1

Jeffrey A. Tucker – Jeśli libertarianizm się wypalił, to dlaczego?

Próby scharakteryzowania publicznego statusu ruchu społecznego zawsze budzą podejrzenia, ale ekonomista Tyler Cowen znany jest ze swoich śmiałych posunięć. W niniejszej, teraz już sławnej wypowiedzi, scharakteryzował on libertarianizm jako wypalony.

Ujął to w następujący sposób.

Od dawna przyglądam się „ruchowi” libertariańskiemu i uważam, że obecnie jest on właściwie wypalony, przynajmniej pod względem flow. Jedna gałąź oddzieliła się w stronę Rona Paula oraz w mniej smacznych alt-prawicowych kierunkach, a druga, bardziej zinstytucjonalizowana, utrzymuje swą pozycję i siłę, ale tak naprawdę nie przewodzi nowymi zwolennikami. Po pierwsze, nie wydaje się, by libertarianizm starego stylu był w stanie rozwiązać lub chociaż bardzo dobrze odnieść się do wielu ważnych problemów, przede wszystkim zmian klimatu. Po drugie, inteligentne osoby korzystają z Internetu, a Internet zdaje się stymulować syntetyczne i eklektyczne poglądy, przynajmniej u inteligentnych i ciekawych. Inaczej niż w przypadku masówki lat siedemdziesiątych, to zwykle nie prowadzi do „Libertarianizmu przez duże L”[1]. Na domiar wszystkiego mamy ostatnio do czynienia z gremialnym odchodzeniem od wąskich libertariańskich poglądów, głównie wśród wykształconych kobiet.

Moja pierwsza reakcja to chęć zwalczenia i obalenia tego stanowiska. Istnieją dane świadczące o czymś przeciwnym, a to, co Cowen scharakteryzował jako wypalenie, może być tak naprawdę oznaką dojrzałości i wkraczania do głównego nurtu. Kto, na przykład, generalnie wierzy, że rząd postąpi w jakiejś sprawie słusznie? Mniej więcej jedna osoba na dziesięć. Pod tym względem nastąpiła w ciągu kilku dekad ogromna zmiana. Z politycznego punktu widzenia Demokratom nie udało się zbytnio rozpędzić dzięki atakom na rynki, a Republikanie nigdy nie wywołują odzewu swoim nawoływaniem do zwiększenia protekcjonizmu.

Jeśli chodzi o eklektyzm, to jest on nieodłącznym aspektem opinii publicznej, ale generalny motyw nieufności wobec rządu przenika niemal wszystkie grupy. To bardzo istotny trend. Podkreśla on fakt, że libertariańskie impulsy są bardziej żywotne niż kiedykolwiek, nie tylko w Stanach Zjednoczonych, ale również we wszystkich rozwiniętych częściach świata. Wystarczy zwrócić uwagę na wszechobecne protesty przeciwko lewicowym, prawicowym i centrowym rządom. To narastająca rewolta, która nie zna granic.

Mimo wszystko jest prawda w tym, co Cowen napisał o przemianie zorganizowanego libertarianizmu, przynajmniej w odniesieniu do ułudy, że jakimś sposobem budował się ogólnokrajowy ruch wokół internetowych memów zawierających libertariańskie postulaty.

Regres zorganizowanego libertarianizmu (skoro już jesteśmy przy oksymoronie), poczynając od wczesnych lat ostatniej dekady, jest gwałtowny i niezaprzeczalny. Dziesięć lat temu konferencje gromadziły tłumy, ogromne sale były wypełnione po brzegi, gdy Ron Paul potępiał rząd oraz Fed[2], pieniądze płynęły strumieniami do nowych libertariańskich organizacji pozarządowych, aktywiści się zrzeszali, a serie podcastów ruszały z dnia na dzień. Youtube’owe kanały niezależnych producentów przeżywały prawdziwy boom. Główne media przyglądały się temu z uwagą. Sam nawet wystartowałem z nowym przedsięwzięciem w całości poświęconym libertariańskim publikacjom i dyskusji.

Nawet wówczas podejrzewałem, że to bańka. Już w 2008 roku pierwszy raz zobaczyłem na YouTube jakiś wiec aktywistów politycznych podających się za libertarian. Cały przekaz sprowadzał się do nawoływania z podium do wzięcia czerwonej pigułki. Dominował nastrój populistycznej wściekłości – czysto negatywny przekaz o tym, kogo nienawidzimy i dlaczego. Coś drażniło mnie w tej estetyce: racjonalność, spokój i poczucie więzi, które według Ludwiga von Misesa powinny charakteryzować ruch liberalny, były całkowicie nieobecne. Coś było w tym nie tak. Cieszyłem się, że w tym nie uczestniczę. Zastanawiałem się natomiast, w co przeobrazi się za jakiś czas ten bajzel, kiedy ich zbawicielowi nie uda się dojść do władzy.

