Brak komentarzy

Gerald Gaus – O trudnej cnocie pilnowania własnego nosa: próba oczyszczenia dobrego imienia Ebenezera Scrooge’a

Gerald „Jerry” Gaus był amerykańskim filozofem politycznym i moralnym, którego myśl powinna zainteresować każdego, komu bliskie są ideały wolnego społeczeństwa. Zmarł w sierpniu 2020 roku. W celu upamiętnienia Jerry’ego i przybliżenia polskiemu czytelnikowi jego prac, przetłumaczyłem krótki artykuł, który niekoniecznie trzeba brać zupełnie na poważnie.

 

— Ani myślę, to nie mój interes. Wystarcza, jeżeli człowiek zna i rozumie swój własny interes i nie miesza się do cudzego.

— Interes! — przerwał duch, załamując znów ręce. — I to właśnie było moim błędem, moim grzechem! Ludzkość powinna była być moim interesem […][i].

 

I

W Święta Bożego Narodzenia z reguły czytam córce Opowieść wigilijną i, jak każdy dobry rodzic, cmokam z dezaprobatą, kiedy Scrooge bije pianę o pilnowaniu własnego nosa, zaś kiedy duch Marleya przypomina nam, że cała ludzkość jest naszą sprawą, kiwam głową z aprobatą. Być może szczególnie w Święta Bożego Narodzenia powinniśmy poważnie potraktować ostrzeżenie Charlesa Dickensa, który pisał, że liberalno-kapitalistyczny etos interesu własnego jest niekompletny, a ktoś tak samolubny jak Scrooge nie jest w pełni ludzki. Oczywiście jest to znajomy przekaz i słyszymy go stale – nie tylko od krytyków, ale także od zwolenników liberalnego społeczeństwa. Niedawno uczestniczyłem w sympozjum przyjaznym zasadom liberalnym, na którym ciągle poruszanym tematem był interes własny jako zagrożenie dla moralności wolnego społeczeństwa. Był to konflikt Scrooge kontra duch Marleya, choć w bardziej filozoficznym wydaniu.

Naturalnym jest przypuszczenie, że podejście Scrooge’a jest proste, za to (trochę spóźnione) docenienie przez Marleya, że cała ludzkość ma być naszym interesem, jest nie lada osiągnięciem (spowodowanym siedmioletnią tułaczką w łańcuchach), a zatem prawdziwą cnotą. Jako że teraz jednak nie mamy żadnych świąt, chciałbym zasugerować dokonanie ponownej oceny tych dwóch pozycji: tym, co łatwo przychodzi, jest branie spraw innych ludzi za swoje, a trudnym osiągnięciem i cnotą w wolnym społeczeństwie jest rozumienie swoich spraw i powstrzymanie się od przeszkadzania w interesach innych. Najjaskrawiej widać to w odniesieniu do pornografii i aktywności seksualnych pomiędzy dorosłymi ludźmi za ich obopólną zgodą. Jeśli cokolwiek można zaliczyć do kategorii „nie twoja sprawa”, to muszą się tam znaleźć takie rzeczy, jak: sposoby, w jakie inni dorośli ludzie uprawiają seks, jakie fotografie wykonują, oglądają albo do jakich pozują, albo co rysują i pokazują innym. Jednakże, jak pokazała chwilowa burza w szklance wody wywołana filmem Skandalista Larry Flint, wielu ludzi uznaje te sprawy za ich istotny interes oraz produkuje rozbudowane uzasadnienia, według których te sprawy powinny interesować zarówno ich samych, jak i nas wszystkich. Nie mam zamiaru bagatelizować tej skłonności. Co więcej, myślę, że jest to jedna z rzeczy, które czynią nas typowo ludzkimi. I właśnie dlatego pilnowanie własnego nosa jest prawdziwą cnotą w wolnym i pluralistycznym społeczeństwie.

