2

Jeffrey A. Tucker – Jak liberalizm może przetrwać polaryzację na linii lewica-prawica

Rozkwit politycznych skrajności w Ameryce, zarówno z lewej, jak i z prawej strony, stanowi szczególne wyzwanie dla tych z nas, którzy preferują wolność ponad rządową kontrolę. To nie dotyczy tylko Stanów Zjednoczonych; ten sam wzrost widać w Wielkiej Brytanii, Europie, Ameryce Łacińskiej oraz w Brazylii. Podczas gdy we wszystkich krajach stara elita zarządcza traci wiarygodność i władzę, socjalistyczne oraz nacjonalistyczne formy etatyzmu rywalizują o zajęcie ich miejsca, spychając liberalizm na polityczny margines.

By przetrwać i się rozwijać, musimy nabrać większej wiary w to, kim jesteśmy i jaką mamy wizję porządku społecznego. Potrzebujemy klarowności i skupienia się na tym, czym jest wolność i dokąd dokładnie zmierzamy – a przy tym unikania pułapek wiążących się z dołączaniem do konkretnych obozów. W szczególności musimy unikać zostania wrzuconym do jednego worka z ruchami – słusznie czy nie, dla doraźnej korzyści czy na skutek intelektualnego błędu – które są niezgodne z naszą tradycją i filozoficznymi dążeniami.

Może o tym nie słyszeliście, ale na przykład wielu obserwatorów ze środowiska akademickiego oraz z mediów poszukuje źródeł odrodzenia nacjonalizmu, a szczególnie jego najdziwaczniejszego i najbrutalniejszego odłamu – alt-rightu (alternatywnej prawicy). Ku zgrozie wielu oddanych intelektualistów i działaczy z wolnościowej sfery, niektórzy naukowcy i dziennikarze próbowali, sięgając do przeszłości, połączyć ten ruch z libertariańskim ruchem politycznym i jego rozwojem w ciągu ostatnich dwóch dekad oraz, co za tym idzie, z dojściem do władzy kontrolowanej przez Donalda Trumpa Partii Republikańskiej.

Powinno być oczywiste, że na gruncie teorii i wbrew temu, co od dawna twierdzi socjalistyczna lewica, nie ma żadnego związku pomiędzy tym, co nazywamy libertarianizmem, a jakimkolwiek rodzajem prawicowej ideologii. Jedno przeczy drugiemu. Jak to ujął Leonard Read w 1956 roku:

„Wolność nie ma poziomej relacji do autorytaryzmu. Relacja libertarianizmu do autorytaryzmu jest pionowa; to podnoszenie się z bagna zniewalania jednych ludzi przez drugich (…)”.

A jednak dziś faktycznie może się wydawać, przynajmniej na pierwszy rzut oka, że istnieje towarzyska, instytucjonalna, a nawet intelektualna łączność – i migracja – pomiędzy tym, co nazywa się ruchem wolnościowym, a wyłaniającym się nacjonalizmem, prawicową wersją polityki tożsamościowej i autorytaryzmem. Wśród najbardziej prominentnych głosów alt-rightu podczas marszów w Charlottesville w 2017 roku były osoby, które określały się kiedyś jako libertarianie. Ten fakt miał szeroki medialny wydźwięk. Zasadnym jest zapytać: czy oni rzeczywiście kiedykolwiek wyznawali liberalny światopogląd? Czy od początku trollowali? Czy byli po prostu głęboko zagubieni?

Zadawano mi te pytania podczas wielu wywiadów. Jak do tego doszło? Odpowiedź jest złożona. Już ponad sześć lat temu postawiłem w artykule Przeciwko libertariańskiemu brutalizmowi następującą hipotezę: libertarianizm, pojmowany jedynie jako pogląd „zostaw mnie w spokoju”, pozbawiony większej aspiracji do dobrego życia i niezainteresowany kwestią współpracy społecznej, może oderwać się od historycznego rozumienia, co nadejście wolności oznaczało dla ludzkiego życia oraz społeczeństwa jako całości. Bez tego nie rozwiniemy dobrych instynktów pozwalających nam interpretować otaczający nas świat. Stajemy się wręcz zredukowani do sylogistycznych sloganów i memów, które mogą być bardzo zwodnicze i nawet karmić antyliberalne tendencje.

