Brak komentarzy

Aleksander Serwiński – UE broni pszczół, Polska je zabija!

Komisja Europejska niemal całkowicie zakazała stosowania trzech typów pestycydów. Zakaz wejdzie w życie od przyszłego roku, tj. od 1 stycznia 2019 r. Do tej pory bowiem obowiązywał on tylko częściowo, pozostawiając decyzję o możliwości stosowania pestycydów państwom członkowskim. Przepisy, które wprowadziły poprzednie ograniczenia, pochodzą z 2013 r. Od 2019 r. natomiast możliwość stosowania zaprawy neoniktynoidowej zostanie ograniczona wyłącznie do upraw szklarniowych.

Tymczasem Jan Krzysztof Ardanowski, Minister Rolnictwa polskiego rządu, wydał zgodę na ich zastosowanie jeszcze w tym roku, jakby wbrew ogólnoeuropejskim trendom. Niektóre media i gazety mylnie stwierdziły, że zrobił to, łamiąc prawo unijne (nie można jednak złamać prawa, które nie weszło jeszcze w życie). Dlaczego rząd PiS tak bardzo nienawidzi pszczół?

Przytoczmy dwie istotne wypowiedzi, które często pojawiały się w mediach. Pani Katarzyna Jagiełło z Greenpeace wywiadu udzieliła między innymi „Gazecie Wyborczej”, pan Dave Goulson przykładowo dla „The Guardian”.

– Jest wystarczająca liczba dowodów z badań laboratoryjnych i terenowych świadczących o tym, że neonikotynoidy są groźne dla pszczół. Łączy się je także ze spadkiem populacji motyli, owadów wodnych i ptaków żywiących się insektami – mówi brytyjski biolog Dave Goulson z Uniwersytetu w Sussex. – Decyzja Unii Europejskiej jest logiczna – dodaje.

– W wyniku tego zakazu część rolników sięgnie po inne, również szkodliwe dla pszczół pestycydy i środki owadobójcze, których zakaz nie dotknie. A zastąpienie jednej toksycznej substancji inną nie jest rozwiązaniem – mówi Katarzyna Jagiełło, ekspertka Greenpeace ds. różnorodności biologicznej.

Podjąłem się karkołomnej próby powiedzenia „sprawdzam”! Podczas gdy post i akcja Greenpeace’u stała się niewielkim, ale jednak viralem (ponad 3,500 udostępnień), wszelkie sprostowania z pewnością przejdą bez echa. Szum informacyjny, a właściwie dezinformację, trzeba zwalczać jeszcze intensywniej! Z tym że prawda często bywa dużo mniej spektakularna i szokująca…

W przygotowaniu tekstu nieodzowna była pomoc Andrzeja, zawodowego pszczelarza, oraz liczne badania naukowe. W tym momencie zasadnym byłoby nadanie dalszej części tekstu nowego tytułu:

UE uległa lobbystom

Jak wygląda „w praktyce” stosowanie substancji, które zostaną wkrótce zakazane? Kluczowy jest fakt, że trafia ona jedynie do nasion. Utrzymuje się w całej roślinie przez cały okres jej życia, ale pszczoły mają z nią kontakt tylko w fazie kwitnienia. Oznacza to, że pszczoły będą miały bezpośrednią styczność ze znacznie mniejszą ilością substancji niż np. w przypadku stosowania oprysków. Część substancji wypłucze woda, część się zdegraduje, znaczna część reszty pozostanie w korzeniach i łodygach rośliny.

No właśnie – opryski, które są wciąż legalne. Aktywistka Greenpeace’u słusznie przecież zauważyła, że alternatywy mogą być bardziej szkodliwe. Oczywiście w kontekście jej wypowiedzi oznacza to zapewne, że ich również chciałaby zakazać, lecz jak wtedy rolnicy będą mogli chronić swoje uprawy? Główną alternatywą jest stosowanie serii oprysków w ciągu całego roku (od zasiewu po dojrzewanie). Seria od 3 do 6 oprysków, z którymi pszczoła ma kontakt za każdym razem przelatując nad polem, nawet jeśli nie ma łodyg czy kwiatów i nie pobiera ona nektaru.

