Brak komentarzy

Łukasz Frontczak – 2 lata Hermana Mashaby na stanowisku gubernatora Johannesburga

Dwa lata temu wygrał wybory na burmistrza Johannesburga. Dziś walczy z przestępczością, pożarami i opozycją na ulicach, a także… z handlarzami krowich łbów. Poznajcie Hermana Mashabę.

Mało kto interesuje się polityką w Afryce. Dlatego zdziwienie mogło wywołać poruszenie przy okazji wyborów samorządowych w Republice Południowej Afryki (RPA) w 2016 r. O fotel burmistrza Johannesburga, stolicy prowincji Gauteng zamieszkanej przez prawie 3,5 miliona ludzi, ubiegał się Herman Mashaba, kandydat Aliansu Demokratycznego (Democratic Alliance, DA). Tym, co przyciągnęło uwagę mediów i komentatorów z całego świata, były poglądy polityczne nowego burmistrza.

Geoffrey York, szef działu Afryka w kanadyjskim dzienniku „The Globe and Mail”, opisywał Mashabę jako milionera, ideologicznego libertarianina i samozwańczego „krzyżowca kapitalizmu”, który zła upatruje w wielkim rządzie i płacy minimalnej. Wybór kandydata o takich poglądach był szokiem, biorąc pod uwagę fakt, iż scena polityczna w RPA jest zdominowana przez lewicę w postaci Afrykańskiego Kongresu Narodowego (African National Congress, ANC) rządzącego krajem od niemal ćwierćwiecza. Tym, co mogło przekonać wyborców do oddania głosu na kandydata opozycji, jest historia życia Mashaby. Wychowywał się on na przedmieściach Pretorii w ubogiej dzielnicy zamieszkanej przez czarną społeczność. W czasach apartheidu, pomimo wszelkich represji tamtego okresu, założył własny biznes. Zaczynał jako uliczny sprzedawca produktów do pielęgnacji włosów. Po latach stał się właścicielem popularnej w Południowej Afryce marki „Black Like Me”.

W przeciwieństwie do wielu leseferystów, Mashaba zwrócił się ze swoim programem do najbiedniejszych. Pomimo iż sam jest przedsiębiorcą, który wszystko zawdzięcza własnej pracy, nie wahał się powiedzieć, że miasto może coś zaoferować nie tylko bogatym i klasie średniej. Jedną z jego pierwszych decyzji było anulowanie programu rozbudowy ścieżek rowerowych. Według Mashaby jest to zbędny luksus w obliczu problemów mieszkaniowych najbiedniejszych warstw społecznych. Przeznaczył więc kwotę około 5 mln USD na budownictwo mieszkaniowe. Na tym jednak nie poprzestał. Aby wzmocnić pozycję biednych, zaczął prywatyzować ziemię i nieruchomości, oddając tytuły własności wieloletnim mieszkańcom.

Dziś, po dwóch latach rządów, Mashaba musi walczyć z kolejnymi kryzysami w Johannesburgu. Kryminaliści wymuszają na co dzień haracze od właścicieli nieruchomości, a przez miasto przetacza się fala pożarów i katastrof budowlanych spowodowanych złym stanem konstrukcyjnym budynków. Ostatnio, podczas akcji gaśniczej w jednym z takich miejsc, zginęło trzech strażaków. Ponadto, ANC i jego sympatycy zorganizowali w zeszłym miesiącu wielki protest przeciwko polityce burmistrza. Według afrykańskiej edycji „Times’a”, na liście zarzutów lewicy znajdują się: zbyt wolna prywatyzacja nieruchomości, brak miejsc pracy, kradzieże linii energetycznych, „kiepska obsługa korporacji taksówkarskich”, przerwy w dostawach wody, wysokie koszty energii elektrycznej oraz likwidacja darmowych punktów Wi-Fi w prowincji.

Mashaba jako kandydat rozbudził nadzieje. Obiecywał kierunek odwrotny od tego, jakim podążała przez lata komunizująca, lewicowa ANC. W szeregach własnej partii uchodzi za radykała. Alians Demokratyczny szczyci się bowiem opinią partii centrowej, która łączy postulaty różnych stron politycznego sporu. W programie partii nie brakuje propozycji, które burmistrz Johannesburga potępia. Największy rozdźwięk widać w kwestii regulacji zarobków osób o najniższych dochodach. Mashaba stanowczo sprzeciwia się płacy minimalnej, a tymczasem jego partia otwarcie opowiada się za bezwarunkowym dochodem podstawowym. Pomimo tych różnic, jego kandydatura była w pełni popierana przez partię, ale nie tylko. Poparcia kandydatowi Aliansu udzielił również skrajnie lewicowy Ruch Bojowników o Wolność Gospodarczą. Choć nazwa może mylić, jest to partia antykapitalistyczna. Najwyraźniej jednak Afrykański Kongres Narodowy zdążył na tyle zmęczyć johannesburczyków, że nawet ideowi wrogowie postanowili zaufać Mashabie.

