić całą gospodarkę na nogi po ponad 50 latach jej bezwzględnego duszenia. Pytanie skąd w takim razie miałby wziąć się kapitał niezbędny do obudowy rynku pozostaje ostentacyjnie bez żadnej klarownej odpowiedzi.

Tymczasem prawda jest brutalna i prosta. Bez inwestycji zagranicznego kapitału bylibyśmy biedniejsi. Zwłaszcza w sytuacji utrzymania krucjat kolejnych rządów przeciw polskim przedsiębiorcom. To doprawdy rozczulające, że rząd i posłowie mówią na konferencjach jak bardzo im zależy na krajowych przedsiębiorstwach, podczas gdy dzień później wprowadzają przepisy dokręcające biznesmenom śrubę. Najwyraźniej miłość rządu do polskiego biznesu jest dość szorstka i cyniczna.

W działaniach kolejnych rządów i sejmów – bez wyjątku! – widać przede wszystkim brak edukacji ekonomicznej lub zwyczajne lekceważenie praw ekonomii i faktów. W przypadku walki z zagranicznymi dyskontami, politykom najwyraźniej nie jest znany bądź jest nie w smak termin „przewaga komparatywna”. Bez zbędnego przynudzania oznacza to – w uproszczeniu – że jeśli Niemcy są lepsi w produkcji aut sportowych, a Polacy produkują lepsze autobusy miejskie, to nie ma sensu, z naszego punktu widzenia, abyśmy inwestowali w produkcję aut sportowych. Lepiej ten kapitał włożyć w dalszy rozwój autobusów, aby utrzymać naszą przewagę na rynkach zagranicznych. Natomiast auta sportowe możemy po prostu kupować od Niemców, zwłaszcza iż rodzima produkcja – od koncepcji przez projekt, produkcję, promocję aż po sprzedaż – mogłaby się okazać sumarycznie droższa i niekoniecznie lepsza z racji braku kapitału i – tak modnie zwanego – know-how. Nie inaczej jest z dyskontami. Tak się składa, że akurat na tym rynku największą przewagę mają firmy z pochodzenia niemieckie. I nie chodzi tutaj tylko o rynek polski. Na przykład w Wielkiej Brytanii najpopularniejszym dyskontem jest niemiecki Aldi, a na trzecim miejscu plasuje się – również niemiecki – Lidl. Czy w związku z tym Rząd Jej Królewskiej Mości również powinien uderzyć w retorykę „wstawania z kolan”?

Politykom umknęła po drodze jeszcze jedna ważna sprawa. Od 1989 r. minęło już prawie 30 lat. Pomimo antybiznesowego klimatu nad Wisłą zdążyło w międzyczasie powstać kilka polskich sieci sklepów, które stale się rozwijają i powolutku akumulują kapitał, zdobywając jednocześnie coraz więcej know-how. Takim, nieco lekceważonym przykładem, jest sieć Dino, której właścicielem jest Polak. Te dyskonty mogą nie być zbyt dobrze znane w dużych ośrodkach miejskich, jednakże tzw. Polska Powiatowa zna już tę firmę doskonale. Jej rozwój opiera się właśnie o inwestycje w mniejszych ośrodkach, gdzie wielcy, niemieccy gracze nie chcą inwestować (i tu powstaje przewaga komparatywna na rzecz polskiego przedsiębiorcy wynikająca z wdrożenia innowacyjnego modelu biznesowego). Taki model okazał się „strzałem w dziesiątkę”. Dino dynamicznie goni Biedronkę w liczbie założonych sklepów i służy kilku milionom Polaków, którzy dotychczas albo nadrabiali drogi do najbliższego, większego miasta, albo płacili horrendalne marże w lokalnych sklepikach.

Oczywiście zakaz handlu w niedzielę uderza wybitnie również w polskie Dino. Rozwój sieci oparty jest w głównej mierze na sprzedaży dla klientów ze wsi i małych miasteczek. Dla takich osób najlepszym ekonomicznie rozwiązaniem jest połączenie wizyty w lokalnym kościele z zakupami w lokalnym dyskoncie. Zakaz handlu to dla obu – wyłącznie polskich! – stron zwyczajna strata.

