1

Jakub Bożydar Wiśniewski – Niezbędność właściwej perspektywy metafizycznej

Świat jest zarówno nieskończenie złożony, jak i nieskończenie prosty. Nieskończenie złożony jest on w odniesieniu do kwestii stosunkowo błahych i drugorzędnych, zaś nieskończenie prosty – w odniesieniu do kwestii zasadniczych i pierwszorzędnych. Stąd przyjęcie odpowiedniej perspektywy metafizycznej – czyli związanej z tym, co najpierwotniejsze i najogólniejsze – pozwala właściwie rozumieć wszystkie perspektywy szczegółowe – ekonomiczną, polityczną, antropologiczną i tak dalej – choćby nawet nie chciało czy nie umiało się zejść pod ich powierzchnię.

Tymczasem przyjęcie nieodpowiedniej perspektywy metafizycznej – to znaczy przyjęcie fundamentalnie niespójnego, roszczeniowego lub nonszalanckiego stosunku do najogólniejszej natury rzeczywistości – nie pozwala właściwie rozumieć żadnej perspektywy szczegółowej, niezależnie od tego, do jak głębokich jej pokładów jest się w stanie dokopać przy pomocy swojej tak zwanej specjalistycznej wiedzy.

Świadomość powyższego jest kluczowa zwłaszcza w atmosferze wypełnionej z jednej strony nieskończonymi pokładami informacyjnych odpadów (a w najlepszym razie rozpraszającym przyczynkarstwem), zaś z drugiej strony całą gamą pozornie konkurujących ze sobą form metafizycznego prymitywizmu i infantylizmu. Jeśli w takiej atmosferze to, co pierwsze, nie będzie zarówno na pierwszym, jak i na stosownym w swoim pierwszeństwie miejscu, wtedy nic innego nie ma szansy, żeby znaleźć się na swoim właściwym miejscu. Wówczas nawet największy gmach odziedziczonej wiedzy, bogactwa i dobrobytu okaże się prędzej czy później błyskawicznie padającym domem na piasku. Warto uniknąć sytuacji, w której nie sposób go już będzie czymkolwiek umocnić ani nawet się z niego na czas ewakuować, do końca żyjąc w przeświadczeniu, że wszystko jest jak należy – albo nawet, że „jakoś to będzie”.

Jakub Bożydar Wiśniewski

Komentarz

  1. Reply
    FatBantha says

    Zastanawia mnie, co autor denotuje pod pojęciem “metafizycznego prymitywizmu”.

    Jak sądzę, wiele kultur pierwotnych miało okresy w jakich wypadały od nas znacznie lepiej pod względem żywotności i pomimo niskiego skomplikowania wierzeń radziły sobie z autodestrukcyjnymi czynnikami znacznie lepiej niż te bardziej wyrafinowane.

    Posiadanie skomplikowanej teologii otwiera kolejne pola do wystąpienia herezji a zatem rośnie również ryzyko zwątpienia i dezintegracji całej reszty wzorców jaka z danej teologii wynika, narażając też na upadek jej autorytetu.

    Myślę, że to nie jest rzecz samej perspektywy metafizycznej, ponieważ treść pierwotnych wierzeń jak najbardziej z dzisiejszego punktu widzenia można byłoby zaklasyfikować jako infantylną, co nie znaczy, że nie sprawdzały się wówczas w roli cywilizacyjnego spoiwa. Bo może rzecz wcale nie leży w samej treści, co raczej woli integracji wokół tego, co się uznaje za najbardziej wartościowe i przynależy do sfery świętości.

    To, co jest potrzebne to resakralizacja mitu i odtwarzenie doświadczeń wspólnego przeżywania rytuałów przejścia, od jakich zaczyna się proces ustanawiania wzorców cywilizacyjnych oraz doceniania tych, którzy się do nich zbliżają w większym stopniu niż inni. Tak naprawdę społeczeństwa nigdy nie potrzebowały wyrafinowania teologicznego, co raczej solidną mitologię z uczciwie poprowadzoną egzegezą poszczególnych mitów, jakie mogłyby pełnić rolę uniwersalnego zwierciadła duszy przyłapującym paradoksy niedoskonałości ludzkiej natury przy jednoczesnym odtwarzaniu stałego schematu aspiracyjnego.

