Brak komentarzy

Łukasz Frontczak – Chile: gdy budzą się demony

Trzy lata temu amerykański magazyn „Reason” opisywał piórem Mariana Tupy’ego dlaczego kapitalistyczne Chile jest lepsze od socjalistycznej Wenezueli. Dziś jednak czytamy kolejne newsy o przybierających na sile protestach Chilijczyków. Czyżby wreszcie kapitalizm zawiódł?

Od lat 70-tych XX wieku, Chile z jednej strony pozostawało solą w oku południowoamerykańskich socjalistów, a z drugiej pupilkiem „światowych” kapitalistów. Na kontynencie, gdzie w większości państw kolejni przywódcy próbują zaimplementować „tą właściwą” wersję socjalizmu, państwo rozciągnięte między Andami a Pacyfikiem stosowało przez lata zupełnie odwrotną politykę. W ten sposób, jak na złość, udowadniali swoim sąsiadom, że nowe wersje socjalizmu niekoniecznie stanowią odpowiedź na utrapienia obywateli. Najnowsza historia Wenezueli zdaję się jeszcze dobitniej podkreślać zwycięstwo prokapitalistycznej polityki w Ameryce Południowej.

W tym roku coś się jednak popsuło i na ulice chilijskich miast wyszły tłumy wściekłych i niezadowolonych ludzi. Zgodnie z relacjami mainstream’owych mediów, protesty wywołała rządowa podwyżka cen biletów na metro. Taki powód wydaje się być aż nadto prozaiczny. Przedstawiany jest jednakże jako kropla, która przelała czarę goryczy. Cóż więc wywołało gniew społeczeństwa?

Diego Zuniga, korespondent niemieckiego „Deutsche Welle”, jako główną przyczynę wskazuje nierówności społeczne wywołane zbyt wysokimi kosztami usług w odniesieniu do poziomu płac. Za ten stan mają odpowiadać: prywatyzacja podstawowych usług, powierzchowna opieka społeczna i przywileje dla wybranych grup. Równie wnikliwej analizy dostarczają Victoria Malbrich Roberts i Abril Ortiz Depaux z brytyjskiego, anarcho-socjalistycznego periodyku „Freedom”. Intelektualni spadkobiercy myśli i idei Piotra Kropotkina wskazują, że gniew związany z podwyżką cen biletów na metro jest ściśle powiązany z faktem, iż Chile ma jedną z najniższych pensji minimalnych wśród państw OECD oraz stosunkowo wysokie zarobki klasy politycznej.

Oczywiście wszystkie tego typu obserwacje są poprawne. Jednakże tworzą one nowe pytania, na które próżno szukać odpowiedzi w aktualnych doniesieniach polsko- i anglojęzycznych mediów. Co bowiem wywołało rozwarstwienie społeczne? Jakie grupy należą do „uprzywilejowanych”? Dlaczego uległa osłabieniu pozycja ekonomiczna Chilijczyków skoro dane (np. te dostarczane przez projekt HumanProgress.org) wskazują, że od czasu puczu Pinocheta zwiększyła się wolność gospodarcza i dochód per capita, zmniejszył się wskaźnik umieralności noworodków czy też znacznie wzrosła spodziewana długość życia? Dodajmy do tego bardzo niskie bezrobocie oraz inflację i otrzymujemy niezłą zagadkę.

Tymczasem jeśli chcemy zrozumieć dzisiejsze wydarzenia w Chile, trzeba się cofnąć do czasów niedawnych rządów byłej prezydent Michelle Bachelete, która według Aleksandry Sojdy z polskiego tygodnika „Polityka”, zwykła mawiać o sobie: „socjalistka, agnostyczka, podwójna rozwódka, pracoholiczka”. Jak bowiem wskazują wyniki Rankingu Wolności Gospodarczej, prowadzonego przez Heritage Foundation, Chile za rządów obecnej Wysokiej Komisarz Narodów Zjednoczonych do spraw Praw Człowieka (UNHCHR) zaliczyło od 2014 roku spadek w rankingu, głównie ze względu na ograniczenia praw własności, wzrost wydatków rządowych oraz interwencje na rynku pracy.

