Brak komentarzy

Łukasz Frontczak – Kto się boi prywatnej kolei?

Dziesięć lat temu napisałem tekst Kto się boi Deutsche Bahn?. Kto zechce, odnajdzie ten skromny felieton w czeluściach Internetu. Co istotne, przez cały ten czas zasadniczo nie zmieniłem zdania. PKP trzeba natychmiast sprywatyzować!

Zmieniły się jednak uwarunkowania politycznie. Niemożliwe stało się faktem i do władzy powróciło Prawo i Sprawiedliwość, czyli główni obrońcy wszystkiego co wielkie i państwowe (włącznie z majestatem władzy i sowitymi premiami). W Sejmie „pazurki” pokazała wicepremier Beata Szydło, a tymczasem w kuluarach rozpoczął się proces, przeciw któremu stanowczo protestuję od lat. PKP będzie większe i potężniejsze. W imię narodowej dumy i strategii. Powstanie wielki holding wszystkich spółek kolejowych, które przez lata potworzono.

Osoby, które śledzą moje profile społecznościowe wiedzą, że od czasu do czasu krytykuję PKP „na żywo”, w trakcie podróży. Oznacza to, że „zdecentralizowany” model kolei się nie sprawdził. Jak było źle, tak jest nadal. Jedynym, co przychodzi do głowy niektórym ludziom, aby naprawić ten stan rzeczy, jest ponowne scentralizowanie kolei. Tymczasem jest to zwykła ucieczka spod rynny w deszcz, po uprzedniej eskapadzie z deszczu pod rynnę. To, co było „korzyścią” z tworzenia licznych kolejowych spółeczek, okazało się dobre jedynie dla polityków. Tajemnicą poliszynela jest, że zdecentralizowana, narodowa kolej służyła napuszczaniu jednych związkowców i działaczy na drugich, tak aby odczepili się od rządu, zajęli się sobą nawzajem i nie wychodzili przypadkiem na ulice. Czyli klasyczne zarządzanie przez konflikt, które wcale nie jest wyłączną domeną PiS. Poprzednicy – Donald Tusk i PO – też to robili, tylko subtelniej i „z umiarem”.

Rozwiązanie wiecznych problemów z PKP jest jedno (a raczej 2 w 1): prywatyzacja i deregulacja. Tylko wtedy będzie więcej, taniej, punktualniej. Czyli wszystko to, co musi się podobać większości Polaków. Chyba tylko ludzie wyjątkowo nostalgiczni mogliby tęsknić za kolejowym bajzlem.

Prywatyzacja nie podoba się jednak dwóm grupom, które są ze sobą splątane w nieustannym klinczu. Mierni pracownicy kolei i związkowcy, których wiedzie strach przed utratą przywilejów, a dla najbardziej miernych również utratą pracy. A także politycy, którzy boją się wspomnianych związkowców oraz utraty władzy nad dużym sektorem gospodarki z posadami z partyjnego rozdzielnika włącznie. Należy bowiem pamiętać, że wielkie państwowe spółki to przede wszystkim fantastyczne narzędzie do budowania lojalności partyjnych dołów, którym nie jest dane dostać się do Rady Ministrów, Sejmu czy Senatu. Atrakcyjna posada, atrakcyjna pensja i dozgonna wdzięczność objawiająca się mobilizacją elektoratu w postaci nowych podwładnych partyjnego druha. Żadna partia jak dotąd nie potrafiła z tego zgubnego dla pasażerów klinczu wyjść. Ekipa Jarosława Kaczyńskiego postanowiła właśnie ścisnąć się w nim jeszcze bardziej.

Łukasz Frontczak

Skomentuj

*