Kolejnym kłamstwem jest mówienie o masowym wymieraniu pszczół. Określono tak zjawisko, gdy gwałtownie giną całe roje – do dziś nieznane są do końca tego przyczyny. Wbrew nazwie tego zjawiska populacja pszczół w skali Polski i w ujęciu globalnym rośnie. Posługiwanie się tą nazwą jest często używane w sposób, który ma na celu zmylić odbiorcę. CCD (Colony Collapse Disorder) – bo tak nazywa się ta pszczela przypadłość – póki co odnotowana została jedynie w USA oraz Kanadzie. Jest wiele domniemanych przyczyn tego zjawiska, ale sam twórca terminu określił, że gdyby miał zrobić listę 10 najbardziej prawdopodobnych przyczyn CCD, to pestycydy umieściłby na 11. pozycji.

Dodatkowo dla rolników uprawiających rzepak, pszczoły są bardzo pożyteczne. Realnie zwiększają zbiory z każdego hektara, co oznacza po prostu większe zyski. Gdyby substancje te były tak jednoznacznie złe dla pszczół, stosowanie ich byłoby zwyczajnie nieopłacalne. Tylko w Polsce przy zapylaniu jabłoni i rzepaku rolnicy zyskują na nich ponad 2 mld zł rocznie.

Zresztą, decyzja ministra Ardanowskiego bynajmniej nie jest zbytnio liberalna. Zgoda jest jedynie na warunkowe i czasowe (do 120 dni) użycie dwóch substancji z grupy neonikotynoidów. O pszczelim Armagedonie nie może być tutaj mowy w żadnym wypadku.

Podsumowując – akcja została zrobiona zdecydowanie na wyrost. Wpływ neonikotynoidów nie został określony przez naukowców jako jednoznacznie negatywny, chociaż zdania na ten temat są wciąż podzielone. Faktem jest jednak, że istnieją bardziej szkodliwe, w pełni dozwolone substancje, które nie wyszły z użycia, i które nie zostały tak oprotestowane. Warto również zwrócić uwagę, że prof. David Zaruk podważa metodologię przyjętą przez badania, na których oparła się UE, nie tylko co do wniosków, ale także co do sposobu ich przeprowadzenia.

Z tekstu prof. Zaruka wynika wręcz, że badania te były przeprowadzone pod z góry określoną przez Komisję Europejską tezę. Całkowicie pominięto to badanie, które okazało się z nią sprzeczne, podczas gdy uwzględniono dość absurdalne, które miało badać nieszkodliwość owych substancji. Przy czym wymagania zostały wyśrubowane w nim do tego stopnia, że ich spełnienie niezależnie od warunków musiałoby graniczyć z cudem. Prawdopodobnie na podstawie tych wytycznych również na terenach, na których nie stosuje się neonikotynoidów, okazałoby się, że są one szkodliwe. Przykładowo, aby wykazać brak szkodliwości, założono, że śmiertelność zimowa pszczół powinna być poniżej 7%. Problemem jest to, że średnio wynosi ona około 10% w warunkach normalnych, czyli ów wymóg był praktycznie niemożliwy do spełnienia już na wstępie.

Badania naukowe są nieodzowną częścią debaty publicznej czy jakiejkolwiek merytorycznej dyskusji. Natomiast nie oznacza to, że ktoś, kto nimi się podpiera, musi mieć automatycznie rację. Wypada jednak kontrargumentować z pomocą specjalistów w danej dziedzinie, posługując się pry tym innymi badaniami. W końcu nauka wciąż idzie do przodu a my w dalszym ciągu nie znamy odpowiedzi na bardzo wiele pytań.

Aleksander Serwiński

Skomentuj

*