    Zaniedbanie poletka myślenia mitycznego, odesłanego do lamusa na rzecz filozofii czy nauki, prędzej czy później i tak musi doprowadzić do upadku higieny psychicznej i zakwestionowania porządku społecznego, bo w większości rola myślenia filozoficznego czy naukowego polega na sceptycznym a często też krytycznym stosunku do rzeczywistości, nie zaś afirmacyjnym, całościowo potwierdzającym mniemania na temat świata i roli człowieka przejawiane wewnątrzkulturowo.

    W Bibliotece Kongresu w USA znajduje się mozaika Fredericka Dielmana przedstawiająca trzy kobiece personifikacje: młodej Mitologii, Historii w średnim wieku i staruszki Tradycji. Uważam, że jest to trafne przedstawienie wszystkich sposobów niezbędnych do całościowego zrozumienia i przeżywania własnego znaczenia oraz wyjaśnienia zajmowanego miejsca w czasie, przestrzeni a co ważniejsze, w sferze aksjologicznej.
    Jeżeli chce się być cywilizacyjnie wiecznie młodym, należy powrócić do zadziwienia tajemniczością istnienia, zadawania i udzielania mitologicznych odpowiedzi, w których implicite z góry będzie się przenosić refleksja na temat powinności oraz wyzwań a nie faktów, które dla uniwersalnego mitu są bez znaczenia. Dzisiejszy człowiek jest akulturowym barbarzyńcą, działającym wbrew większości delfickich maksym czy w ogóle jakichkolwiek tradycji mądrościowych.

    Cywilizacyjne starzenie przejawia się między innymi w tym, że podstawowy program norm przestaje ludziom wystarczać, a mimo swej użyteczności zostaje niedoceniony i uznany w danej postaci za irracjonalny oraz wymagający głębszego rozumowego opracowania. Cywilizacje zatem zwracają się w stronę wyrafinowania, zmierzają ku trendowi kwietystycznego uzasadniania swojej roli. A gdy i one nie są w stanie zaspokoić potrzeb, ponieważ wprowadzają więcej szumu informacyjnego, aporii i innych dylematów powodujących zwątpienie, nie pozostaje nic innego jak porzucenie tego programu w całości.

    Kto bezpowrotnie zatracił zdolność myślenia mitycznego, ten jest skazany na utratę żywotności, nihilizm i cywilizacyjny uwiąd starczy. Kultura bowiem zaczyna się od kultu, a kult potrzebuje swojego mitu. Jego odrzucenie skutkuje utratą ponadjednostkowego systemu znaczeń, pozbawieniem się niezależnej od swoich odczuć mapy sensów życia z jaką można się skonfrontować i skonsultować, orientując niejako z lotu ptaka we własnym położeniu, co zmusza do nawigowania na ślepo i jest męczące, nużące a bez uznania dla podjętego trudu, skłania raczej do kapitulacji. Z kolei im tych osobistych kapitulacji więcej, tym morale społeczeństwa bardziej upada. Zaraźliwą staje się postawa zakładająca, że nie ma dla kogo i o co się starać, ponieważ nie łączy nas poza samą przygodnością nic godnego uwagi. A jeśli rządzi nami wyłącznie sama przygodność, to równie dobrze mogłoby nas nie być.

    Młode duchem społeczeństwa żyją w cieniu eposów heroicznych i z nich czerpią nauki, opowiadając za odtwarzaniem jego aspiracyjnego schematu i z niego czerpią swoją żywotność. Stare, które intelektualnie uznają to za naiwność, już przez samo przyjęcie tej perspektywy same skazują się na uwiąd.

    Bo bez celebracji przejawów świadczących o tym, że udało się do niego nawiązać, a więc odtworzyć, odradzając opowieścią społeczność – oraz lizania ran rozczarowania, kiedy sprzeniewierzy się kanonom świętej opowieści, nie ma innego dobrego sposobu na wybodźcowanie ludzi, aby w swoich postawach wzmacniali dobro i osłabiali zło.

    Tymczasem dziś odwieczna walka dobra ze złem, jest uznawana przez współczesnych za infantylizm. Wszak dorośli ludzie powinni się przecież zaspokajać złożonymi analizami socjologicznymi, politologicznymi czy psychologicznymi, które wprowadzą do opisu neutralne etycznie siły i abstrakcyjne procesy, wobec których pojedyncza jednostka w swojej perspektywie pozostaje bezsilna i bierna. Ale przynajmniej aparat pojęciowy będzie miała zróżnicowany i zniuansowany. Z innym nie wypada się pokazywać w towarzystwie.

    Ech, Joseph Campbell miał rację.

Skomentuj

*