Przez niemal 30 lat umknęła też politykom zmiana na rynku małych sklepów spożywczych. Przedsiębiorcy, którzy są w tym sektorze najdłużej na rynku, zdążyli się przez ten czas rozwinąć i zainwestowali w otwarcie kolejnych punktów. Zakaz handlu oznacza dla takich właścicieli, że mogą de facto otworzyć sklep np. tylko na jednym osiedlu z pięciu. Oznacza to, że mieszkańcy czterech wybranych osiedli tracą dostęp do lokalnego sklepu. Jeszcze gorzej jest jednak wtedy, gdy na danym osiedlu mały sklep to po prostu sieciówką – Lewiatan, Społem, Eurochata i inne tego typu wynalazki z polskimi właścicielami. W takiej sytuacji żadnego sklepu otwartego na pewno nie będzie. Pozostaje piekarnia, stacja benzynowa (jeśli są w pobliżu) i ich wysokie marże.

Niedziela dla rodziny?

Drugi filar zakazu handlu w niedzielę to „niedziela dla rodziny”. Ten filar jest tak wadliwy w swej istocie i tak bardzo nie trzyma się kupy, że aż „Solidarność” zaczęła, aby być konsekwentnymi, głosić postulat całkowitego zakazu pracy w niedzielę. Powstaje bowiem pytanie: co odróżnia kasjerkę w markecie i galerii handlowej od kasjerki w kinie i na stacji benzynowej? Bardzo mi się spodobał zasłyszany kontrargument „z tradycji”. Tradycyjnie bowiem niedziela nie była rzekomo nigdy dla handlu, lecz dla rozrywki. Tymczasem nie jest to prawdą. Jedyna „tradycja”, do której ten argument się odnosi, to tradycja słusznie minionego PRL, w którym zakaz handlu w niedzielę obowiązywał. Nawet Nowy Testament jest tu bardziej liberalny i wbrew „chciejskim” interpretacjom na jego kartach odnajdujemy krytykę handlu w świątyni, nie zaś handlu w dzień święty ogółem. Chyba że przyjmiemy tradycję starotestamentową i wprowadzimy zakaz pracy w szabat. Tylko czy to by było do przełknięcia dla antysemickiej grupy prawicowców? Przecież wtedy upodobnilibyśmy się do tych złych Żydów oskarżających Polskę o wszystko co podczas II wojny światowej najgorsze.

„Niedziela dla rodziny” jest z gruntu argumentem fałszywym i szkodliwym. Oparty jest on przede wszystkim na idei omnipotentnej inżynierii społecznej. Zakaz handlu ma działać dwojako. Przede wszystkim, ma uwolnić pracowników handlu od „przymusu” pracy w niedzielę, aby mogli ten czas spędzić z rodziną. W drugiej kolejności ma przekierować te i inne rodziny z galerii handlowych do ośrodków kultury i rekreacji. Od znajomego działającego w tym ostatnim sektorze otrzymałem sygnał, że towarzysze Duda Piotr i Kaczyński Jarosław swój cel osiągają. Pozornie wydaje się to korzystne. Należy jednak pamiętać, że koszt jest ogromny. Rodziny zostały bowiem pozbawione możliwości podjęcia swojego dobrowolnego, pierwszego wyboru. Osobiście również ani nie pochwalam, ani specjalnie nie rozumiem spędzania czasu w galerii handlowej. Wydaje mi się to infantylne, płytkie i uważam, że istnieją lepsze miejsca na wspólne wyjście z rodziną. Mogę jednak tutaj mówić wyłącznie za siebie. Jeśli ktoś lubi spędzać czas w pewien określony sposób to ani mi, ani w szczególności politykom, nic do tego.