Dziś to zaufanie zostało wystawione na szwank. Opinie mieszkańców zamieszczane w mediach sugerują, że Herman Mashaba nie spełnia ich oczekiwań. Kurs objęty przez burmistrza nie jest bowiem łatwy. Po latach biedy i marazmu ludzie oczekują od nowego włodarza radykalnej poprawy. Tymczasem wszystko, czego by się w Johannesburgu nie tknąć, się sypie. Nie ma właściwie żadnej dziedziny, o której można by powiedzieć, że nie wymaga uporządkowania. Co prawda, metropolia jest miejscem, do którego ludzie przyjeżdżają, aby się bogacić. Udaje się to jednak nielicznym. Pozostali trafiają do biednych, niedoinwestowanych dzielnic i oczekują na pomoc, a może raczej na cud ze strony władz. Jednakże plan naprawczy dla miasta to długodystansowy bieg z przeszkodami, który wymaga również przemian społecznych. Dla wielu mieszkańców szokująca bowiem okazała się konieczność ponoszenia opłat za wodę i elektryczność. Przywyknąć do tej zmiany nie pozwala jakość dostarczania tych usług. Johannesburczykom trudno pojąć, że to efekt zaniedbań poprzedników lub rządu.

O skali tych zaniedbań świadczy szczególnie infrastruktura energetyczna. Do wielu domostw prąd dociera jedynie dzięki aktywności mieszkańców, którzy rozbudowali własną, nielegalną infrastrukturę. Jej jakość pozostawia jednak wiele do życzenia i co jakiś czas dochodzi do porażeń prądem. Mashaba stara się uporządkować tą sytuację. Pozbywa się „lewych” linii i podłącza nowe. Proces nie przebiega jednak bezboleśnie. Pomimo wszelkich starań i zapewnień dochodzi do wielogodzinnych wyłączeń prądu, spowodowanych głównie sabotażem ze strony grup przestępczych, które poprzez kradzieże i rozboje utrudniają przełączenia sieci.

Działania Mashaby nie spotykają się z natychmiastową akceptacją i zrozumieniem. Dla ludzi, którzy przez lata skupiali się na zarabianiu pieniędzy na wyżywienie rodziny, konieczność opłacania mediów to nowy wydatek. Część z nich to akceptuje, ale nie zgadza się z wysokością stawek. Jeśli przez długi czas nie musisz za coś płacić, a potem masz nagle zacząć opłacać relatywnie sowite rachunki, nie przechodzisz obok tego obojętnie. Zwłaszcza, gdy w parze z ceną nie podąża jakość.

Na dodatek Mashabie została przypisana łatka populisty. Przez publicystów i komentatorów życia publicznego bywa nazywany „Małym Trumpem”. Ma opinię polityka aroganckiego, który wygłasza kontrowersyjne komentarze na temat imigrantów. Najnowszą odsłoną tej twarzy burmistrza stał się jego wpis na Twitterze. Mashaba pochwalił się w nim, że dokonał obywatelskiego zatrzymania ulicznego handlarza, który przewoził w wózku sklepowym… krowie łby. Zdaniem burmistrza doszło w tej sytuacji do poważnego naruszenia przepisów sanitarnych i zaistniało ryzyko rozprzestrzenienia się „nieznanych chorób”. W późniejszym komentarzu do sprawy wskazał konkretnie na ebolę. Słowa te wywołały oburzenie i falę krytyki. Odczytano je jako atak na drobnych przedsiębiorców i imigrantów. Mashaba za te słowa później przeprosił i zarządził współpracę służb miejskich ze sprzedawcami żywności, aby przekazać im wiedzę na temat prawidłowego przechowywania towaru.

Trudno dziś przewidzieć jak zakończy się kadencja Mashaby. Lista problemów wciąż jest dłuższa niż lista sukcesów. Na tej ostatniej burmistrz zapisał sobie walkę z korupcją. Jednakże dla johannesburczyków to za mało. Nie interesują ich bowiem machlojki na górze, tylko to, co dzieje się na ulicach, w ich najbliższym sąsiedztwie i otoczeniu. Bez bieżącej wody, prądu i z wysokimi rachunkami za nie trudno o konkluzję, że nowy burmistrz spisuje się dobrze.

Łukasz Frontczak

Skomentuj

*