II

Ostrze krytyki liberalnego społeczeństwa wymierzone było ostatnimi laty w jego moralność, która zawiera się w słowach „żyj i pozwól żyć innym”. James Fitzjames Stephen, krytykując O wolności Johna Stuarta Milla, twierdził nawet, że zasada „pozwólmy każdemu człowiekowi czynić, co chce, jeśli nie krzywdzi przy tym bliźniego”, była „wywrotowa względem wszystkiego, co ludzie powszechnie uważają za moralne”[ii]. Dla konserwatysty moralność społeczeństwa ma na celu, przede wszystkim, poprawę cnoty jego członków – zatem to, co inni robią w swoim prywatnym życiu, jest sprawą wszystkich. Stąd wynika tradycyjnie konserwatywne upieranie się, że pornografia, prostytucja czy homoseksualizm dowodzą złego charakteru. „Istnieje ogólny wstręt do homoseksualizmu”, oświadczał Lord Devlin. „Powinniśmy po pierwsze zapytać siebie samych, czy patrząc na sprawę spokojnie i bez nadmiernych emocji, uznamy to za wadę tak ohydną, że jej sama obecność jest obrazą. Jeśli jest to uczucie społeczeństwa, nie pojmuję, dlaczego należałoby mu odmówić prawa do pozbycia się jej”[iii].

Nie możemy lekceważyć konserwatywnej odpowiedzi na seksualność i pornografię. Chcemy żyć z rozsądnymi ludźmi, którzy nie uczestniczą w podłych przyjemnościach takich jak czytanie świństw czy oglądanie zdjęć zbiorowego gwałtu, zamieszczanych chociażby w „Hustlerze” Flinta. Pomysł, by nie tylko tworzyć jedno społeczeństwo, ale żeby też w jakiś sposób przyznać, że z publicznego punktu widzenia jest ona tak samo dobra, jak bycie dobrym katolikiem, jest szokujący i absurdalny. Jednak musimy przycisnąć konserwatystę, żeby wyjaśnił nam, co dokładnie ma na myśli przez „tworzenie z kimś społeczeństwa”. Osiągnięciem zachodnich, liberalnych społeczeństw jest wyłonienie się pokojowego porządku, w którym można współpracować z nieznajomymi, obcymi, bezbożnymi oraz perwersyjnymi. To „Wielkie Społeczeństwo”[iv] opiera się na kruchej i rzadkiej w historii ludzkich społeczeństw cnocie współpracowania z ludźmi, których nie lubimy. Społeczeństwo, za którym tęsknią konserwatyści, zakłada wspólny sposób życia, w ramach którego przyzwoici ludzie nie wyśmiewają nawzajem swoich poglądów i nie są dla siebie odrażający. Nasz gatunek spędził większość swojej historii w takich właśnie grupach, stąd wydają się nam one naturalne – tak samo, jak obgadywanie dziwactw naszego sąsiada. Takie społeczności są raczej podejrzliwe niż otwarte w stosunku do obcych: dla nich etykieta „obcy” sugeruje w najlepszym razie outsidera, a najprawdopodobniej wroga.