Można oczywiście podnosić, że dzięki zakazowi handlu rodziny zapoznają się z lepszymi alternatywami. I rzeczywiście uznają je w wyniku nowego doświadczenia za lepsze. Jednakże ingerencja polityczna w wolność jednostek to zawsze najgorsze rozwiązanie. Bowiem jedna, pozornie pozytywna interwencja w tkankę społeczną przynosi za sobą kolejne – tym razem już negatywne. Pytanie brzmi bowiem, dlaczego zwolennicy zakazu zamiast zmuszać nie przekonają nikogo do innej niedzieli w sposób dobrowolny? Znasz rodzinę, która chodzi co niedzielę do galerii? Zaproponuj wspólny wypad w inne miejsce, które uważasz za warte uwagi. Wtedy dowiesz się brutalnej prawdy – dla części rodzin galeria jest wyborem w pełni świadomym, ponieważ dla nich to subiektywnie najlepszy sposób na wolny dzień z rodziną. Okazuje się bowiem, że dla danej rodziny galeria handlowa godzi potrzeby wszystkich jej członków. Syn chce iść do kina, córka z mamą chcą sobie kupić jakiś fajny ciuch, a tata chciałby sobie dobrze zjeść z rodziną i zapłacić ekstra, aby żona mogła odpocząć i nie musiała w ten wspólnie spędzony dzień gotować. Zestaw tego typu potrzeb dnia wolnego można konfigurować na setki sposobów. W sytuacji otwartego wyboru jedne rodziny pojadą gdzieś w plener i wszystkim będzie się podobać. Jednak dla innej rodziny ta sama wycieczka mogłaby się okazać zwykłym umęczeniem, a nie odpoczynkiem.

„Niedziela dla rodziny” to również argument, który lekceważy potrzeby innej grupy społecznej – singli. Niedziela jest bowiem dla wielu z nich –  w szczególności studentów dziennych – dniem pracy niezbędnym do utrzymania się podczas studiów. Spójrzmy bowiem na taką konfigurację. Mama pracuje w markecie. Dzięki zakazowi cieszy się dniem wolnym. Tymczasem w związku z tą samą ustawą najstarsza córka-studentka straciła pracę w galerii handlowej i teraz mama musi wraz z tatą, pracującym również na niskopłatnej posadzie, poratować finansowo córkę do czasu, gdy znajdzie inną, niekoniecznie lepiej płatną pracę. Oto ukryte koszta zakazu. Nie uderzają one we wszystkie rodziny, a zatem większość pozostaje względnie zadowolona. Jednakże dopóty, dopóki komfort rodziny – również ekonomiczny – zacznie z czasem cierpieć. Podobnie jak na Węgrzech, gdzie społeczeństwo szybko pojęło, że na zakazie –  w ten czy inny sposób – wyłącznie traci.

Zresztą, „niedziela dla rodziny” w kontekście zakazu handlu w jego obecnym kształcie, przegrała sama ze sobą. Zakaz wymaga bowiem kontroli, a te musi ktoś prowadzić. Właściwymi osobami są inspektorzy pracy, którym się to oczywiście nie podoba. Muszą oni bowiem teraz pracować, aby ktoś inny mógł mieć wolne. W ten oto sposób – już na samym początku drogi – państwowa regulacja napotkała na bunt we własnych szeregach. Kompromitacja!

Przyzwyczaimy się?

Oczywiście istnieje szansa, że pomimo wszelkich niedogodności, Polacy przyzwyczają się do zakazu i nawet polubią nowe niedziele. Taką nadzieję żywi zapewne cała Zjednoczona Prawica, bowiem sytuacja, w której z zakazu trzeba będzie pod naporem społecznym się wycofać, byłaby kolejną, trudną zmianą do przetworzenia dla twardego elektoratu. Jak bowiem wytłumaczyć, że dobra zmiana to jednak zła zmiana? Jak wytłumaczyć związkowcom z „Solidarności”, żeby nie wychodzili na ulice po wycofaniu zakazu? Jeśli jednak o związkach zawodowych mowa – nawet przedstawiciel ultralewicowego OPZZ Piotr Szumlewicz ocenia zakaz handlu jako regulację godzącą w interesy pracowników i jest mu zdecydowanie przeciwny. To samo w sobie jest bardzo wymowne.

Łukasz Frontczak

Skomentuj

*