Brak komentarzy

Aleksander Serwiński – Prawo mili, składu i przymus drogowy

Czy w średniowieczu był zakaz handlu w niedzielę?

Jeżeli chcielibyśmy odnaleźć w historii okres, w którym handel był prawdziwie swobodny, wolny i płynny, to z pewnością nie znajdziemy takiego okresu w średniowiecznej Polsce. Oczywiście, średniowiecze to ponad tysiąc lat historii, a opisy niuansów dotyczących różnego rodzaju różnic nawet w odniesieniu do poszczególnych województw, wypełniły już wiele półek w bibliotekach. Uwag o zbyt dużym stopniu ogólności uniknąć zapewne mi się nie uda, ale ten wpis nie jest pracą badawczą, a raczej ciekawostką dotyczącą barier prawnych, z jakimi drzewiej zmagali się kupcy. Cóż – zakaz handlu w niedzielę zostałby wtedy okrzyknięty wielką deregulacją, jeżeli miałby on zastąpić inne, opisane poniżej regulacje.

Zacznijmy od  przymusu drogowego. Już pierwsze słowo się źle kojarzy – i słusznie. W przymusie drogowym chodziło o to, że kupcy musieli poruszać się po ściśle określonych trasach, wożąc swoje towary z miasta do miasta. Dokładnie zaprojektowane szlaki często przeczyły zdrowemu rozsądkowi, jakiejkolwiek kalkulacji ekonomicznej i potrafiły całą podróż uczynić znacznie bardziej kosztowną i nieefektywną. Co przemawiało za tym prawem? Otóż cła. Cła, które były pobierane w licznych punktach między miastami. Wysokie kary za nieuiszczenie opłat celnych i obawa ewentualnej utraty towaru zmuszały jednak kupców do tego, by zacisnąć zęby w tej podróży od celnika do celnika.

To oczywiście dopiero wierzchołek góry lodowej, bowiem kupiec nie mógł też żadnego z miast pominąć. Co gorsza, nie mógł też chociażby samemu zadecydować, jak długo chce w nim przebywać. Ba, zdarzały się sytuacje, że w danym mieście dany rodzaj towaru musiał sprzedać w całości, nim mógł ruszyć w dalszą drogę. Nazywało się to prawem składu.

Istniały przy tym trzy jego rodzaje. Pierwszy, częściowy, polegał na obowiązku sprzedania towarów określonego rodzaju. Drugi, względny – na wystawieniu towarów na pewien minimalny czas – przykładowo pięć czy siedem dni. Trzeci zaś, zwany bezwzględnym, zmuszał kupca do pozostania w mieście, aż do sprzedania całego posiadanego przez niego towaru (w Polsce był raczej niespotykany).

Brzmi absurdalnie? Jak potworny zamordyzm? To jeszcze nie wszystko!

Warto też pamiętać o prawie mili. W pasie o szerokości jednej mili wszystkie karczmy, targi, piekarnie, składy i magazyny, musiały być własnością miasta. Kupiec więc był mocno ograniczony w wyborze, gdzie zatrzyma się na nocleg (a często był zmuszony spędzić w danym mieście dużo czasu). Ceny były raczej mało konkurencyjne.

W tym miejscu warto też poczynić jedną uwagę – mila w średniowieczu była bardzo różnie definiowana. Generalnie mila polska wynosiła nieco ponad 7 kilometrów, ale już mila wrocławska – ponad 10 km. Za pewną próbę ujednolicenia możemy przyjąć milę piwną, która wynosiła mniej więcej 7,5 km.

W tamtych czasach niewyobrażalnym byłoby, aby kupiec po dniu targowym mógł pokonać jeszcze taki dystans… A nawet gdyby chciał, to najczęściej po prostu by nie mógł.

Dlaczego wspomniałem o zakazie niedzielnego handlu? W omawianym kontekście można go bowiem  przyrównać do przywileju przymusu targowego – choć oczywiście w znacznie mniejszej skali. Ograniczenia nie dotyczyły tylko tego kiedy, ale również tego gdzie można handlować, tj. tylko w ustalonych dniach targowych, tylko w wyznaczonych do tego miejscach.

Podsumowując, kupcy byli ograniczeni w tym gdzie, kiedy i czym będą handlowali. Zmuszani byli do opłacania licznych ceł. Ich trasy ustalane były odgórnie, miasta rościły sobie prawo do monopoli w kontekście niezbędnych przyjezdnym usług, a na koniec i tak kupcy często zmuszani byli zbyć towar przed dalszą podróżą.

Jeżeli jesteście ciekawi, które ze wspomnianych regulacji ustanowiono w waszym mieście, który król i w jakim roku, możecie poszperać i pochwalić się w komentarzach.

Nie zdziwiłbym się, gdyby lektura tego wpisu okazała się dla rządzących swego rodzaju inspiracją. Ostatecznie, skoro sięgają oni po kadry i system zarządzania rodem z PRL-u, to dlaczego mieliby nie sięgnąć po średniowieczne przepisy i regulacje?

Aleksander Serwiński

Skomentuj

*