1

Kris Kaleta – Moralność pani Dulskiej

Amerykańskie miasta płoną i to wcale nie po raz pierwszy w ostatnich latach. To, co do tej pory było konfliktem na skalę lokalną, stało się zarzewiem konfliktu światowego, swoistego pan-konfliktu, w którym – według panującej obecnie mody – zapanował absolutny binaryzm ideowy. Przypomina mi to postać pani Dulskiej, gardzącej ludźmi, którzy jej zdaniem byli od niej gorsi. Amerykańska sytuacja to swoisty wyścig dulszczyzny, gdzie każda ze stron moralizuje drugą i nie zwraca uwagi na własne przewiny. I chociaż wydawać by się mogło, że sytuacja mająca miejsce w Stanach Zjednoczonych, jest zaskakująca i że nie można jej było przewidzieć… cóż, muszę tu podkreślić, że moim zdaniem trudniej o bardziej błędne założenie.

Uważam tak, ponieważ zabójstwo George’a Floyda i zamieszki na ulicach amerykańskich miast – a w ostatnim czasie również europejskich, by wspomnieć weekendowe protesty w Manchesterze czy Londynie – to tylko fragment budowanego od dłuższego czasu nowego konfliktu klasowego, w którym ścierać się mieli zwolennicy dwóch pomysłów na budowę etatystycznego molocha. I, o ironio, pomimo tego, że lewicowy konflikt klasowy wydawał się już zostać odłożony do lamusa, oba te nurty przywołują ducha tej koncepcji, za nic mając doświadczenia historyczne. Podwójna moralność stać się ma dominującym trendem politycznym drugiej i najpewniej trzeciej dekady XXI wieku, chętnie wykorzystywanym w zasadzie przez każdy podmiot na rynku.

Gra w klasy

Jednym z głównych komponentów kontroli nad społeczeństwem w myśli etatystycznej jest budowa tożsamości wspólnej. Wiedzieli o tym Prusacy, tworząc koncept narodu, wiedzieli alianci, gdy zachęcali do walki ramię w ramię ze wspólnym hitlerowskim wrogiem, ale i wiedziała o tym wierchuszka sowieckiej administracji, na siłę wdrażając systematyczną strategię ideologizacji społeczeństwa. Istota państwa miała leżeć w jego absolutności, którą przykrywano kocykiem nowomowy. Towarzysze i poplecznicy, my i wy, ci co z nami i ci co przeciwko nam. W takiej tożsamości kluczowym jest wytworzenie punktów wspólnych, z którymi większość będzie w stanie się zidentyfikować. Przynależność do konkretnej klasy miała stać się w swej istocie grą losową, której zasady ustalała grupa kontrolująca tworzenie się zasad – najczęściej administracja etatystyczna, choć równie często grupy intelektualistów, które rościły sobie prawo do wszechwiedzy. Klasa człowieka miała stanowić o jego przyszłości, przeszłości i teraźniejszości, miała wpływać na jego miejsce w społeczeństwie, a przede wszystkim miała nadać etykietę każdej jednostce. Takie sztuczne dychotomie miały zdominować życie człowieka.

I dlatego konflikt w Stanach Zjednoczonych nie jest niczym innym niż właśnie zabawą w klasy. W klasy budowane przez lewicową elitę tego państwa od dziesięcioleci. W społeczeństwie, które po II wojnie światowej dało się opętać ideologii polowania na czarownice (czyli słynnego systematycznego wykreślania z list pożądanych obywateli tych o profilu komunizującym, którzy jednak dobierani byli do tego klucza przez bulterierów Josepha McCarthy’ego – więc tak subiektywnie, jak się to tylko dało), takie działania po dziesięcioleciach odbiły się czkawką. I chociaż makkartyzm został potępiony już niedługo po oficjalnej zmianie polityki, ofiary tego odpaństwowego ostracyzmu zyskiwały coraz wyraźniejszy poklask społeczny wraz z mijającymi latami i postępującą porażką systemu administracyjnego Stanów Zjednoczonych. Każda kolejna administracja prezydencka kontynuowała politykę wynajdywania wrogów i przyczyniała się do postępującej polaryzacji społeczeństwa. Taka polityka gwarantowała wybór – bo spolaryzowane społeczeństwo obiera swoją stronę według przekonań, którymi jest żywione – ale i potęgowała zagrożenie ekstremistyczne. I ten proces wykorzystały grupy, którym na rękę jest zarówno polaryzacja społeczeństwa, jak i jego zradykalizowanie.

