Brak komentarzy

Aleksander Serwiński – Zbyt wysoki rachunek od państwa

Jak co roku Forum Obywatelskiego Rozwoju (FOR) opublikowało swój rachunek od państwa, gdzie krok po kroku możemy zapoznać się z analizą Rafała Trzeciakowskiego, która pokazuje, ile poszczególne usługi publiczne kosztują w przeliczeniu na obywatela. Ponownie państwo zażądało od nas za swoje usługi więcej niż poprzednio. Za rok 2019 w przeliczeniu na obywatela wyszło lekko ponad 25 tys. zł. Do tego wszystko jest na tyle sprawnie zarządzane, że każdy z nas ma też dodatkowo ponad 27 tys. zł kredytu, jeżeli podzielilibyśmy się po równo państwowym długiem.

Zastanówmy się dziś czy można zjeść ciastko i mieć — na ile właściwie można ciąć wydatki publiczne tak, by nie skończyło się to absolutną katastrofą?

Pierwszy wydatek, którego absolutnie nie wolno ciąć, to emerytury i renty. Państwo zobowiązało się do ich wypłacania, ludzie płacili na nie pod przymusem składki. Reforma systemu, który obecnie u nas funkcjonuje, zajęłaby dwa pokolenia — o ile nie podjęto by w międzyczasie decyzji, by do niego wrócić. Możemy zastanawiać się więc nad jego reformą czy konkretnym źródłem finansowania, ale tego wydatku nie jesteśmy w stanie w żaden sposób póki co ograniczyć z dnia na dzień.

Podobnie z wojskiem, sądownictwem i bezpieczeństwem wewnętrznym czy z policją. Nawet najtwardsi libertarianie raczej nie chcieliby właśnie w tym punkcie rozpoczynać szeroko zakrojonej prywatyzacji. Mało prawdopodobne jest również ograniczenie z dnia na dzień wydatków na obsługę długu budżetowego i składek do budżetu Unii Europejskiej — przykład Zjednoczonego Królestwa pokazuje, że to długotrwała procedura. Mało tego: gdybyśmy zdecydowali się spłacać dług, to ten wydatek wyłącznie by wzrósł.

Odchodząc już od tego, co byłoby bardzo trudne lub wręcz niemożliwe, należałoby też przyjrzeć się temu, czego żadna partia polityczna głównego nurtu nie chce prywatyzować w całości lub najczęściej nawet w części. Chodzi tu oczywiście o infrastrukturę, edukację, edukację wyższą i system opieki medycznej. Wizje są różne, ale żadna z nich nie zakłada całkowitego oddania tych sektorów w prywatne ręce.

Jeżeli chodzi o wydatki na kulturę, sport, ochronę środowiska czy rolnictwo, to zasadniczo mimo bardzo różnych wizji tego, co i jak należy finansować, odnośnie do meritum zgadzają się wszyscy główni polityczni gracze — finansować trzeba.

Wrogiem wszystkich, najbardziej zbędnym wydatkiem, często jest w retoryce politycznej administracja. Niestety, stanowi ona niecałe 4% wydatków w budżecie. No i pojawia się też problem: o ile realnie da się tu ograniczyć wydatki, skoro żaden z głównych przedmiotów działalności państwa nie ma przestać istnieć?

Co jeszcze bardziej bawi, to fakt, że nawet program 500+ zyskał obecnie ogólną akceptację w debacie publicznej. To z czego mamy zrezygnować, by doszło do tego słynnego cięcia wydatków państwa, skoro już wyliczyliśmy praktycznie wszystkie istotne?

Nie można mieć rozbudowanego aparatu państwowego, w którym państwo zajmuje się wszystkim i nie generuje to wysokich kosztów, które skutkują wysokimi podatkami. Nie od wysokości podatków, nie od kształtu systemu podatkowego, a od dyskusji o stronie wydatkowej powinno się zacząć rozmawiać o ewentualnej reformie. Tutaj natomiast sytuacja jest tragiczna. Wszystkie wydatki mają szeroką legitymację społeczną i istnieją w oderwaniu od swojego kosztu. Najgorsze jest to, że nawet wśród ludzi określających się wolnorynkowcami łatwo o stwierdzenia typu:

– Wolny rynek? Tak, popieram, ale nie jeżeli chodzi o emerytury, opiekę zdrowotną, drogi, szkoły, uczelnie, rolnictwo, kulturę etc.

To w sumie w czym ten wolny rynek się sprawdza w oczach takich ludzi? W handlu paróweczkami? Niestety, jeżeli plany ministra rolnictwa się powiodą, to nawet tutaj wkrótce powstanie nowy, rządowy monopolista-hegemon.

Aleksander Serwiński, Myśli Uwolnione

Skomentuj

*