Brak komentarzy

Jak deregulacja zrewolucjonizowała piwo?

Ocena rządów Jimmy’ego Cartera jako prezydenta USA z perspektywy libertariańskiej jest równie niejednoznaczna, jak stosunek opinii publicznej do jego prezydentury. Sprawujący swój urząd w latach 1977 – 1981 Carter z jednej strony dał się poznać jako zwolennik deregulacji pewnych branż gospodarki czy amnestii dla osób unikających poboru do wojska w czasie wojny wietnamskiej, z drugiej jednak – jako zwolennik rządowych bailoutów dla wybranych przedsiębiorstw oraz zwiększenia kontroli państwa nad edukacją.

Jedna z jego decyzji zasługuje jednak niezaprzeczalnie na pochwałę, stanowiąc piękny przykład na to, dlaczego warto uwalniać rynki. Mowa rzecz jasna o podpisanej w 1978 roku legalizacji domowego warzenia piwa, której to rocznicę dziś obchodzimy.

Wraz z uchwaleniem na początku lat 20. XX wieku prohibicji w Stanach Zjednoczonych zaczął obowiązywać federalny zakaz produkcji alkoholu. I choć zniesiono go już trzynaście lat później, został on zastąpiony silnymi regulacjami rynku napojów wyskokowych. Zgodnie z nimi domowe wytwórstwo pozostawało nielegalne, zaś przedsiębiorstwa produkujące alkohol nie mogły sprzedawać go bezpośrednio ani konsumentom, ani detalistom, a jedynie hurtownikom, którzy odpowiadali za dalszą dystrybucję do detalistów. System taki w oczywisty sposób nie sprzyjał działalności małych browarów, dlatego też w bardzo szybkim tempie nastąpiła konsolidacja rynku w rękach kilku największych koncernów.

Skutki tego – jak w praktycznie każdej sytuacji braku zagrożenia ze strony nowej konkurencji – były dla tamtejszego piwowarstwa opłakane. Przez kilka dekad w USA dostępny był niemal wyłącznie zuniformizowany, jasny lager wytwarzany z myślą o maksymalnej redukcji kosztów, a nie o jakichkolwiek walorach smakowych. Obecny po dziś dzień w powszechnej świadomości obraz amerykańskiego piwa jako bezsmakowej, wodnistej cieczy wywodzi się właśnie z tego okresu. Nic więc dziwnego, że gdy rząd federalny wreszcie zezwolił ludziom na samodzielne warzenie, spowodowało to prawdziwą rewolucję.

Początkowa moda na piwowarstwo domowe szybko przerodziła się w trend zakładania małych, niezależnych browarów. Po liberalizacji na szczeblu federalnym nastąpiła fala luzowania stanowych przepisów warunkujących sprzedaż alkoholu, co umożliwiło łatwiejszą dystrybucję produktu przez piwowarów, jak również powstawanie browarów restauracyjnych i zlokalizowanych w pubach. Liczba przedsiębiorstw wytwarzających piwo, sukcesywnie spadająca od lat 30. i w 1978 roku nieprzekraczająca stu, zaczęła raptownie wzrastać. W roku 1990 browarów w USA było już blisko 300, na przełomie wieków ponad 1500, w ubiegłym roku zaś – ponad osiem tysięcy. Rynek tak zwanego piwa rzemieślniczego – pochodzącego z małych, niezależnych browarów i od domowych wytwórców – wyceniany jest obecnie w USA na blisko 30 miliardów dolarów.

Tak oto dzięki deregulacji powstała zupełnie nowa, prężnie rozwijająca się branża. Przyniosła ona nie tylko nieporównywalnie lepszą jakość i różnorodność piw oferowanych konsumentom, ale również tysiące nowych miejsc pracy i możliwość konkurowania z wielkimi koncernami nawet przez najmniejsze przedsiębiorstwa. Trend piwowarstwa rzemieślniczego dotarł również do Polski, gdzie od początku ubiegłej dekady przeżywa ono raptowny rozwój.

Trudno o lepszy przykład słuszności podzielanego przez libertarian poglądu, w myśl którego najlepszym, co rząd może zrobić z daną gałęzią gospodarki, jest zostawienie jej w spokoju.

Stowarzyszenie Libertariańskie

Skomentuj

*