Brak komentarzy

Do restauracji z dziećmi czy bez dzieci?

W ostatnich dniach na łamach mediów społecznościowych rozgorzała dyskusja na temat poznańskiej restauracji, której właściciel zadeklarował, że nie będzie obsługiwać klientów z dziećmi poniżej szóstego roku życia. Obrońcy tej decyzji podnosili argument, iż jest to uzasadnione chęcią zapewnienia pozostałym klientom spokoju i czystości. Przeciwnicy zaś – że jest to dyskryminacja i jako taka nie może być tolerowana, a nawet powinna być ścigana przez prawo. Rozpatrując tę sprawę z libertariańskiego punktu widzenia za obroną właściciela przemawiają dwa argumenty: etyczny i rynkowy.

Argument etyczny wynika bezpośrednio z samoposiadania się człowieka i związanej z nim zasady swobody umów. Każda osoba ma prawo decydować, czy chce dokonać określonej transakcji, a jeśli tak to z kim. Tyczy się to zarówno strony składającej daną ofertę, jak i strony ją przyjmującej. Nikt nie poddaje w wątpliwość prawa klienta do rezygnacji z usług danej restauracji bez względu na kryteria, jakimi kierował się podejmując tę decyzję – nawet jeśli można by te kryteria uznać za dyskryminację. Nie ma więc żadnego usprawiedliwienia dla zakazywania drugiej stronie transakcji – restauratorowi – uczynienia tego samego i rezygnacji ze świadczenia usług określonym klientom. Nie można bowiem zmuszać nikogo do świadczenia pracy wbrew jego woli.

Rynkowym uzasadnieniem dla decyzji właściciela restauracji jest natomiast specjalizacja, czyli dostosowywanie usług do potrzeb określonej grupy docelowej, miast ogółu potencjalnych klientów. Oczywistym jest, że za niewpuszczaniem do restauracji małych dzieci nie stoi chęć uczynienia z nich obywateli drugiej kategorii, tylko ukierunkowanie lokalu na potrzeby tej grupy klientów, którzy chcą uniknąć przy posiłku gwaru i zamieszania jakie mogą powodować najmłodsi. Na dokładnie tej samej zasadzie działają inne wyspecjalizowane przedsiębiorstwa: siłownie tylko dla kobiet, barberzy tylko dla mężczyzn, kluby dla miłośników tylko określonego gatunku muzycznego, czy wreszcie również restauracje – ale tym razem przeznaczone specjalnie dla dzieci. W realiach istnienia na wolnym rynku ogromnej liczby lokali zarówno ogólnodostępnych, jak i kierowanych do najróżniejszych grup klientów nie należy zatem doszukiwać się nieuzasadnionej dyskryminacji w chęci dostosowania oferty do węziej zdefiniowanej grupy docelowej.

Powyższe argumenty uzasadniają dlaczego zachowanie właściciela nie zasługuje na potępienie.

Ale co gdyby było inaczej? Gdyby restaurator rzeczywiście dyskryminował jakąś grupę klientów nie w interesie specjalizacji, a dyskryminacji samej w sobie? Z wyżej wymienionych powodów jako libertarianie sprzeciwiamy się wymierzaniu przez państwo kar za odmowę zawarcia transakcji bez względu na jej przyczyny – nie oznacza to jednak, że sprzedawca dopuszczający się budzącej powszechne społeczne potępienie dyskryminacji musi pozostać bezkarny. Tu również odpowiedzią jest swoboda umów – tym razem jednakowoż po stronie klientów. Ci bowiem mogą w dowolnym momencie zbojkotować daną restaurację, rezygnując całkowicie z jej usług, a w skrajnych przypadkach również otoczyć społecznym ostracyzmem samego restauratora, odmawiając zawierania z nim transakcji również w innych dziedzinach. Tego rodzaju presja, uderzająca bezpośrednio w źródło dochodów przedsiębiorcy może znacznie szybciej i skuteczniej niż państwowe sankcje skłonić go do zmiany postępowania, nie naruszając przy tym jego swobody zawierania umów.

Osoby bliżej zainteresowane problematyką bojkotów konsumenckich i granic dopuszczanych przez libertarian działań rynkowych zachęcamy do zapoznania się z artykułem Wojciecha Dąbka pt. Nie tylko cena ma znaczenie.

Stowarzyszenie Libertariańskie

Skomentuj

*