Nie na darmo Bernie Sanders i jego akademiccy poplecznicy od lat wytrwale wspierają budowę lewicowego intelektualnego zaplecza, poprzez dość jawne przejęcie intelektualnego dyskursu na uczelniach wyższych. Nie na darmo dominującym pomysłem na nawarstwiające się problemy społeczne stało się wyciąganie martwego Karola Marksa z kapelusza. Z drugiej strony zwolennicy populistycznych ikon prawicy wykorzystali strach przed obcym, nieznanym i zagrażającym wygodzie życia, ażeby zwyciężyć w wyborach na Węgrzech, w Polsce, w Wielkiej Brytanii czy Stanach Zjednoczonych. I tak dla jednych imigrant w drugiej połowie XX wieku stawał się z każdym rokiem większym symbolem zagrożenia, dla innych ludzie bogacący się z pozycji ikony społecznej zostali społecznie zredukowani do miana „wyzyskiwaczy”, a dla jeszcze innych rozwiązaniem ich społecznych trudności stawać się miały idee z kosmosu (dość dosłownie, jeśli spojrzy się na sukces niektórych pasjonatów teorii spiskowych w wyborach na całym świecie).

Innymi słowy, konflikt na amerykańskich ulicach to wynik wieloletniej strategii budowania nowych klas. W kontekście dzisiejszych wydarzeń tak się złożyło, że klasy te pasują do stereotypowego „my” i „wy” kolorem skóry. Lewica Sandersowska przetestowała, jak dalece zareaguje społeczeństwo na tak rozumianą wojnę klas.

Niewdzięczna rola klas

Człowiek obserwujący wydarzenia globalne może dojść do wniosku, że alternatywa nie istnieje. Po raz kolejny podkreślę subiektywnie: nie zgadzam się. Na moment wrócę jeszcze do teorii klasowej, która dziś tak często utożsamiana jest z myślą lewicową, chociaż historycznie wcale tak nie było.

Jedną z dominujących teorii klasowych jeszcze do niedawna była przecież ta zaproponowana przez klasycznych liberałów, na czele z Charlesem Comte i Charlesem Dunoyerem. Pisali o tym i Murray N. Rothbard, i Roderick T. Long i inni libertarianie, którym wadziło to, że dyskurs o klasach toczy się według reguł narzuconych przez Marksa i jego popleczników. Bo w rozumieniu Comte’a-Dunoyera klasa społeczna i konflikt między nimi sprowadza się do tego, która z wielu klas społecznych stanie się klasą rządzącą i jakie pozostały klasy społeczna staną się grupą rządzonych. W tym ujęciu gra w klasy rozgrywa się nie między sztucznie wytworzonymi grupami jednostek, a między jednostkami wolnymi i aparatem przymusu państwowego. Konflikt generowany jest wtedy, gdy klasa rządząca wykorzystuje władzę do zajęcia dóbr i wolności innych jednostek – a zdarza się tak zawsze, gdy tylko do głosu dochodzi Kapitan Państwo. I nie ma znaczenia to, że niektórzy podnoszą głosy, jakoby grupa rządząca miała być altruistyczna względem klas rządzonych. Klasa u władzy zawsze będzie bowiem kierowała się swoimi subiektywnymi preferencjami, dążąc do realizacji swoich celów i założeń strategicznych. Najlepiej problem ten ujął James Mill, który powiedział:

„Istnieją dwie klasy; ci, którzy grabią, są w małej liczbie. To oni są rządzącą mniejszością. Druga klasa to ci, których się ograbia; jest ich wielu. Są poddaną większością”.