Michelle Bachelete zwracała na siebie uwagę głównie w wymiarze społecznym poprzez liberalne hasła legalizacji związków homoseksualnych oraz aborcji. Była przedstawiana jako polityk stanowiący kontrast wobec kraju, w którym dominują postawy i myślenie konserwatywne. Jednakże to nie te kwestie, tak chętnie podchwytywane przez wpływowych europejskich dziennikarzy, były w jej rządach najważniejsze. Jako pani Bachelete rzekła o sobie, tak uczyniła i postanowiła zanieść Chilijczykom kaganek z płomieniem socjalizmu. Oczywiście zaniosła go tam, gdzie socjaliści czują się najlepiej, czyli do związków zawodowych, którym zagwarantowała znacznie mocniejszą niż dotychczas pozycję. Być może nawet silniejszą niż przed obaleniem socjalistów przez Pinocheta. Przy czym nowe przepisy okazały się na tyle poręczne, że jeszcze przed ich wprowadzeniem związkowcy w trakcie strajków zaczęli się posługiwać językiem użytym w projekcie reformy. Rządowe poparcie dla przemocy organizacji pracowniczych szczególnie dotknęło branżę wydobycia miedzi, która miała w wyniku strajków przestoje. Na rynkach światowych wzrosła też cena tego surowca, można więc powiedzieć, że rewolucja pracownicza Michele Bachelete oddziaływała również poza granicami Chile.

W wyniku własnych słabości i splotu nieszczęśliwych okoliczności gospodarczych, pani prezydent doprowadziła jednak do utraty władzy przez lewicę. Rząd Bachelete okazał się być przeżarty korupcją i skandalami, które sprawiły, że wyborcy pokazali rządzącemu ugrupowaniu czerwoną kartkę. Głównie poprzez zwiększenie apatii politycznej wśród najmłodszych wyborców, którzy w większości zdecydowali się nie oddawać głosu w wyborach.

Zresztą z młodymi Michele Bachelete nie miała zbytnio po drodze. Drażniło ich długie oczekiwanie na spełnienie obietnic socjalnych. Na tyle, że w maju 2016 roku doszło do wydarzeń, które stanowią w pewien sposób prolog do dzisiejszych wydarzeń w Chile. W Valparaiso, drugim co do wielkości chilijskim mieście, wybuchł protest podczas wystąpienia prezydent przed Kongresem. Początkowo była to pokojowa manifestacja, która przeobraziła się jednak w brutalne zamieszki. W wyniku agresji protestujących zginął 71-letni ochroniarz, Eduardo Lara. Co istotne, jak wynika ze zdjęć, głównymi prowodyrami były zamaskowane osoby jednoznacznie identyfikujące się poprzez ubiór, flagi i transparenty z organizacjami socjalistycznymi. Ich ofiarą padło również liczne mienie prywatne strawione w wywołanych przez nich pożarach.

Jak tamte wydarzenia przekładają się na dzisiejsze protesty? Szczególną uwagę należy zwrócić właśnie na socjalizującą młodzież. To ich właśnie ma najbardziej dotykać kwestia przedstawiana jako źródło protestów, czyli podwyżka cen biletów na metro. Jednakże w kontekście wydarzeń z Valparaiso, mogła to być równie dobrze zręczna wymówka do wciągnięcia w machiny rewolucji nie tylko aktywistów i związkowców, ale również postronnych obywateli, którym nie podobają się mniej lub bardziej działania obecnego, prawicowego rządu. W ostatni piątek, 25 października, po tygodniu protestów i zamieszek, udało się zebrać na ulicach stolicy kraju Santiago ponad milion takich osób. Po niecałych 50 latach rewolucja socjalistyczna odrodziła się w Chile, a wraz z nią demony przeszłości, które są posłańcami nędzy, głodu i śmierci, czyli tego czego doświadcza dziś Wenezuela. A przed nią Korea, Chiny, Kambodża i Republiki Sowieckie.

Ta oszałamiająca sprawność nowej fali rewolucji może jednak wiele zawdzięczać swoim wrogom. Aktualny rząd, pod przywództwem multimilionera Sebastiana Piñery, odrodził z kolei demony dyktatury Augusto Pinocheta. W chwili pisania tego tekstu wiadomo o 18 ofiarach śmiertelnych, 584 rannych oraz prawie 3 tys. aresztowanych. Reakcja Piñery może świadczyć o tym, że ma on świadomość z jakim zagrożeniem przyszło mu się mierzyć. Pytanie jednak brzmi, (a pozostaje ono niezmienne od puczu Pinocheta) czy rzeczywiście jedyną możliwą obroną przed socjalistyczną rewolucją, która w swej naturze opiera się (i musi się opierać) na przemocy jest jeszcze większa bezwzględność?

W najbliższym czasie, w historii Chile może nastąpić kolejny punkt zwrotny. Czy jednak dla samych Chilijczyków jest jakaś nadzieja? Czy w obliczu powrotu demonów socjalizmu i dyktatury jest jeszcze szansa, aby ocalić wolność?

Łukasz Frontczak

Obraz na podstawie zdjęcia Carlosa Figueroy. Licencja: CC-BY-SA 4.0 International

Skomentuj

*