1

Bartosz Dziewa – Po co nam wolność?

Wiele osób powie, że już teraz jesteśmy wolni – lub że żyjemy w wolnym kraju, co zdaje się być nieco osobliwszym sposobem wyrażenia tej samej myśli. Dążenia wolnościowców mogą oni uważać za tak nieadekwatne, jak postawę Hirō Onody, japońskiego żołnierza, któremu aż do 1974 roku wydawało się, że wciąż uczestniczy w II wojnie światowej. Co można powiedzieć o ludziach, którzy w wolnym kraju nie zakończyli jeszcze walki o wolność?

Jeśli wolnościowcy chcą dotrzeć ze swoim przekazem również do osób generalnie zadowolonych z obecnego stanu rzeczy, muszą zmierzyć się z problemem uświadomienia im, że można pragnąć czegoś więcej. Niestety, gorliwość w prowadzeniu dyskusji światopoglądowych oraz talent do klarownego przelewania myśli na papier od lat okazują się niewystarczające. Być może warto posłuchać znanego powiedzenia, że obraz jest wart tysiąca słów – a cóż może być w tym kontekście bardziej obrazowego niż przykład, jaki dajemy swoim postępowaniem? Czy da się pokazać innym, po co nam wolność, tak aby znacznie ograniczyć konieczność tłumaczenia tego słowami?

Oczywiście już teraz ludzie wykorzystują swoją wolność w inspirujący sposób. Nie zmienia to jednak faktu, że wolnościowcy szukający skuteczniejszych sposobów promowania swojego światopoglądu muszą odpowiedzieć sobie na pytanie, jak wykorzystają w tym celu swój własny czas i energię. Czy lepiej dołączyć do grupy dyskusyjnej, pisać artykuły, nagrywać vlogi lub podkasty, czy zachęcać do wolności, po prostu pokazując innym, do czego można ją wykorzystać? Rozważmy tę ostatnią, być może nieco lekceważoną opcję.

Na samym początku pojawia się pytanie, czy, obrawszy tę drogę, będziemy działać w granicach obecnego prawa. Wykorzystując w inspirujący sposób ten zakres wolności, który już teraz jest prawnie zabezpieczony, możemy skłonić więcej osób, by broniło tej zdobyczy i przeciwstawiało się antywolnościowym zakusom polityków. Mamy też szansę wpłynąć na lepszą pozycję wolności w hierarchii wartości innych ludzi, co może się pośrednio przełożyć na poszerzenie jej zakresu. Jednak wydaje się, że łatwiej byłoby nam posunąć sprawy w pożądanym kierunku, jeśli zainspirowalibyśmy innych przykładem wykorzystania jeszcze niezabezpieczonego obszaru naszej wolności, dając przedsmak pozytywnych rezultatów liberalizacji prawa. To oznaczałoby jednak działanie niezgodne z aktualnymi przepisami oraz związane z tym ryzyko.

Problem jeszcze bardziej się komplikuje, gdy zaczynamy myśleć o konkretnych przykładach wykorzystania wolności, ponieważ z niektórych jej aspektów korzystamy bezpośrednio, a z innych pośrednio. Przykładowo, jeśli lubię czytać odważne, kontrowersyjne powieści, korzystam z tego, że inni mają swobodę wyrażania się w ten sposób, ale to nie znaczy, że sam będę chciał lub umiał stworzyć podobne dzieło.

Pisząc ten artykuł, korzystam z wolności słowa, ale fakt, że sprzeciwiam się wszelkim naruszeniom tej wolności, bynajmniej nie oznacza, że sam jestem skłonny pisać lub mówić cokolwiek. Być może trudno będzie pokazać tym, którzy popierają wolność słowa z jednym lub kilkoma „małymi” wyjątkami, czemu pozytywnemu służy wolność wypowiedzi również w tych wyjątkowych kwestiach. Wolnościowcy raczej nie będą chętni propagować ustroju totalitarnego i liczyć, że takie działanie pokaże innym, jak wartościowe może być wykorzystanie tego konkretnego aspektu wolności słowa. Aby w tym przypadku uzasadnić wolnościowe stanowisko, konieczne może być przedyskutowanie kwestii etycznych lub dalekosiężnych konsekwencji – i tu wracamy do starego, dobrego arsenału wolnościowca, czyli z pewnością ważnych, ale niewystarczających metod opartych na perswazji.

Rozważmy teraz inny cel – liberalizację prawa narkotykowego. Wolnościowiec palący marihuanę może chętnie i szczerze popierać jej legalizację. Jeśli będzie ją zażywał odpowiedzialnie i rozsądnie, a odmienny stan świadomości wykorzysta do stworzenia fascynującego dzieła sztuki i zaakceptuje ryzyko otwartego przyznania się do tej inspiracji, otrzymamy nasz obrazowy (przynajmniej dla tych, którzy docenią rzeczone dzieło) przykład wart tysiąca słów.

Przypuśćmy teraz, że ten sam wolnościowiec popiera legalizację wszystkich narkotyków, choć sam nie ma zamiaru zażywać żadnych poza marihuaną. Czy powinien zabierać głos tylko w sprawie tej jednej używki, czy prezentować swój ogólniejszy pogląd dotyczący wszelkich substancji odurzających? Czy w tym drugim przypadku nie rozmyje swojego przekazu i nie podtopi klarownego obrazu w tysiącach słów dyskusji ze snującymi czarne wizje sceptykami? Czy wolnościowiec chcący skutecznie działać na rzecz radykalnej liberalizacji prawa narkotykowego powinien być gotowy na uczynienie ze swojego organizmu poligonu doświadczalnego?