Alternatywą jest myślenie wolnościowe, myślenie w kategoriach staropolskiego „żyj i pozwól żyć innym” (swoją drogą interesujące jak dalece koncept ten jest znany wśród tak wielu kultur świata, tak dalece, jak dalece sięga język człowieka). Bo przecież ideały wolnościowe są w swojej esencji niezwykle proste. Zakładają, że jednostka stanowi o modelu społecznym, w którym spoiwem relacji między tymi jednostkami jest zestaw prostych zasad. Należą do nich między innymi:

a) koncepcja nieinicjowania agresji względem innych (zawarta we wspomnianym polskim powiedzeniu);

b) wyjątkowa w ramach nauk politycznych i społecznych tolerancja, rozumiana jako wolność postrzegania innych w dowolny sposób, tak długo, jak długo poszanowana jest zasada pierwsza;

c) pełna odpowiedzialność za swoje czyny, czy też w końcu

d) idea traktowania własności człowieka jako przedłużenia jego własnego samoposiadania (autowłasności).

Ponad nimi nie funkcjonuje żaden kodeks narzucany przez innych, chyba że za zgodą jednostkową. W swej istocie myśl wolnościowa wyklucza jakiekolwiek dyskusje dotyczące klasyfikacji jednostek, bo to jednostka jest tworzywem przeróżnych społeczności. I o ile klasa jako koncept może funkcjonować dalej, o tyle nie stanowi osi działań politycznych.

Zasady te bywają bardzo często przywoływane przez inne grupy i nurty ideologiczne, ale traktowane są niezwykle wybiórczo. Ot, dla przykładu, część z tych grup zakłada taką myśl: dla nas ważne jest, aby człowiek miał odpowiednią ochronę, ale taką ochronę mieć powinien przede wszystkim człowiek opisany naszym – twórców ustaw – językiem. I będący przez nas wybranym człowiekiem. W ten sposób powstają już dwa problemy, które rzutują na sensowność takich zasad.

Po pierwsze ludzie zostają podzieleni na kategorie, o których decydują inni ludzie mający swoje subiektywne podejście do kwestii potrzeb i ograniczone możliwości poznawcze. Po drugie problematyczny jest sam język, którego pole interpretacyjne wykracza daleko poza płaszczyznę problemu. Wątpliwy wydaje się być też mechanizm klucza, według którego ktoś miałby przynależeć do grupy chronionej.

Pytań i wątpliwości jest całe mnóstwo i nic nie zmieniają szczere chęci pomocy innej jednostce, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt ograniczoności i subiektywizmu takiego podejścia. Jak w przykładzie Milla, kwestia ta wciąż sprowadza się do tego, kto ustala zasady i kto jest zmuszony do ich wykonywania. I o ile dychotomia społeczna jest potwierdzonym mechanizmem biologicznym człowieka, wynikającym z potrzeby obierania strony w sytuacji potencjalnego kryzysu, o tyle wykorzystanie tych mechanizmów przez strategów politycznych jest w swej istocie cyniczne. Gra w klasy jest niczym innym, niż starannie zaplanowanym zabiegiem politycznym, w którym społeczeństwo staje się w swej istocie spolaryzowane. A polaryzacja pomaga w doborze komunikatów emocjonalnych, czyli takich, które trafiają najmocniej do potencjalnych wyborców.