A dokąd te tendencje prowadzą? Gdzie są granice? Codziennie widzę je w Internecie. W imię walki z lewicą wielu skręciło w drugą stronę i zostało zwolennikami alternatywnej formy polityki tożsamościowej, restrykcji handlu i migracji, ograniczeń podstawowych wolności obywatelskich, a nawet igrało z wolnością prasy i prawami prywatnych przedsiębiorstw – wszystko to w imię upokorzenia i zlikwidowania wroga. Niektórzy posuwają się dalej i celebrują wszystko, czego ich zdaniem nienawidzi lewica, włączając w to nawet ohydne sprawy z autorytarnej przeszłości.

W skrajnych przypadkach retoryka zbliża się do nihilizmu. Prasa nie jest tak naprawdę wolna, więc dlaczego nie poddać jej restrykcjom, cenzurze i karom sądowym? Granice nie są prywatne, więc dlaczego nie zakazać całkowicie wstępu? Niektóre wypowiedzi nie popierają wolności, więc dlaczego przyznawać im prawa, które wolność za sobą pociąga? Firmy zarządzające mediami społecznościowymi nie są tak naprawdę prywatnymi przedsięwzięciami, więc dlaczego nie zmusić ich do utrzymywania i promowania pewnych kont, które lubię? Ta wielka firma ma rządowy kontrakt, więc dlaczego nie rozbić jej dzięki przepisom antymonopolowym?

Stopniowa ewolucja języka pociągnęła za sobą wszelkiego rodzaju nieporozumienia. Aktywiści potępiają „establishment”, nie czyniąc klarownego rozróżnienia pomiędzy rządem a wpływowymi głosami ze świata mediów. Krytykują „globalizm”, nie kłopocząc się z rozróżnieniem Banku Światowego od importera chińskich fajerwerków. Promują politykę tożsamościową i rasowy kolektywizm, nie rozumiejąc w najmniejszym stopniu antyliberalnych korzeni i zastosowań tych ideologii w XX wieku. Koniec końców, powiadają, nie ma niczego „immanentnie nielibertariańskiego” w odrzucaniu całego ludu, religii, płci, języka lub rasy, dopóki nie używasz bezpośrednio przemocy.

Potrzeba specjalnego rodzaju pokrętnej sofistyki, by usprawiedliwiać, w imię wolności, kolektywne animozje i przemoc państwa przeciw dobrowolnym zrzeszeniom. Historia polityki pokazuje jednak, że ludzie są zdolni do ogromnych mentalnych przeskoków, jeśli służą one ideologicznym celom. Wystarczą tylko małe kroczki, drobne wymówki, dostrojenie zasad tu i tam, pozornie nieznaczne kompromisy, jakiś komponent efektu potwierdzenia i jesteś gotowy do drogi – możesz mieć tyle racji, co stary komunistyczny slogan, że trzeba rozbijać jajka, by robić omlety.

Oto przykład tego, co mam na myśli. Słyszałem wielu libertarian twierdzących, że tereny publiczne powinny być zarządzane w taki sam sposób, jak tereny prywatne. Zatem, na przykład, jeśli można rozsądnie przyjąć, że prywatny, ekskluzywny klub może wykluczać ludzi ze względu na płeć, rasę i religię – i to się z pewnością zgadza – to nie jest nierozsądnym przyjmować, że miasteczka, miasta czy kraje, które byłyby prywatne, gdyby zniknął rząd, powinny mieć możliwość robienia tego samego.

W rzeczy samej, twierdzili, najlepszego rodzaju politykami są ci, którzy zarządzają swoją sferą tak samo, jak dyrektor generalny zarządza korporacją lub głowa rodziny prowadzi gospodarstwo domowe.

Co jest nie tak w tym rozumowaniu? Być może nie jest to oczywiste na pierwszy rzut oka. Pomyśl jednak, gdzie by cię ono doprowadziło, gdybyś je kontynuował: nie ma już żadnych ograniczeń nałożonych na państwo. Jeśli państwo może robić wszystko, co wolno prywatnemu domowi, kościołowi, ekskluzywnemu klubowi czy centrum handlowemu, każde państwo może narzucić arbitralne zasady, warunki przyjęcia czy etykiety mowy, ubioru i wierzeń, włączając wszelkiego rodzaju nakazy i zakazy, tak samo, jak czyni to każdy prywatny podmiot. Takie stanowisko w gruncie rzeczy deprecjonuje 500 lat zmagań, by skrępować państwo ogólnymi zasadami, od Wielkiej Karty Swobód do najnowszych przypadków wycofywania się z wojny z narkotykami.

