Brak komentarzy

Jakub Bożydar Wiśniewski – Neoliberalizm, marksizm kulturowy i niebezpieczeństwo ideologicznej symetryzacji

Gdy przeczuwa się, że popełniony ongiś błąd może być znaczący, trzeba się do niego otwarcie przyznać. Tak jest właśnie w niniejszym przypadku.

Jeszcze kilka lat temu byłem gotów twierdzić, że „neoliberalizm” i „marksizm kulturowy” to terminy semantycznie bliźniacze w swojej amorficzności i beztreściowości. Obecnie sadzę jednak, że stosowny ciężar dowodowy jest już na tyle duży i znaczący, że nie można traktować powyższych dwóch pojęć w sposób symetryczny.

„Neoliberalizm” wciąż uważam za termin czysto propagandowy, będący niczym więcej jak oszczerstwem kierowanym pod adresem szeroko rozumianych zwolenników konsekwentnego poszanowania dla wolności osobistej, własności prywatnej i „burżuazyjnej godności”. Na poziomie opisowo-naukowym jest to natomiast pojęcie całkowicie puste i bezdesygnatowe (poza bardzo wąskim kontekstem historycznym związanym z kolokwium Waltera Lippmanna, którego członkom daleko było do jakiejkolwiek autentycznej ideowej jednorodności).

Inaczej jest z „marksizmem kulturowym”. Podtrzymuję, iż jest to termin potencjalnie niebezpieczny w tym sensie, że zbyt łatwo staje się uniwersalnym wytrychem w rękach osób o, eufemistycznie rzecz ujmując, ograniczonej wiarygodności naukowej. Nie zmienia to jednak faktu, że – w swoim opisowo skonkretyzowanym znaczeniu – jest to określenie trafne i wiernie oddające naturę pewnych bardzo niebezpiecznych zjawisk zachodzących w dzisiejszej rzeczywistości społecznej.

Nadawana owemu terminowi konkretna treść wiąże go niemal zawsze ze zjawiskami następującymi: z myślą szkoły frankfurckiej (czyli z przestawieniem w marksistowskiej hierarchii ważności ekonomii i kultury, a tym samym z przeniesieniem „walki klas” na obszar pozagospodarczy: na obszar rasy, płci, itd.), z ideą „długiego marszu przez instytucje” (w domyśle: instytucje kultury) oraz z koncepcją tzw. organizowania społeczności w duchu Reguł dla radykałów autorstwa Saula Alinsky’ego (tzn. z politycyzacją kultur lokalnych i infekowaniem ich ideą permanentnej wojny o władzę w ramach tzw. aktywizmu społecznego).

Kluczowe pytanie brzmi tu teraz następująco: czy powyższa definicja ma adekwatną moc wyjaśniającą? Czy trafnie opisuje ideologiczną podbudowę pewnych specyficznie współczesnych, rzucających się w oczy zjawisk? Wydaje się, że dziś można by już na to pytanie odpowiedzieć słowami epitafium Christophera Wrena: si monumentum requires, circumspice. Na szczęście owego „monumentu” nie musimy jeszcze „podziwiać” w naszej części świata, ale tym bardziej należy świadomie chronić naszą „względną normalność”. Jeśli natomiast – w ramach budowania stosownej świadomości – zadamy sobie pytanie, co jest ideologicznym wspólnym mianownikiem odbywającego się obecnie „na zachód od nas” zorganizowanego wandalizmu, neo-cenzorskiego dewastowania sztandarowych dzieł kultury i masowego szczucia przeciwko „nieprawomyślnym” przedstawicielom świata akademickiego, wówczas możemy zdać sobie sprawę, że „marksizm kulturowy” (rozumiany jak wyżej) wydaje się tu jedną z bardziej adekwatnych zwięzłych odpowiedzi.

Co istotne, akceptacja owej odpowiedzi wcale nie wymusza stanięcia w jednym froncie z tymi samozwańczymi przeciwnikami „marksizmu kulturowego”, którzy jako alternatywę wobec niego proponują siermiężny nacjonalizm, toporny scjentyzm czy policyjny totalitaryzm. Rzecz jedynie w tym, żeby zachowywać właściwe proporcje zagrożeń i nie dawać sobie wmówić, że przysłowiowy „słoń w salonie” jest jedynie „propagandowym straszakiem”, na którego powołują się wyłącznie „tropiciele spisków wierzący w łatwe rozwiązania”.

I tu wracamy do punktu wyjścia: niezależnie od tego, w jakim stopniu należy wystrzegać się traktowania „marksizmu kulturowego” jako wyłącznego zła współczesnego świata, tym bardziej należy wystrzegać się stawiania go w jednym szeregu z mitycznym „neoliberalizmem”. To byłoby bowiem zwyczajnie nieprzyzwoite zwłaszcza wobec tych, którzy wskutek coraz bardziej rozbisurmanionego ideologicznego wandalizmu – tak fizycznego, jak i kulturowo-instytucjonalnego – potracili pracę, dobytek i spokój codziennego życia.

Jakub Bożydar Wiśniewski

Skomentuj

*