III

To wskazuje na ostry kontrast pomiędzy Wielkim Społeczeństwem a Multikulturowym Społeczeństwem. Zwolennik multikulturalizmu akceptuje to, że żyjemy w różnorodnym społeczeństwie, ale jednocześnie naciska, że powinniśmy nauczyć się cenić inne kultury i różnice pomiędzy nimi. A powinniśmy doceniać inne kultury, mawia, gdyż każda z nich jest wartościowa. Niektórzy twierdzą nawet, że każda kultura ma równą wartość. Charles Taylor jest trochę bardziej ostrożny[v]. Twierdzi, że poprawną postawą jest tylko domniemanie równej wartości. Być może po uważnej analizie danej kultury uznamy, że nie jest równa innym, ale powinniśmy podchodzić do wszystkich kultur z założeniem, że są tyle samo warte, co nasza. Taylor jest szczególnie krytyczny wobec ludzi nieczułych na wartość innych kultur. Zatem multikulturalizm wygląda na postawę najbardziej otwartą na różnice – chcącą je zrozumieć i docenić ich wartości. Można by zatem podejrzewać, że multikulturalizm jest tak bardzo odległy od konserwatyzmu, jak tylko można sobie wyobrazić. O dziwo, w pewien istotny sposób te dwie filozofie są sobie bliskie. Multikulturalizm także podkreśla, że potrzebujemy żyć pośród ludzi, których aprobujemy i których życia mają dla nas wartość. Jednak to fundamentalnie ogranicza pluralizm społeczeństwa: jeśli jesteśmy w stanie docenić różnice pomiędzy literaturą Azji i Europy, to wydaje się niemożliwym obstawanie przy wymogu doceniania przez wszystkich mieszanki prozy, fotografii i sztuki uprawianą przez Larry’ego Flinta. Jego wytwory są zatem nie do przyjęcia.

Życie z różnicami nie jest trudne, jeśli zauważymy, że mogą być źródłem wartości. Dobry multikulturalny luteranin może wysoko cenić Matkę Teresę, Mahatmę Gandhiego, Barucha Spinozę czy Karola Marksa; wydaje się, że zażądamy zbyt wiele, jeśli dorzucimy do tej listy również „Hustlera”. Cnota, której wymaga wolne społeczeństwo, to „żyj i daj żyć innym” – nawet jeśli, o ile to możemy ocenić, pozwalamy ludziom na życie w sposoby, które są zupełnie bez wartości społecznej. Jednak co może wydawać się dziwniejsze albo mniej naturalne od takiego podejścia?

IV

Możemy żyć razem z obcymi i perwersyjnymi tylko wtedy, kiedy powstrzymamy się od czynienia z ich życia naszej sprawy. Ten umiar ma poważny koszt, o którym doskonale wiedzą współcześni „komunitarianie”. Niektórzy z rzeczników Wielkiego Społeczeństwa zdają się sugerować, że człowiek może robić w takim społeczeństwie co tylko chce – jeśli tylko, idąc za Millem, nie krzywdzi innych. Otóż tak nie jest. Projekty i plany wymagające współpracy ludzi podobnie myślących mogą zostać rozpoczęte tylko wtedy, gdy podobnie myślący zdecydują się w nich uczestniczyć, a to z kolei oznacza, że w wielu przypadkach wykoleją się już na samym początku. Praktykowanie religijnego stylu życia wymaga życia w pobożnej wspólnocie, gdzie religia jest szanowana, a nikczemność karana. Nie jest tym samym przynależność do kongregacji spotykającej się w budynku obok sabatu satanistów, gdzie w dodatku za rogiem znajduje się sklep z pornografią.

Wolne społeczeństwo może istnieć wyłącznie pod warunkiem, że ludzie nie będą tworzyć planów na siłę włączających w nie innych bez ich zgody. A to oznacza, że pula projektów, które człowiek może wykonywać w liberalnym społeczeństwie, jest ograniczona; jest mniej ograniczona niż w jakimkolwiek innym społeczeństwie, niemniej jednak ograniczona. Liberalne społeczeństwo może istnieć wyłącznie wtedy, gdy uznamy, że sprawy sąsiadów nie są naszymi własnymi sprawami i że nikt nie musi dołączyć do mojego stylu życia, dopóki ja nie odwołam się do czyichś zainteresowań, jakkolwiek szeroko zdefiniowanych. Zatem w liberalnym społeczeństwie ludzie będą świadkami zmian w ich sposobach życia; z małych miasteczek będą się wyprowadzać młodzi ludzie, a na ich miejsce będą wprowadzać się yuppies z ich BMW, telefonami komórkowymi[vi] i „Hustlerem” (albo „Playboyem” – dla wywiadów oczywiście). Zawsze silny będzie impuls do „obrony naszego sposobu życia”, za pomocą uniemożliwiania innym życia na ich sposób albo zmuszania ich do wspierania naszego. Chcemy powiedzieć: „Społeczność ma prawo do obrony swojego stylu życia” – ale wszystkie takie wezwania zakładają, że mamy uzasadnione roszczenie wobec innych do dołączenia do naszego stylu życia – a jak nie chcą, to się mają wyprowadzić.