Cała idea liberalnej rewolucji polega na tym, że państwa muszą pozostać ściśle ograniczone – karząc jedynie przestępstwa przeciw osobie i własności – podczas gdy prywatnym podmiotom trzeba przyznać maksymalną wolność eksperymentowania z zasadami. To rozróżnienie musi pozostać, jeśli chcemy zachować cokolwiek z tego, co od późnego średniowiecza rozumiane jest jako wolność. Wielkim wysiłkiem udało nam się wznieść mury pomiędzy państwem a społeczeństwem, a wysiłek, by ten mur pozostawał wysoki, nigdy nie ustaje. Pogląd, że działacze publiczni powinni się zachowywać jakby byli prywatnymi właścicielami, jest śmiertelnym zagrożeniem dla wszystkiego, co liberalizm kiedykolwiek starał się osiągnąć.

Ten przypadek pokazuje, jak łatwo jest zboczyć z kursu przez drobne intelektualne pomyłki. Jak mawiali starzy scholastycy, popełniasz błąd w jednym miejscu, prowadzisz dalsze rozumowanie wystarczająco konsekwentnie i zanim się zorientujesz, rozpada ci się cały światopogląd. Jesteś wtedy podatny na każdy rodzaj manipulacji, wręcz demoralizacji, nawet do tego stopnia, by maszerować w paradach promujących totalitarne idee.

To właśnie tego rodzaju intelektualna pomyłka umożliwiła i pobudziła migrację z libertarianizmu do alt-rightu. Nie udało się dostrzec pełnej perspektywy tego, na czym polega ludzka wolność. To niepowodzenie, podsycane złością, otworzyło wiele osób na mroczny świat, którego nie znali i nie rozumieli.

Jak możemy, jako libertarianie, odnaleźć z powrotem nasze centrum, ożywić naszą misję, poczuć się wspaniale z tym, co robimy, unikać wpadania w pułapki wiążące się z dołączaniem do konkretnych obozów i uchronić się przed zostaniem ponownie strollowanym przez zło?

Oto moja sugestia: potrzebujemy nowej estetyki wolności, która uczyni klarowniejszymi obraz i odczucie, w jakiego rodzaju społeczeństwie pragniemy żyć. Ta nowa estetyka powinna zastąpić jałowe i podatne na polityczne wpływy abstrakcje, które ograbiły libertarianizm z jego większej i pełniejszej wizji i uniemożliwiły ludziom dostrzeżenie, kiedy ruch skręca w antyliberalną stronę.

Musimy stworzyć w naszych umysłach piękną wizję społeczeństwa oraz świata, jaki chcemy zamieszkiwać, nie we wszystkich szczegółach jego działania, jak centralni planiści, i nie jako stanu końcowego, jak socjalistyczni i nacjonalistyczni utopiści, lecz w jego stale ewoluujących instytucjach służących przede wszystkim ludzkiej pomyślności. Musimy ją poczuć, zobaczyć, poznać ją w naszych umysłach, pokochać i zatęsknić za nią – i pomóc innym też ją zobaczyć, tak jak w przeszłości czynili to nasi najwięksi pisarze i intelektualiści.

Ten proces musi rozpocząć się od ponownego przemyślenia, kim jesteśmy, w świetle tego, gdzie znajdowaliśmy się w poprzednich epokach, oraz od ukształtowania ideologicznych osobowości, które oprą się manipulacjom otaczających nas politycznych akcji i reakcji.

Estetyka wolności, która może nam dać solidniejsze poczucie własnej tożsamości i zbudować powszechne poparcie dla naszego wielkiego celu, składa się z pięciu głównych elementów.

Po pierwsze, potrzebujemy pozytywnego spojrzenia na postęp ludzkości.

Pełen obraz sytuacji jest taki, że przed erą liberalizmu ludzkość harowała przez jakieś 150000 lat bez nadziei, poprawy standardów ani lepszego lub dłuższego życia. Wtedy nadeszła wolność. Narodziła się nadzieja. Mogło ci się udać coś poprawić w swoim życiu. Mogłeś żyć lepiej. Mogłeś sprawić, by świat wokół ciebie adaptował się do nowych warunków. Mogłeś poprawić życie innym. Po raz pierwszy coś mogło zależeć od woli. Mogłeś podróżować. Mogłeś zarabiać pieniądze i kupować. Mogłeś inwestować i mieć nadzieję na lepsze życie dla swoich dzieci. Nadzieja co do tego świata, a nie tylko następnego, była wielkim darem liberalizmu.

Nie możemy i nie powinniśmy z tego rezygnować. Złość, rozgoryczenie, uraza i nienawiść po prostu nie są dobrymi substytutami. Przeciwnie, korodują serce i duszę. Wielokrotnie rozmawiałem z ludźmi, którzy otrząsali się po etatystycznym okresie. Najważniejsze, co mi mówili, to: „Byłem zżerany i oślepiony przez złość. Przez nią przestałem dostrzegać piękno wolności”. Prowadzi mnie to do przekonania, że unikanie tego sposobu myślenia mogłoby do pewnego stopnia uodparniać na antyliberalne poglądy.