Sięgnijmy po inny kontrowersyjny przykład, tym razem z zakresu tak zwanej wolności gospodarczej. Zaopatrzeni w stary, dobry arsenał wolnościowcy argumentują za zniesieniem lub przynajmniej obniżeniem płacy minimalnej. Odwołują się to do etycznych aspektów związanych z prawami własności pracodawcy i jego swobodą zawierania umów, to do negatywnych konsekwencji wspomnianej regulacji – przede wszystkim przymusowego bezrobocia najmniej wykwalifikowanych osób, które byłyby gotowe pracować za stawkę niższą niż aktualnie dozwolona. Argumenty te nie docierają do wielu odbiorców, którzy i tak gotowi są oskarżać wolnościowców o brak wrażliwości. Wszak lepiej jest, gdy niezamożni pracownicy zarabiają więcej – wystarczy więc przypisać złemu pomysłowi dobre intencje i już możemy uznać go za rozwiązanie, którego krytyka będzie jednoznacznie świadczyć o złych intencjach tych, którzy ją wysuwają.

Czy wolnościowiec, który chce tę sprawę wesprzeć własnym inspirującym przykładem, musi być albo pracodawcą zatrudniającym pracowników za najniższe możliwe stawki i głośno narzekającym, że mógłby im płacić jeszcze mniej, gdyby nie te przeklęte regulacje, albo zdesperowanym bezrobotnym, który opowiada o swoich problemach ze znalezieniem zatrudnienia i wyraża chęć pracy za pensję niższą niż minimalna? Niewielu wolnościowców znajduje się w jednej z powyższych sytuacji, a zapewne jeszcze mniej zechce dopasować swoje plany zawodowe, by promować wolność w tak dziwaczny i prawdopodobnie nieskuteczny sposób. Czy da się jednak stworzyć lepszy obrazowy przykład, czy znów wracamy do tysięcy słów?

Widzimy, że omawiane tu podejście posiada swoje ograniczenia. Istnieją jednak takie aspekty wolności, do których promowania znakomicie się ono nadaje. Z pewnością zgodziłby się z tym Chris Rufer – przedsiębiorca, a także założyciel Self-Management Institute oraz The Foundation for Harmony and Prosperity. W wywiadzie, który przeprowadził i opublikował w swojej książce Czy wojny są nieuchronne? Tom G. Palmer, Rufer wyraził przekonanie, że uczciwi, niezabiegający o polityczne przywileje biznesmeni są emisariuszami pokoju.

Rufer w dużej mierze promuje swoje wolnościowe poglądy za pomocą czynów. Organizując swoje przedsiębiorstwo, odrzucił formalną hierarchię. Oparł firmę o libertariański fundament Samozarządzania (ang. Self-Management). Według tej idei każdy pracownik powinien odnaleźć swoją osobistą misję, która będzie kierowała jego pracą, i stać się swoim własnym menedżerem. We wspomnianym wywiadzie Rufer wyjaśnia prostotę tej koncepcji: w życiu osobistym nikt nie ma szefa – człowiek zarządza sam sobą, kierując się swoją misją. Jeśli uda się odnaleźć misję każdego pracownika w przedsiębiorstwie, będą oni wchodzić w dobrowolne, wielostronnie korzystne relacje zawodowe.

Jak widać, przyjaciele wolności mają w omawianym temacie duże pole do popisu. Nie trzeba być odnoszącym sukcesy biznesmenem ani nawet podzielać poglądów Rufera na temat zarządzania firmą. Jego przykład pokazuje nam, że chociaż wielu potencjalnych odbiorców nie rozumie, po co nam wolność, my nie musimy toczyć z nimi niekończących się debat. Możemy po prostu podejść do naszych codziennych spraw ze świadomością, że również w ten sposób promujemy nasze poglądy. Być może wystarczy, jeśli tylko czasem podkreślimy wagę naszych czynów słowami, zwracając uwagę innych na to, które wartości umożliwiają nam realizację celów także przez nich postrzeganych jako pozytywne.

Różnorodne sposoby wspierania wolności wzajemnie się nie wykluczają i na pewno istotne są tu specjalizacja (wolnościowy podział pracy) i działanie na różnych frontach, przy czym nikt z nas nie musi się ograniczać tylko do jednego z tych sposobów. Warto jednak pomyśleć, na co i w jakich proporcjach wykorzystywać nasz cenny czas i energię, a także uczyć się na błędach innych i odrzucać mało skuteczne metody.

Wspieranie wolności można połączyć z realizacją naszych planów zawodowych, z prowadzeniem życia towarzyskiego i rodzinnego oraz z angażowaniem się w działalność hobbystyczną lub dobroczynną – i co ważne, nie musi nas to kosztować wiele dodatkowej energii. Wszelkie te działania tak czy inaczej polegają na korzystaniu z naszej wolności, więc niezależnie od innych sposobów jej promowania żyjmy w inspirujący sposób, ukazując wagę tej wartości.

Bartosz Dziewa

Komentarz

  1. Reply
    David_B_sie_myli says

    Decyzja o dobrowolnym zawarciu – przez którąkolwiek ze stron – kontraktu, w którym ktoś mógłby się dopatrzyć “hierarchii”, nie łamie NAP. Nie ma więc sensu krytykowanie jej jako nie-libertariańskiej, i nie ma sensu chwalenie unikania takiej decyzji jako czegoś szczególnie libertariańskiego. Thickizm to nie libkizm.

Skomentuj

*