V

Jak dotąd rozważałem impuls komunitariański – stwierdzający, że aby żyć wspólnie, koniecznym jest czynić z życia innych ludzi nasz biznes. Zasugerowałem także, że pomimo swojej dzisiejszej popularności, jest to preliberalna, atawistyczna ciągota. Drugie wyzwanie dla Scrooge’a jest bardziej postliberalne. Akceptując widoczne zwycięstwo filozoficzne Millowskiej zasady nieszkodzenia innym, wielu krytyków próbuje pokazać że, mimo wszystko, zasada ta prowadzi do zajmowania się życiem innych ludzi. Mill mówi nam, że działania jednostki są sprawą całego społeczeństwa, jeśli te działania dotyczą innych – a w szczególności, jeśli im szkodzą[vii]. Jeśli oglądający („czytelnik” wydaje się złym słowem) „Hustlera” jest bardziej skłonny do gwałtu albo innego rodzaju przemocy wobec kobiet, ponieważ oglądał je w tym czasopiśmie, to nawet Mill zgodziłby się, że publikowanie lub rozprowadzanie takiej gazety powinno być ograniczone. Kiedy ktoś inny czyta lub ogląda coś, co prowadzi go do skrzywdzenia mnie, wyglądałoby na to, że jego nawyki czytelnicze stają się moją sprawą. „W każdej sprawie pytaniem jest, czy słowa są użyte w takich okolicznościach oraz mają taką naturę, że tworzą jasne i realne niebezpieczeństwo, że przyniosą istotne zło”[viii].

Jak wszyscy wiemy, większość feministek stwierdza, że oglądanie pornografii krzywdzi kobiety, zwiększając prawdopodobieństwo agresji  mężczyzn wobec kobiet. Liberałowie nierzadko kwestionują ten rzekomy łańcuch przyczynowy albo twierdzą, że krzywda, którą  wyrządziłaby cenzura, jest większa niż krzywda powodowana przez tolerancję. Tym samym sprawa zależy od spornych twierdzeń z zakresu nauk społecznych[ix]. Chciałbym jednak zasugerować, że to jest błędne rozumienie. Takie podejście do problemu polega na bardzo prostej, przyczynowej koncepcji ludzkiego działania, według której działanie osoby jest bezpośrednią konsekwencją jej myśli i charakteru. Jeśli to, co robisz, w prosty sposób wypływa z twoich fantazji, życzeń i charakteru, to skoro rzeczy, które mi czynisz, są moją sprawą, to wszystkie ich przyczyny także są potencjalnie moją sprawą. Niebezpieczne myśli jednostki czy jej słaby charakter są sprawą każdego, ponieważ te rzeczy czynią go zagrożeniem dla wszystkich. Dla naszego bezpieczeństwa musimy pilnować cnoty innych – również to, co myślą i jak żyją.