Po drugie, musimy przestać wierzyć w to, że wróg naszego wroga jest naszym przyjacielem.

Formalne sojusze libertarian z innymi są źródłem wielkich nieszczęść już od dekad. Nie ma nic złego we współpracy z ludźmi z wielu stron politycznego spektrum dla dobra wolności. Nie ma też wielkiego sensu uznawanie libertarian za jakąś hermetycznie zapieczętowaną grupę, chronioną przed zewnętrznym wpływem. Formalne sojusze to jednak co innego. One mogą kusić ludzi do wypaczania priorytetów, pogrzebania zasad i przyjmowania zdradliwych idei – wszystko w celu utrzymania sojuszu.

Ten problem jest szczególnie obecny w sferze polityki. Nienawidzisz kandydata A i niespecjalnie lubisz kandydata B. Ale twój wstręt wobec A jest tak silny, że postanawiasz poprzeć, nawet gorąco, kandydata B. Gdy już poparłeś B, potwierdzasz dalej swoje skrzywienie, przyklaskując wszystkiemu, co on lub ona robi bezpośrednio po wyborach. Ta tendencja może ogłupić oraz zdeprecjonować czyjeś zasady do tego stopnia, że nie pamiętasz już, w co tak naprawdę wierzysz.

Po trzecie, powinniśmy mieć nadzieję, że pokój będzie wypierał przemoc.

Liberalna rewolucja zaczęła się od trafnego spostrzeżenia: koszta religijnych wojen są zbyt wysokie. Może by tak pozwolić każdemu wierzyć w to, co chce, dopóki on lub ona nie narusza praw innych osób do tego samego. I zgadnij co? To działało. Rozbudziło to ogólną ciekawość dotyczącą zastosowań pokoju lub przemocy. Następnie nadeszła wolność prasy, wolność zrzeszania się, wolność handlu, wolność przemieszczania się. To było piękne i niesamowite.

Rozważając tę historię, Friedrich August von Hayek starał się podsumować libertariańskiego ducha jako preferencję pokoju nad przemoc, niezależnie, czy tej przemocy dokonują podmioty prywatne, czy państwo. To dlatego libertarianie wysoko cenią komercyjną sferę życia. Dopóki istnieją jasne granice własności oraz możliwość handlu, ludzie są w stanie coś zjeść i włożyć coś na siebie, nie musząc się nawzajem zabijać. To prowadzi do lepszego społeczeństwa.

Zauważmy, że ta ogólna preferencja pokoju nad przemoc nie jest ujęta w jakimś algorytmicznym twierdzeniu oderwanym od prawdziwego, ludzkiego doświadczenia. Nie daje też jakiemuś teoretykowi z wieży z kości słoniowej idealnego rozeznania pozwalającego rozwiązać każdy ludzki problem. Sposób stosowania tej praktycznej zasady musi być testowany zgodnie z okolicznościami miejsca i czasu, a rezultaty oceniane przez test rynkowy.

Po czwarte, powinniśmy wystrzegać się masowych histerii i populistycznej agitacji.

Wolność bywała dręczona w takim samym stopniu przez zbiorowe furie – przeciw chciwym bankierom, dziwacznej religii, wrogowi zewnętrznemu – co przez dyktatorów. Często mamy do czynienia z ich współpracą w celu ograniczania ludzkich swobód, gdy demagodzy wykorzystują masowe ruchy (lub dobrze ustawione osoby wykorzystują ambitnych przywódców), by zdobyć władzę. Kiedy widzisz zgromadzone, krzyczące tłumy ludzi i jakiegoś przywódcę wrzeszczącego do mikrofonu, a złość osiąga rozgorączkowany rejestr, możesz przeczuwać, że to nie jest dzieło liberalizmu.

Ludwig von Mises zawarł to spostrzeżenie w 1927 roku na końcu swojego wielkiego dzieła na temat wolnej wspólnoty. Powiedział, że znakiem rozpoznawczym liberalizmu są nie flagi, pieśni, marsze czy mundury, ale jego rozumowanie. Zwyciężymy, ponieważ po naszej stronie są argumenty. Wierzę w to, że ma rację. Dodam jedynie, że sam Mises nigdy nie był bardziej przekonujący niż wtedy, gdy piękną prozą opisywał dotychczasowe, chwalebne osiągnięcia wolności oraz jej fenomenalny potencjał na przyszłość.