Pamiętam, że kilka lat później na różnych wydarzeniach bywałem zszokowany tym, co ludzie mimochodem mówią mi podczas swobodnych pogawędek. Głównie natrafiałem na skrajnie prawicową myśl, którą w najlepszym razie można scharakteryzować jako nieliberalną – coś, co obecnie można zobaczyć na 4chanie i 8chanie. Zastanawiałem się, dlaczego ci ludzie zakładają, że mogę podzielać ich poglądy w tym skądinąd libertariańskim środowisku? Poza moim polem widzenia miał miejsce inny dryf – w lewą stronę, w kierunku bardziej opiekuńczo-wojennej [welfarist/warfarist] interpretacji myśli libertariańskiej .

Po pewnym czasie uświadomiłem sobie, jak plastyczne są słowa, szczególnie w kontekście politycznym. Zdawało się, że wiele różnych rzeczy żegluje pod banderą libertarianizmu. Wierzyłem, że mój libertarianizm jest drogą do pokoju i dobrobytu poprzez uniwersalną emancypację człowieka dzięki obaleniu etatyzmu na wszystkich poziomach społeczeństwa. Jego celem jest umożliwienie rozkwitu ludzkości.

Jednakże inny pogląd zapuszczał korzenie: libertarianizm nie jest niczym więcej niż żądaniem, by rządzący establishment obumarł, ponieważ przeszkadza on pewnym ludziom uzyskać upragnioną władzę. Władzę czynienia czego? Być może wolisz nie wiedzieć.

Ruch, jaki zapamiętałem z tego okresu, stawał się brutalny i przesadnie tolerancyjny wobec podstarzałego i niedouczonego awanturnictwa płynącego z mównic i podcastów. Przekaz zdawał się głosić, że jeśli jesteś wystarczająco na coś wściekły, to jesteś libertarianinem. I przynajmniej tyle byłem w stanie przewidzieć i stwierdzić: po tym, jak ich człowiek nie został prezydentem (to zdumiewające, że ktokolwiek wierzył, że to było możliwe), przeszli do kolejnych rzeczy. Wciąż angażowali się w politykę, ale sprawy bardzo szybko przybrały dziwny obrót.

Od tamtej pory aż do teraz zmiana przebiega dramatycznie. Na każdym polu regres jest niezaprzeczalny. Konferencje są dużo mniejsze i coraz gorzej docierają do odbiorców. Te, które przetrwały, odeszły już od edukacji ekonomicznej i racjonalnej dyskusji w stronę odległych zainteresowań takich jak ekscentryczne style życia, rodzicielstwo, ekscentryczne teorie spiskowe oraz przeróżne tęsknoty duchowe. Tematem przewodnim stały się alienacja i osobiste zbawienie. Dla pewności, te wszystkie dążenia są spójne z wolnościową myślą; jednak w pełni jej nie ucieleśniają. Słuchacze zdawali się coraz bardziej znudzeni przyziemną troską o politykę dotyczącą handlu oraz podatków, logikę ekonomii czy historię idei.

Dziesięć lat po apogeum libertariańskiego aktywizmu widzimy inny świat. To, co było budowane na wybujałych politycznych tęsknotach, było zdecydowanie nie do utrzymania. Już wtedy to wiedziałem. Pojawiły się wówczas trzy zasadnicze problemy.

Po pierwsze, kampanie polityczne, niezależnie od tego, czy jest to ich intencją, nawet jeśli kandydat jest całkowicie szczery, niezmiennie wydają się obiecywać magiczny pocisk, dzięki któremu spełnisz swoje aspiracje. Chcesz wolności? Po prostu zagłosuj na tego białego rycerza, a on zdobędzie władzę, wykorzysta swój urząd i uczyni świat lepszym. Nie potrzeba powolnej kulturowej zmiany poprzez wywieranie wpływu lub edukację. Nie potrzeba gradualizmu. Jest na to za późno. Potrzebujemy natychmiastowych działań wykonawczych, by zmusić do odwrotu wrogów tego, w co wierzę.

