8

Jakub Bożydar Wiśniewski – Libertarianizm, prawa własności i kwestia granic

Wśród niektórych libertarian popularny jest osobliwy argument mówiący, iż jako że tzw. publiczna infrastruktura zbudowana została za pieniądze podatników, to podatnicy są jej właścicielami, a jako że bez zaproszenia właściciela nikt nie ma prawa wejść na jego posesję, to, jak długo istnieją terytorialne aparaty opresji zwane państwami, ich zadaniem jest kontrolowanie tego, czy wszyscy imigranci do danego kraju posiadają zaproszenie od któregoś z jego obywateli, deklarującego, że zapewni danemu imigrantowi opiekę albo da mu możliwość zarobkowania.

Argument ten naszpikowany jest w swojej osobliwości wieloma logicznymi słabościami, m.in.:

1. Błędnym jest założenie, że podatnicy są właścicielami tzw. infrastruktury publicznej. Jako że powstała ona na drodze podatkowego rabunku, a nie pierwotnego zawłaszczenia poprzez produktywne przekształcenie zasobów niczyich, nie jest ona niczyją własnością. Stałaby się ona własnością podatników dopiero wówczas, gdyby na przedstawicieli państwa nałożona została kara restytucyjna – żądanie zwrotu równowartości zagrabionego podatnikom mienia.

2. Per analogiam można by argumentować, że właściwy z libertariańskiego punktu widzenia jest protekcjonizm, gdyż importowane dobra są również bardzo często transportowane przy udziale infrastruktury publicznej zanim jakikolwiek konkretny obywatel-klient wyrazi chęć ich zakupu.

3. Jeśli argument ten ma jedynie maskować sprzeciw wobec tzw. państwa opiekuńczego jako magnesu dla importowanych „zasiłkowych pasożytów”, to oczywiście udowadnia on jedynie potrzebę eliminacji tzw. państwa opiekuńczego (lub przynajmniej umożliwienie korzystania z jego „usług” wyłącznie obywatelom), nie zaś kontrolowanie granic w oparciu o założenie, że każdy imigrant to potencjalny pasożyt, gdyż założenie to w zasadniczy sposób kłóci się z zasadą domniemania „ekonomicznej niewinności”. Innymi słowy, to nie po stronie imigrantów leży ciężar udowodnienia przy przekraczaniu granicy, że nie zamierzają być pasożytami, tak samo jak podobny ciężar dowodowy nie leży po stronie obywateli, ilekroć chcąc nie chcąc korzystają oni z tzw. usług publicznych udostępnianych przez dane państwo.

4. I wreszcie – argument ten zakłada w kuriozalny z libertariańskiego punktu widzenia sposób, że państwowy aparat opresji jest rzeczywistym reprezentantem ogółu obywateli i ma prawo w ich imieniu ograniczać wolność przemieszczania się imigrantów. Jest to oczywiście stanowisko typowo etatystyczne, więc jego akceptacja przez samozwańczych libertarian budzi co najmniej konsternację.

Biorąc pod uwagę powyższe obserwacje, trudno jest uciec od wniosku, że jak długo istnieją terytorialne aparaty opresji zwane państwami, jedynym stanowiskiem zgodnym z filozofią libertariańską jest poparcie dla pełnego otwarcia ich granic.

Jakub Bożydar Wiśniewski

8 komentarzy

  1. Reply
    placek says

    Publiczna infrastruktura nie jest własnością podatników tylko państwa. Państwo to byt dośc skomplikowany i abstrakcyjny, nie zmienia to faktu że istnieje i jest właścicielem dróg publicznych i jako taki ma prawo na swój teren wpuszczać lub nie wpuszczać kogo chce.

    • Reply
      Przemek Hankus says

      Idąc tym tokiem rozumowania można stwierdzić, że jeśli osoba A ukradła osobie B samochód, to tym samym osoba A jest jego właścicielem i może z nim robić co chce. Zgadza się?

  2. Reply
    placek says

    Nie widzę analogii. Czy drogi publiczne zostały komuś ukradzione? Nie wydaje mi się. Drogi publiczne są własnością państwa i ma ono prawo wpuszczać tam kogo chce.

    • Reply
      Przemek Hankus says

      Środki na budowę m.in. dróg jak najbardziej pochodzą z zalegalizowanej grabieży, w związku z czym nic co do państwa “należy” nie jest jego prawowitą i sprawiedliwie nabytą własnością.

  3. Reply
    Placek says

    Chwileczkę, mówimy o własności terenu, wpuszczaniu imigrantów na teren należący do państwa. To że na tym terenie znajduje się obiekt zbudowany za ukradzione pieniądze (z czym się zgodzę, chociaż jest też pewna grupa osób która się zgadza na płacenie podatków więc w ich przypadku mowy o kradzieży być nie może) nie ma znaczenia. Czy jeśli mamy łąkę należącą do państwa, na której nie zbudowano nic za ukradzione pieniądze to możemy już blokować przyjazd imigrantów na tę łąkę? To że złodziej ukradł samochód to się zgadzam że nie prawa o nim decydować, jednak nie zmienia to faktu że ten złodziej może również legalnie posiadać jakąś łąkę czy drogę które uczciwie odziedziczył po rodzicach i ma prawo nie wpuszczać imigrantów na te tereny.

    • Reply
      Przemek Hankus says

      Czy jeśli mamy łąkę należącą do państwa, na której nie zbudowano nic za ukradzione pieniądze to możemy już blokować przyjazd imigrantów na tę łąkę?

      Sęk w tym, że ani łąką, ani inne dobra nie mogą być prawowitą własnością państwa. Dlatego też państwo nie ma żadnej etycznej podstawy do działań, o których mowa.

  4. Reply
    placek says

    Dlaczego nie mogą być własnością państwa? Jakoś Mieszko I zajął ten teren i własność przechodziła na kolejnych właścicieli aż trafiła w ręce miłościwie nam panującej III RP. Z resztą nawet zakładając że teren jest ukradziony, czy ktoś kto ukradł mieszkanie ma większe prawo wpuszczać do tego mieszkania osoby trzecie czy raczej zakazywać wstępu? Chyba raczej to drugie. Jeśli ktoś mi ukradnie samochód to wolę żeby tylko on go używał, niż złodziej + 100 imigrantów którym złodziej użyczył samochodu.

    • Reply
      Przemek Hankus says

      Złodziej nie ma żadnego prawa do dysponowania skradzionym dobrem. Niezależnie od charakteru działania, jakie wykonuje z wykorzystaniem skradzionego dobra.

      Mieszko I, jak każdy inny grabieżca, niczego nie nabył na własność, w związku z czym żaden sprawiedliwie nabyty i legalny tytuł własności na nikogo nie przeszedł.

Skomentuj

*