Wolność a niewola

Interesujące jest również to, że wolnościowcy często zderzają się z opinią, iż ruch wolnościowych nie wspomagał „klas” potrzebujących; jakoby libertarianie stanowili jedynie machinę antypodatkową, która w swej istocie wspiera tylko wybrane grupy ludzi. I po raz kolejny trudno mi z tym się zgodzić, ponieważ taka opinia w swej istocie zaprzecza ideałom wolnościowym.  Dla przykładu – i w nurcie wydarzeń ostatnich tygodni – David Boaz przed kilkoma laty podjął się prześledzenia wpływu nurtu wolnościowego na ruch abolicjonistyczny w Stanach Zjednoczonych i zgrabnie ujął to w ten sposób:

„Niektórzy ludzie uważają, że libertarianizm to tylko walka z podatkami i regulacjami. Ale kiedyś ktoś mnie zapytał o to, co uważam za najważniejsze osiągnięcie myśli wolnościowej w historii i odpowiedziałem »zniesienie niewolnictwa«”.

Wskazał on, że niemożliwym jest przekonanie, iż ktoś jest – zgodnie z zasadą samoposiadania – w pełni panem siebie samego, a jednocześnie jest zwolennikiem lub praktykiem niewolnictwa. To założenie niemożliwe do utrzymania, ponieważ zakłada ono z góry błąd logiczny na którymś z etapów rozumowania. Dlatego też myśl wolnościowa od samego początku, od czasów klasycznego liberalizmu i amerykańskiego anarchoindywidualizmu, była i jest w swej naturze anty-ciemiężycielska. I dlatego też argument, zgodnie z którym libertarianie chronią interesy wybranych grup, jest po prostu błędne. Wolnościowa filozofia życia to filozofia zaufania i jednoczesnego wstrzymania agresji i przemocy względem drugiej jednostki. W samym swym meritum myśl libertariańska zakłada, że ufa się drugiej jednostce tak długo, jak długo potrafi ona uszanować granicę własności i samoposiadania innej jednostki.

W rzeczy samej, jednym z liderów ruchu abolicjonistycznego był Frederick Douglass, urodzony jako niewolnik, a zmarły jako bohater ruchu wolnościowego. Douglass bardzo często odnosił się w swoich pismach i przemówieniach do myśli klasycznego liberalizmu, podkreślając wartość, jaką niesie ze sobą wiara w jednostkę, a nie jej (z góry określone) miejsce społeczne. Warto zapoznać się z jego pismami, bowiem wydaje się, że to jedna z najważniejszych – a dość zapomnianych – postaci XIX wieku w Stanach Zjednoczonych. Zapytany kiedyś, czy byłby w stanie dyskutować z właścicielami niewolników o ich potencjalnym uwolnieniu, Douglass odpowiedział:

„Spoufalę się z każdym, ażeby czynić co dobre, ale i z nikim, aby czynić co złe”.

Ta fascynująca postać powinna stać się głośniejszym głosem w dyskusji o tym, czy i jak współczesne społeczeństwa powinny traktować kwestię nierówności i klasowości.

Moralność pani Dulskiej

Wracamy zatem do początku dywagacji o nowym społeczeństwie amerykańskim, w którym klasy zostały sztucznie opisane przez lewicujące i prawicujące ruchy populistyczne.

Powszechniejsza staje się dulszczyzna – jedni i drudzy zwolennicy etatyzmu prześcigają się w wymyślaniu coraz to nowych pomysłów na kategoryzację jednostek po to, by następnie móc wykorzystać je do bieżących celów politycznych. Przy czym zawsze pojawia się ten zabawny koncept dualizmu w postrzeganiu tego co moralne dla nas i tego, co moralne dla innych. Bowiem lewicowe założenie klasowości zakłada, że klasa ciemiężona zawsze powinna mieć możliwość reakcji na lata – lub nawet wieki – ciemiężenia. To, co zwykle jest moralne, w tej sytuacji przestaje mieć znaczenie.

Wam pozostawiam do oceny, czy i dlaczego takie myślenie jest poprawne…

Kris Kaleta

Komentarz

  1. Reply
    Kapitan_wolność says

    Świetny tekst.

Skomentuj

*