Brak komentarzy

Jakub Bożydar Wiśniewski – Deewolucja etatystycznej indoktrynacji i jej skutki

Używając klasycznego języka teologicznego, można powiedzieć, że władza to najgorsza forma pychy, a pycha to najgorsza forma grzechu – kwintesencja buntu wobec obiektywnej struktury rzeczywistości, w tym jej obiektywnej struktury moralnej. Tym samym zupełnie naturalnym i niezaskakującym jest nowotestamentowe stwierdzenie Szatana, iż wszystkie królestwa tego świata należą do niego. Państwo – monopolistyczny aparat zideologizowanej agresji, przemocy i grabieży – wprost urasta tu do rangi najpotężniejszego rozsadnika zorganizowanego, zinstytucjonalizowanego zła, w sposób programowy stawiającego na głowie wszystkie zasady, wartości i przymioty moralne.

Tego rodzaju zjawisko wywołuje, rzecz jasna, naturalny opór ze strony intuicji moralnych zwykłych, niezindoktrynowanych ludzi, w związku z czym kluczowe w zakresie konsolidacji wszelkiej władzy politycznej jest ich zneutralizowanie i zagłuszenie. Historycznie rzecz biorąc odbywało się to na różne sposoby. Początkowo samozwańczy władcy próbowali tworzyć wrażenie, iż są bogami, a więc istotami, których nie obowiązuje konwencjonalna moralność. W późniejszym okresie twierdzili, że nawet jeśli nie są bogami, to są wyłącznymi ziemskimi przedstawicielami bogów, a więc ludźmi dysponującymi szczególnymi przywilejami moralnymi. Po dziś dzień twierdzą oni natomiast, że nie są co prawda pomazańcami klasycznie rozumianych bogów, ale są za to wyłącznymi przedstawicielami rozmaitych świeckich bożków i mitycznych abstrakcji, takich jak „lud”, „naród”, „społeczeństwo”, „wola powszechna”, itp.

Do bałamuctwa o charakterze quasi-religijnym od pewnego momentu doszło w tym kontekście bałamuctwo o charakterze pseudonaukowym. Na tym polu można się zatem spotkać ze stwierdzeniami takimi jak te, że wyłącznie zorganizowany przymus jest w stanie doprowadzić do powstania nierywalizacyjnych i niewykluczalnych „dóbr publicznych”, że wyłącznie wydatki deficytowe są w stanie stymulować „bezczynne zasoby” w warunkach recesji, że wyłącznie polityczne manipulowanie stopami procentowymi i podażą pieniądza jest w stanie zapewnić gospodarce „makroekonomiczną stabilność”, itp.

Co jednak dzieje się wtedy, gdy wszystkie powyższe formy proetatystycznej propagandy stają się zbyt wyświechtane, zbyt łatwe do natychmiastowego obalenia i zbyt nieatrakcyjne w powszechnym odbiorze? Mogłoby się wydawać, że los etatyzmu jest wówczas przypieczętowany, gdyż wyczerpane zostają wówczas wszystkie sposoby zagłuszania naturalnych, zdrowych intuicji moralnych ludzkości. Jeśli jednak szerokie rzesze ludzkie zostaną w międzyczasie wystarczająco rozpieszczone powszechnym dobrobytem i wystarczająco zinfantylizowane ludyczno-życzeniowym podejściem do świata, wówczas etatystyczne bałamuctwo może pokusić się o przyjęcie jeszcze innej, bezprecedensowo zuchwałej i ostentacyjnie niedorzecznej formy – już nie quasi-religijnej i nie pseudonaukowej, ale bajkowo-magicznej, w ramach której państwo staje się czarodziejskim polem zakrzywiającym rzeczywistość, gdzie największy absurd staje się głębokim rozsądkiem i vice versa.

Sztandarowym współczesnym przykładem owego bajkowo-magicznego populizmu, łączącego w sobie najbardziej wulgarne formy populizmu quasi-religijnego i pseudonaukowego, jest tzw. nowoczesna teoria monetarna (Modern Monetary Theory, MMT). Wedle owej „teorii” w obszarze etatystycznego pola zakrzywiającego rzeczywistość przestają obowiązywać nie tylko jakiekolwiek prawa ekonomii, ale nawet jakiekolwiek zdroworozsądkowe definicje – inflacyjna kreacja pieniądza staje się kreacją „usług publicznych”, podatkowy zabór mienia staje się narzędziem stabilizacji cenowej, pieniądz staje się arbitralnym tworem legislacyjnym, obniżka deficytów rządowych staje się erozją prywatnych oszczędności, itp. Innymi słowy, w owym postawionym na głowie świecie niemożliwe staje się nie tylko wymienianie jakichkolwiek logicznych argumentów, ale nawet jednoznaczne i sensowne zdefiniowanie jakichkolwiek stosownych terminów – grunt, że wszystko w nim zmierza ku automatycznemu wnioskowi, że zinstytucjonalizowana agresja i grabież jest w stanie stworzyć coś z niczego, zaspokajając dowolne zachcianki klienteli danej władzy.

Z jednej strony można by uznać, że etatystyczna propaganda jest w stanie przyjmować tak groteskowe formy wyłącznie w przeddzień swojej ostatecznej kapitulacji, co byłoby wnioskiem ze wszech miar optymistycznym. Z drugiej jednak strony można przyjąć, że w społeczeństwie na tyle rozkapryszonym i zinfantylizowanym, by brać twory takie jak MMT za dobrą monetę, zadanie edukacyjne (i być może również wychowawcze) stojące przez zwolennikami ekonomicznego i moralnego zdrowego rozsądku wciąż pozostaje ogromne. Tak czy inaczej, mowa tych ostatnich tym bardziej musi dziś brzmieć: „Tak – tak, nie – nie”, gdyż wytrwałe powtarzanie elementarnych prawd ma efekt wyzwalający niezależnie od rodzaju niewolniczych bałamuctw, z którymi ma się do czynienia. Prędzej czy później owe bałamuctwa się wyczerpią i ostatecznie zawalą się pod ciężarem własnej pychy, niezborności i niedorzeczności. Zza ich fasady wyłoni się zaś wtedy w pełnej okazałości realny świat, ku któremu od zawsze usiłowali kierować ludzkość przeciwnicy etatystycznej fikcji – świat, którego wielkie możliwości będzie wtedy wreszcie można w pełni wykorzystywać, mając przy tym cały czas na uwadze jego równie wielkie i nieusuwalne ograniczenia.

Jakub Bożydar Wiśniewski

Skomentuj

*