Wolne społeczeństwo, które toleruje sposoby życia uznawane przez niektórych za odpychające, głupie albo perwersyjne (a feministki powinny pamiętać, że wielu fundamentalistycznych chrześcijan uważa feminizm za odpychający i niebezpieczny), nie może zakładać takiej wizji ludzkiego działania. Wielkie Społeczeństwo staje się możliwe tylko wtedy, kiedy jednostki są postrzegane jako moralnie autonomiczne w tym sensie, że mogą odłożyć na bok swoje fantazje, perwersje czy niemądre pomysły i szanować prawną osobowość innych oraz, że zostaną pociągnięci do odpowiedzialności, jeśli tego nie zrobią. Jeśli moja sąsiadka jest moralnie autonomiczna, jej niebezpieczne i odpychające myśli, biblioteka i kolekcja wideo nie są moją sprawą, ponieważ mogę pomimo tego oczekiwać, że publicznie będzie działać odpowiednio. Jeżeli tak, to nawet jeśli jest bardziej prawdopodobne, że jacyś ludzie popełnią przestępstwo (na przykład młodzi mężczyźni), albo że popełnianie przestępstw idzie w parze z jakąś aktywnością (na przykład z oglądaniem „Hustlera”), nie próbujemy wyeliminować korelatów zbrodni. Osoba nie jest uznawana za prosty przyczynowy rezultat swoich nawyków lub działania hormonów, ale za odpowiedzialną jednostkę, która nie jest li tylko ofiarą sił pchających ją w tą czy w tamtą. Wyłącznie wtedy, gdy działania jednostki są w ewidentny sposób spowodowane przez działanie narkotyków lub urojenia, postrzegamy wówczas jej działania jako efekt sił przyczynowych.

Dla wielu taki pogląd jest oburzający: jeśli wiemy, że istnieje korelacja pomiędzy oglądaniem pornografii a przemocą, z pewnością byłoby to powodem, żeby uczynić „czytanie” przez kogoś „Hustlera” sprawą nas wszystkich. Ale wiemy też, że przemoc koreluje także z wiekiem i płcią oraz że wskaźniki przestępczości są różne pomiędzy grupami rasowymi i religijnymi w różnych krajach, podobnie jak wiemy też, że mieszkańcy miast częściej są mordercami niż mieszkańcy wsi. Jest także prawdopodobnym, że czytający Fryderyka Nietzschego i Fiodora Dostojewskiego będą mieli tendencję do bycia statystycznie bardziej antyspołecznymi. Ale wolne społeczeństwo nie identyfikuje niebezpiecznych ludzi bazując na ich klasie społecznej, podobnie jak nie określa jakichś idei jako z natury niebezpiecznych, a zatem prawnie regulowanych.  Nie czyni także osobistego życia jakichś obywateli interesem wszystkich innych wyłącznie na podstawie ich niebezpiecznych myśli, a to dlatego, iż zakłada, że obywatele mają przynajmniej minimalną autonomię moralną. Tylko żyjąc pośród moralnie autonomicznych podmiotów mogę założyć, że prywatne życie innych ludzi nie jest moją sprawą.

VI

Współczesne feministki, takie jak Catherine MacKinnon, są skłonne do wyrażania nieco odmiennego twierdzenia: pornografia atakuje prawa kobiet, sprawiając wrażenie, że kobiety są gorsze i że mogą być używane przez mężczyzn dla przyjemności[x]. Zatem jeśli Larry Flint i jakaś kobieta zgadzają się na cenę, za którą będzie ona pozować do zupełnie poniżającego i pornograficznego zdjęcia, a mężczyzna zgodzi się kupić kopię tego zdjęcia od Flinta, nie jest to sprawą tylko tej trójki. Jest to sprawa wszystkich kobiet, gdyż w ten sposób propagowana jest koncepcja kobiety-jako-rzeczy-do-dominacji-i-użytku, a zgodnie z tą koncepcją kobiety nie mogą być uznawane jako osoby z równymi prawami.

