Brak komentarzy

Aleksander Serwiński – Za które hot16challenge powinno się karać?

Dziś chciałbym poruszyć temat wolności słowa.

Bardzo często słowo, sztuka albo ekspresja artystyczna jako czyn wzbudza oburzenie prawej bądź lewej strony sceny politycznej. Jest to miecz obosieczny – obie strony lubią mówić, że wolność słowa powinna być ograniczana, więc każdorazowo w kontrowersyjnej sytuacji wyciągają na siebie haki. Prawa strona ma w zanadrzu podrzynanie gardła konkretnemu biskupowi w ramach performance, a lewa wypowiedzi Janusza Korwin-Mikkego.

Wynika to z innego podłoża jeżeli chodzi o wartości. Dla jednych będzie to egalitaryzm i tolerancja, dla innych naród czy wiara. Wyprowadzić z tych wartości jasne i konsekwentne ramy się mniej więcej da, ale stwarza to kilka problemów. Przede wszystkim są to zbiory rozłączne dla dwóch dużych grup społecznych: konserwatywnej i liberalnej światopoglądowo. W pewnym centrowym elektoracie oba wyłączenia mogą się też pokrywać.

Mamy cztery zbiory: A, B, C oraz D. Każdy zbiór to inne podejście do wolności słowa. Precyzując:

A – podejście konserwatywne. Szczególnie chronione powinny być symbole państwowe, wysocy funkcjonariusze, kult religijny, tradycja i tym podobne aspekty.

B – podejście liberalne. Prawdopodobnie wśród tej grupy większość zgodziłaby się na depenalizację wszystkich w/w aspektów jeżeli chodzi o wypowiedzi. Tutaj jednak często piętnuje się np. wypowiedzi trans- czy homofobiczne, mowę nienawiści, wypowiedzi o charakterze rasistowskim czy ksenofobicznym.

C – podejście centrowe. Załóżmy, że wpada tutaj poparcie dla części ograniczeń z grupy A oraz B.

D – podejście libertariańskie. Wypowiedzi, które chcą penalizować A oraz B powinny być dozwolone.

W tym sporze bardzo łatwo zarzucić hipokryzję nie tyle jednostkom, co zbiorom osób, które dany pogląd popierają. W sposób oczywisty uważają oni swoją moralność i swoje spojrzenie na wolność słowa za lepsze. Jednocześnie często krytykują ograniczenia, które narzuca im druga strona.

Czy to oznacza, że za słowa nigdy nie ponosi się odpowiedzialności?

Bronienie stanowiska libertariańskiego w sytuacjach gorącej debaty na konkretny temat bywa trudne. Należy jednak pamiętać, że brak penalizacji państwowej nie oznacza braku konsekwencji. Warto jest się określić, gdy jakaś wypowiedź nas razi, czy gdy uważamy, że powinno interweniować społeczeństwo czy państwo. W kontekście naruszeń, które obrażą grupę A lub B, wysoce prawdopodobnym jest, że grupa ta zareaguje. Kara nałożona centralnie jednak skutkuje tym, że osoby z grupy B przykładałyby rękę do karania np. za obrazę uczuć religijnych. Scentralizowany aparat kontroli nad słowem sprawia, że musimy liczyć się z ograniczeniami, które popieramy i z tymi, których nie popieramy. Tymczasem ostracyzm i inne społeczne reperkusje oddziałują punktowo, tylko w odniesieniu do konkretnej wypowiedzi. Pozwalają nie tylko w sposób bardziej subtelny tworzyć system kar i nagród w debacie publicznej, ale także nie naginają ludzkiej moralności do scentralizowanego systemu.

W tym kontekście warto zaznaczyć, że zarówno młody lewicowiec piszący o Kulczykach, Korwin w swoim hot16challenge, jak i inni, z przykładów podanych w tym wpisie, nie inicjują agresji.

W odniesieniu do wolności słowa za dużo rozmawia się o konkretnych przypadkach, a za mało o abstrakcyjnym podejściu, o niewytyczonych liniach. Bardzo trudno przy tym jasno je wskazać. Wrażliwość jednostek jest bardzo różna, potencjalnie obraźliwe może być niemal wszystko i nic jednocześnie. Biorąc osoby najbardziej i te najmniej wrażliwe z grupy A i B otrzymamy niemalże całą szerokość kombinacji i możliwości wypowiedzi Schrödingera – równocześnie obraźliwych i nie będących obraźliwymi.

Pomijam już fakt, że państwo jest ostatnią instytucją, której powierzyłbym broń w postaci cenzury prewencyjnej. Już lepsza do tego byłaby korporacja Coca-Cola.

Aleksander Serwiński, Myśli Uwolnione

Skomentuj

*