Po piąte, potrzebujemy pięknego i inspirującego motywu przewodniego.

Jaki jest motyw przewodni estetyki wolności? Oto on: emancypacja. To jest nasz wielki dar dla ludzkości. To wolnościowa myśl przyniosła emancypację od rządów dynastii, od feudalizmu, od merkantylizmu, od teokracji, od niewolnictwa, od instytucjonalnej mizoginii, od cenzury, od wojny, od wszelkich form państwowej kontroli.

I do czego dążymy? Jaki był cel całego dotychczasowego postępu w kierunku wolności? Jest nim aspiracja do uniwersalnej ludzkiej godności. To jest ten motyw oraz test. Czy to, w co wierzę, uszlachetnia ludzkie życie? Czy tworzy warunki, by każdy cieszył się większą godnością i większymi możliwościami? Czy poprawia życie innych oraz moje? Oto pytania, które powinniśmy sobie zadawać odnośnie do wszystkiego, w co wierzymy i co robimy w imię wolności.

Jeśli to zrozumiemy, będziemy preferować pokój nad przemoc, trzymać się zasad i opierać się na argumentach, a nie na hałasie, by osiągnąć cel. Reszta przyjdzie sama.

Czemu to takie ważne? Ludzie są wprowadzani w błąd. Wierzą, że alternatywą dla lewicy jest prawica, albo że lewica jest alternatywą dla prawicy, zapominając, że obydwa paradygmaty wyłoniły się z tych samych, antyliberalnych podstaw stawiających opór najwspanialszej transformacji w historii rodzaju ludzkiego.

Tak naprawdę jest jeszcze gorzej: nasze pokolenie nie jest całkowicie świadome tego, co kupuje, gdy w sposób bezkrytyczny (choć zrozumiały) jednoczy się wokół antylewicowych idei, nie pytając, co właściwie te idee popierają. Jednoczą się wokół modnych memów i podążają za elokwentnymi przywódcami, aż pewnego dnia zauważają, że noszą flagi etno-państwa i wykrzykują krwawe hasła. Mało tego, zaczynają mieć wrażenie, że wolność może zostać osiągnięta etatystycznymi środkami. To nigdy nie miało miejsca!

Nie musi tak być. Tym, czego świat tak bardzo potrzebuje, jest nowy, świadomy ruch oddany klasycznej formie liberalizmu, zastosowanej w XXI wieku. Ten ruch (jakkolwiek by nie był nieformalny i skupiony bardziej na ideach niż na organizacji) powinien być ożywiany przez ideały. Powinien optymistycznie wychwalać wolną przedsiębiorczość, handel i pokój oraz dostrzegać, że magia wolności najpełniej objawia się w jej zdolności do tworzenia harmonii z różnorodności, silnych kulturowych więzów ze spontanicznych zrzeszeń i dobrobytu z kreatywnych działań jednostek w elastycznym porządku społecznym. Nowy liberalizm potrzebuje świadomości, że wolność polega na budowaniu dobrego społeczeństwa, w którym każdy może rozwijać się w pokoju.

Taki ruch musi odciąć się od wojny pomiędzy prawicą a lewicą, wystrzegać się nienawiści oraz fantazji o zemście napędzanych przez aktualne polityczne przepychanki i zamiast tego przyjąć estetykę wolności jako ścieżkę wykraczającą poza współczesną politykę i oferującą czyste światło w skądinąd mrocznym świecie.

Polityczne furie naszych czasów zejdą ze sceny, pozostawiając pytanie, jaki paradygmat powinien ukształtować nowy, dominujący kierunek, społeczno-polityczny światopogląd zbudowany na uczciwości, pokoju i najwyższych tęsknotach za pomyślnością wszystkich ludzi. Liberalizm w tradycji klasycznej powinien tam być – solidny intelektualnie, szczery i prawdomówny, ożywiany przez najwyższe ideały – by stanowić jakże potrzebną alternatywę dla lewicy i prawicy.

Autor: Jeffrey A. Tucker

Źródło: aier.org

Tłumaczenie: Bartosz Dziewa

2 komentarze

  1. Reply
    serio_pytam says

    Co to jest instytucjonalna mizoginia ?

    • Reply
      Przemek Hankus says

      Patrząc na kontekst wypowiedzi można sądzić, że Tuckerowi chodzi o to, iż praktycznie do XIX, a niekiedy i do XX wieku kobiety nie mogły z przyczyn formalnych pracować w zdecydowanej większości zawodów, nie mogły podejmować nauki na uniwersytetach, nie dysponowały pełnią praw obywatelskich itd.

Skomentuj

*