Należy odróżnić dwie rzeczy. Pierwsza to pytanie, czy zdanie, jakie inni ludzie mają o mnie, jest moją sprawą. W Wielkim Społeczeństwie żyjemy pośród ludzi, których nie lubimy i o których często myślimy źle – nie możemy zatem żądać prawa do bycia rozumianym tylko na sposoby, które nam się podobają. Ponownie widzimy ostry kontrast pomiędzy liberalnym a Multikulturowym Społeczeństwem. Multikulturowe Społeczeństwo zakłada, że wszyscy możemy się nawzajem docenić i mieć o sobie zdanie, które nie tylko jest pełne szacunku, ale także może być uznane, albo przynajmniej nie być pogardzane, przez naszych bliźnich. W multikulturowym społeczeństwie nie ma miejsca jednocześnie dla chrześcijan i satanistów, reakcjonistów i komunistów albo dla rasistów i liberałów. W znacznie szerszym Wielkim Społeczeństwie zderzamy ze sobą rywalizujące koncepcje, mówiące nam kim jesteśmy, oraz grupy, z którymi się identyfikujemy i z którymi inni identyfikują nas samych. Wiele z nich zakwestionujemy, a niektórymi będziemy gardzić. Ale otwarta współpraca i pokojowe życie społeczne pośród obcych jest możliwe tylko wtedy, gdy nie ma wymagań mówiących nam, jak mamy myśleć o sobie nawzajem. To, co inni myślą o grupach, z którymi się utożsamiam, nie jest moją sprawą, choć bez wątpienia będzie to dla mnie często zarówno fascynujące, jak i oburzające.

Ale feministki wyrażają także kolejne twierdzenie: oglądanie i sprzedawanie pornografii jest sprawą wszystkich kobiet, gdyż idea kobiety propagowana przez pornografię podważa społeczny status kobiet i ich prawa obywatelskie. Jeśli feministki mają rację, Wielkie Społeczeństwo nie może istnieć; ich twierdzenie zakłada bowiem, że nie można cieszyć się pełnią praw w społeczeństwie, w którym inni mają negatywne bądź lekceważące mniemania o tobie. Jeśli tak jest, to społeczeństwo, w którym obywatele są sobie równi, może zaistnieć tylko wtedy, gdy będziemy doceniali siebie nawzajem i gdy nie będziemy się nawzajem lekceważyć. Ale ten multikulturalny ideał jest wiarygodny wyłącznie wtedy, kiedy ograniczymy zbiór akceptowalnych idei i gdy damy niektórym mniej niż równą wolność – tym, którzy poniżają swoich współobywateli. Lista osób poniżających innych jest bardzo długa. Znajdują się na niej: rasiści, mizogini, mizoandrzy, wielu fundamentalistycznych chrześcijan, nietscheańscy wojowniczy wegetarianie („Obrzydliwi zjadacze mięsa!”), aktywiści na rzecz praw zwierząt („Obrzydliwcy noszący futra!”), antyaborcjoniści ( „Mordercy!”), zwolennicy wolności wyboru („Religijne świry!”), przeciwnicy prawa do posiadania broni („Świry z karabinami!”), prawicowi surwiwaliści, antypapiści, antysemici, antygeje, komuniści, ekolodzy uważający, że ludzka rasa jest zarazą, a deweloperzy to dzieci szatana, członkowie Partii Pracy uważający, że Partia Liberalna to marionetka CIA, członkowie Partii Liberalnej uważający, że Partia Pracy to organ światowego komunizmu, bezrobotni, którzy zrzucają swoje problemy na „nieumytych imigrantów pracujących prawie za darmo”, Australijczycy uważający swoich mniej patriotycznych ziomków za gorszych od siebie, ci, którzy uważają, że filozofowie są jajogłowymi pasożytami społecznymi, ci, którzy uważają, że to socjolodzy nimi są[xi], i tak dalej. W ten czy inny sposób każda z tych grup prezentuje taki obraz innej, który dla jej członków jest obraźliwy i poniżający i którego efektem jest niższy status społeczny tejże grupy. Z pewnością niektóre z tych ataków są zupełnie nieistotne z „perspektywy społecznej”, niemniej nie są nieistotne dla tych, którzy muszą żyć z tymi poniżającymi ideami. I jeśli grupa „oglądających pornografię” jest duża i wpływowa na tyle, by móc podważyć społeczny status kobiet, to niektóre z wymienionych grup są także odpowiednio duże i znaczące i mogą podważyć społeczny status ich ulubionego celu. Ale istnienie wolnego społeczeństwa zależy od możliwości posiadania równego statusu społecznego pomimo istniejących wyzwań dla naszych ulubionych koncepcji samych siebie. A to, raz jeszcze powtórzę, przywołuje możliwość istnienia minimalnej moralnej autonomii. Jeśli taka autonomia jest niemożliwa, albo jeśli żyjemy w społeczeństwie, w którym większość jej nie osiągnęła, to myśli mojego sąsiada na mój temat są moją sprawą i  uregulowanie tychże myśli i mniemań o mnie jest wówczas uzasadniona.