Kampanie polityczne zwykle nie są w stanie pozyskiwać funduszy, jeśli nie przekonają ludzi, że są widoki na sukces. To jest zrozumiałe, ale jednocześnie tworzy złe nawyki myślowe – oczekiwanie, że czyjeś życiowe nadzieje zostaną najlepiej spełnione dzięki krzyczeniu, przekazywaniu pieniędzy, agitowaniu i głosowaniu. Wystarczy powierzyć swoją ideologię pełnomocnikowi u władzy. Kiedy to nie zadziała, co dalej? Często pojawiają się rozpacz i nihilizm biorące się ze złości, że twoje nadzieje się nie ziściły. Z tego powodu w pełni spodziewałem się, że wkrótce u libertarian zagości ideologiczna recesja lub kryzys.

Po drugie, kolejną cechą polityki jest jej redukcjonistyczny charakter. To nie sprawdza się zbyt dobrze w przypadku powolnej misji ograniczania państwa, gdzie tylko to możliwe. Libertarianizm to nie slogan, mem czy garść okrzyków do tłumnego skandowania. To nawet nie jest światopogląd ani tym bardziej religia czy plemienne kredo. To intelektualne przekonanie, że społeczeństwo, a szczególnie jego sfera handlowa, jest w stanie zarządzać sobą lepiej bez nadrzędnych autorytarnych struktur. Dlatego libertarianizm opowiada się za różnorodnością, swobodą religijną, prawami człowieka, prymatem współpracy nad przemocą, sprawiedliwością, innowacją i uniwersalną wolnością.

Po trzecie, ruch stracił kontakt ze swoją historią, o ile aktywiści w ogóle wiedzieli o jej istnieniu. Powojenne korzenie terminu libertarianizm nie podlegają dyskusji: był on synonimem słowa, które zostało skradzione temu pokoleniu przez zwolenników Nowego Ładu. Tym słowem był liberalizm; libertarianizm jako termin był opłakanym substytutem, tak przynajmniej uważali w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku architekci tego terminu. Liberalizm posiada 500 lat historii, która zbudowała stopniowe przekonanie, że społeczeństwo najlepiej zostawić w spokoju, by zarządzało sobą bez królów, książąt, papieży i prezydentów planujących jego kształt. Stał się upowszechnioną preferencją wolności nad władzą, pokoju nad przemocą, prywatnej własności nad kolektywnym działaniem oraz jednostkowych praw człowieka nad plemienną tożsamością.

Wcielanie w życie liberalizmu – wymagające ekstremalnego ograniczenia władzy państwa – było nadzwyczaj trudne. Przywrócenie wolności po stuleciu etatyzmu też wymaga bardzo ciężkiej pracy, nie tylko pod względem politycznym, ale również intelektualnym. Ani etapu edukacji, ani realizacji nie można przeprowadzić przyspieszoną ścieżką.

Rezultatem tego redukcjonizmu doraźnych środków oraz historycznej amnezji jest znaczne obcięcie głębi i złożoności libertariańskiej teorii: jej korzeni, jej dotychczasowych osiągnięć, jej estetyki społecznej, jej uniwersalnej stosowalności, jej filozoficznego bogactwa oraz jej wielorakich implikacji dotyczących praktycznych, życiowych aspektów wolności. Zamiast tego otrzymaliśmy proste, skrojone na potrzeby Twittera slogany pozbawione historycznej i filozoficznej świadomości. Kiedy tylko czyjaś nowo odkryta ideologia napotyka intelektualną lub polityczną ścianę, pojawia się tendencja, by się wycofać i znaleźć coś bardziej kuszącego.

Dokładnie to miało miejsce. Sytuacja wymagała od tych z nas, którzy byli zaangażowani o wiele dłużej, by wkroczyli, nie poddawali się, pracowali ciężej i szukali nowych sposobów na pozostawanie stroną dyskusji. Musieliśmy to jednak zrobić bez tłumów płacących klientów i krzyczących stronników. Uważam, że to dobrze. Według mnie wróciliśmy na właściwą ścieżkę. Nie rozprasza nas krótkoterminowe myślenie ani toksyczne środowisko kampanii politycznych.

Nie widzę w tym żadnych oznak wypalenia. Nazwałbym to porażką paradygmatu, którego upadek był wpisany w tę strategię. Zastąpiła go poważniejsza inicjatywa nastawiona na historyczną, filozoficzną, teoretyczną i praktyczną pracę na każdym poziomie. W pewnym sensie wszystko zmierza ku dobremu. Ta praca jest konieczna, aby powstrzymać tradycyjny liberalny program przed zbaczaniem na prawo i lewo dla doraźnych politycznych lub strategicznych korzyści. Nasze obecne drogowskazy są takie jak zawsze – miliony błyskotliwych przemyśleń i idei mistrzów (Johna Locke’a, Adama Smitha, Thomasa Paine’a, Frédérica Bastiata, Ludwiga von Misesa, Friedricha Augusta von Hayeka i tysięcy innych wielkich myślicieli), jak również bieg historii raz za razem dowodzący, że wolność sprawdza się lepiej niż państwowa kontrola. To właśnie jest liberalna tradycja; uczenia się i przeżywania jej nie da się niczym zastąpić.