VII

Cnota pilnowania własnego nosa jest potwornie trudna. Osiągnięcie jej wymaga dyscypliny i zrozumienia, że będzie się żyło na równych zasadach z obcymi ludźmi, których się nie lubi (a nawet którymi się gardzi) i że nie będzie się ich przyłączało do własnych projektów bez ich zgody; wymaga istnienia społeczeństwa z szeroko uznawaną minimalną autonomią moralną jednostek, w którym możemy być pewni, że inni być może mają niebezpieczne myśli, ale nie popycha ich to do łamania prawa, i wreszcie, że inni mogą co prawda mnie lekceważyć, ale jednak będą szanować moją osobowość cywilną. Konserwatyści, komunitarianie, multikulturaliści i feminiści znajdują się w gronie tych, którzy albo odrzucają tę dyscyplinę, albo głoszą, że wymagany poziom autonomii moralnej jednostki nie może zostać osiągnięty. Zatem dla nich cała ludzkość jest moją sprawą, wliczając w to tych patrzących na nierzadko obrzydliwe zdjęcia zamieszczone w „Hustlerze”. Biorąc pod uwagę trudności w pilnowaniu własnego nosa, prawdziwe pytanie brzmi: dlaczego Marleyowi zajęło aż siedem długich lat błąkania się pośród umarłych, zanim uczynił całą ludzkość swoją sprawą?

Autor: Gerald Gaus

Źródło: „The Philosopher” 1997, nr 5, s. 24–28

Tłumaczenie: Miłosz Ślepowroński

 

[i] Charles Dickens, Opowieść wigilijna, Wolne Lektury, https://wolnelektury.pl/katalog/lektura/dickens-opowiesc-wigilijna.html, [dostęp: 21.12.2022].

[ii] James Fitzjames Stephen, Liberty, Equality, Fraternity, London 1873, s. 8–15.

[iii] Patrick Devlin, The Enforcement of Morals, Oxford University Press, Oxford 1968, s. 17.

[iv] Friedrich August von Hayek, Rules and Order, University of Chicago Press, Chicago 1973, Rozdz. 2.

[v] Charles Taylor, The Politics of Recognition, [w:] Multiculturalism, red. Amy Gutmann, Princeton University Press, Princeton 1994.

[vi] Artykuł pochodzi z 1997 roku – przyp. tłum.

[vii] John Stuart Mill, O wolności,  [w:] idem, Utylitaryzm – O wolności , przeł. M. Ossowska, A. Kurlandzka, BKF, PWN, Warszawa 1959, s. 102.

[viii] Schenck v. United States, 249 U.S. 47; 39 S. Ct. 247; 63 L. Ed. 470 (1919).

[ix] Por. sprawę przed Sądem Najwyższym Kanady: Donald Victor Barr v. Her Majesty the Queen.

[x] Por. Catharine A. MacKinnon, Francis Biddel’s Sister: Pornography, Civil Rights and Speech, [w:] eadem, Feminism Unmodified. Discourses on Life and Law, Harvard University Press, Cambridge 1987.

[xi] Są – przyp. tłum.

Skomentuj

*