Część osób datuje regres i upadek sloganowego libertarianizmu na okres po zakończeniu zimnej wojny, kiedy niektórzy libertarianie, wśród nich ja, mieli wrażenie, że mogą stworzyć koalicję z pewnymi frakcjami amerykańskiego ruchu konserwatywnego. W tamtym momencie nie było to zupełnie niemożliwe. Prowojenne nastawienie amerykańskiej prawicy było od 1948 roku związane z antysowietyzmem; była szansa, że ono wymrze i zwolni miejsce bardziej spójnemu antyetatyzmowi w tej nowej erze. Na początku wydawało się to obiecujące. Jednak ten pomysł stopniowo w ciągu kilku lat przeobraził się w coś innego, głównie dlatego, że konserwatyści („paleokonserwatyści”), z którymi libertarianie połączyli siły, sami byli przeciwnikami gospodarki rynkowej. Jakkolwiek nienawidzili państwa dobrobytu oraz wojny, nie mieli żadnego sentymentu do nowoczesności czy uznania dla społeczeństwa handlowego – nie byli nawet za bardzo przywiązani do idei indywidualizmu i praw człowieka.

Stopniowo, na przestrzeni kilku lat, kierunek wpływu zmienił się: od libertarian nawracających konserwatystów na prorynkową pozycję – na przeciwny. Dziwnie się to oglądało. Inicjatywa rozpoczęła się w 1990 r.; pięć lat później obietnica obróciła się w pył. Sam Murray Rothbard stracił zainteresowanie tym pomysłem jeszcze przed swoją śmiercią w 1995 roku. Lecz idee mają niewiarygodny żywot, który rozciąga się daleko poza intencje ich orędowników. Dwadzieścia lat później „koalicja paleo” przeobraziła się ponownie – w apologię tego, co stało się prawicową wersją kolektywizmu i zbyt wielką tolerancją dla populistycznej agitacji, której kulminacją jest oczywiście nacjonalizm, autorytaryzm i jeszcze gorzej.

Cała historia jest niezmiernie zagmatwana i skomplikowana do rozwikłania, ale lekcja powinna być klarowna. W ideologicznej debacie nie da się nic ugrać kompromisami, dziwnymi koalicjami, politycznym oportunizmem czy gnostycznymi strategiami płatnej protekcji. W przeszłości liberalizm zwyciężył dzięki argumentom zawierającym w sobie rzetelność, słuszność, przekonanie, dociekliwość, cierpliwość oraz odwagę, by głosić prawdę – plus pokorę, by przyznać, że żaden ideologiczny pakiet nie jest całkowicie wolny od błędów. Każda inna ścieżka okazuje się z czasem nie do utrzymania.

Nie można nazwać pustą ani wypaloną idei, że ludzie powinni być wolni i że powinni oczekiwać dobrego życia, w którym ich wola oraz własność nie podlegają inwazji ze strony przedstawicieli władzy wiedzących o wiele mniej o prawdziwym życiu niż ci, którzy je faktycznie przeżywają. Właśnie z tego powodu społeczeństwo powinno być zostawione w spokoju, by obrało własną ścieżkę ewolucji. Oto droga do pokoju, dobrobytu i postępu. Oto prawdziwe stanowisko libertariańskie. To jest ogólne przekonanie, które jest bardziej obecne w dzisiejszym świecie niż w którymkolwiek momencie ubiegłego wieku.

Stawanie się libertarianinem nie oznacza porzucania swojego człowieczeństwa; wręcz przeciwnie, oznacza ono jego pełną akceptację oraz wiarę, że potencjał wolnego życia na ziemi daleki jest od pełnej realizacji.

Autor: Jeffrey A. Tucker
Źródło: aier.org
Tłumaczenie: Bartosz Dziewa

[1] W Stanach Zjednoczonych przez Libertarianina pisanego wielką literą rozumie się zwykle członka amerykańskiej Partii Libertariańskiej; „Libertarianizm przez duże L” ma zatem związek z Libertarian Party lub, szerzej, z łączeniem libertariańskich poglądów z działalnością polityczną (przyp. tłum.).

[2] Potoczna nazwa Systemu Rezerwy Federalnej – amerykańskiego banku centralnego (przyp. tłum.).

Komentarz

  1. Reply
    Dr. Paul Kopetzky says

    To jest raczej efekt i skutek dominacji współcześnie lewicy, socjalistów, demoratow.

Skomentuj

*