Brak komentarzy

Aleksander Serwiński – Dzieci wychowają się same?

„Z programu »Rodzina 500 plus« korzysta obecnie 2 mln 400 tys. rodzin, ponad 3 mln 600 tys. dzieci” – podała Elżbieta Rafalska, Minister Rodziny, Pracy i Polityki Społecznej.

Wydaje się, że całe działanie opozycji związane z tym programem, jest jednym wielkim nieporozumieniem. Również przeciwnicy „cywilni” tego programu idą w złą stronę, jeżeli chodzi o jego krytykę.

Kogo przekonają nadmierny koszt dla budżetu czy spowolnienie inwestycji prywatnych w gospodarce, bądź relatywnie niski wzrost w stosunku do światowych trendów?

Dlaczego po początkowej bardzo ostrej krytyce, obecnie opozycja całkowicie przytakuje temu programowi? Stają się przez to niewiarygodni, a elektorat, któremu najbardziej na tym programie zależy, i tak poprze PiS.

Jeszcze gorsze jest jednak bezpośrednie atakowanie tych ludzi tezami wyssanymi z palca, które w dodatku są mocno ofensywne:

– Pieniądze z 500+ zostaną przepite!
– Trafią głównie do patologii!

Albo półprawdami:

– Ci ludzie i tak więcej zapłacą w podatkach!

Pierwszy argument jest żałosny. Co więcej, nie ma żadnego potwierdzenia w danych empirycznych. Po wprowadzeniu programu „Rodzina 500+” nie wzrosła sprzedaż alkoholu, a na pewno nie w znaczącej skali – tutaj wszystko w normie, chociaż (o dziwo) od rządu słyszymy o wzroście spożycia, co miało być uzasadnieniem ograniczeń w handlu alkoholem – to nie ma to odbicia chociażby we wpływach do budżetu.

Po drugie, pieniądze trafiły głównie do rodzin posiadających dwójkę dzieci, a nie kilkanaścioro. Zresztą, trudno byłoby powiedzieć, jaki odsetek rodzin posiadających naprawdę wiele dzieci, to faktycznie rodziny „patologiczne”. Przecież nikt takich badań nie prowadzi, a – ponownie – tego rodzaju argumentami zwyczajnie obraża się liczną grupę ludzi. We wielodzietności samej w sobie nie ma przecież nic złego.

Niezwykle trudno byłoby również odpowiedzieć na pytanie, ilu z beneficjentów programu, to faktycznie płatnicy podatków netto. Wiadomo, że płaci na ten program każdy z nas. Jednakże samotna matka, pobierająca świadczenie 500+ na trójkę dzieci, zarabiająca minimalną krajową, prawdopodobnie jest beneficjentem netto, mimo płacenia PIT-u, VAT-u, akcyz i innych danin publicznych.

Natomiast obliczenie tego, ilu jest płatników netto a ilu beneficjentów netto programu, bądź próba takiego oszacowania, mogłaby być bardzo dobrym argumentem w debacie publicznej. Można by wtedy powiedzieć minister Rafalskiej wprost: Tak, 2,4 miliona rodzin korzysta, ale tylko X (a zakładam, że będzie to niewielki procent) zyskuje dzięki programowi więcej niż płaci w podatkach. Reszta tak naprawdę otrzymuje swoisty zwrot podatku, gdyż sama sobie ten program opłaca… Czyli można by zwyczajnie obniżyć podatki.

Jednakże kluczowe w tym sporze powinno być następujące pytanie: Na kim powinien spoczywać ciężar finansowy wychowania dzieci?

– Na rodzicach?
– Na państwie?
– Na społeczeństwie?
– Na samych dzieciach?

Wbrew pozorom, nie jest tak, że rodzice sami z własnych pieniędzy opłacają w całości pomoc, którą uzyskują od państwa. Tych pieniędzy w budżecie byłoby zwyczajnie zbyt mało, stąd też galopujące wciąż zadłużenie. Również i państwo nie ponosi tego ciężaru, gdyż ono żadnych własnych środków nie posiada, utrzymując się z podatków i własnego zadłużenia się, chociaż to raczej droga ku zagładzie, jeżeli dalej będzie robiło to w dotychczasowym tempie.

Czy zatem dzieci powinny być utrzymywane przez społeczeństwo? Takie stwierdzenie to tylko krok do wprowadzenia idei z koncepcji Państwa Platona. Dzieci społeczne – wychowywane w państwowych placówkach od najmłodszych lat, których głównym zadaniem jest służenie społeczeństwu. Rodzic tak naprawdę musi to dziecko wyłącznie spłodzić, a potem już o nic nie musi się martwić, gdyż państwo takie dziecko (zresztą z małżeństwa zaaranżowanego przez państwo) może wykorzystać do zmaksymalizowania zysków osiąganych kosztem swoich obywateli. Oczywiście zamordyzmu, jaki wynikałby z konstruktu „społecznego dziecka” wymyślonego przez Platona, nie wprowadzili nawet Stalin czy Mao.

Nie, prawda jest niezwykle brutalna. Ciężar wychowywania tych dzieci spada na nie same. To one będą spłacać zadłużenie, kredyt, który ich rodzice zaciągnęli na ich wychowanie, ale nie tylko. Co jednak znamienne, będą musiały również pomagać w utrzymaniu swoich rodziców i dziadków, gdyż coraz bardziej niewydolny system emerytalny, przy obecnych trendach demograficznych, nie będzie w stanie zaspokoić nawet ich podstawowych potrzeb.

Na zakończenie, należy się zastanowić nad tym, czy zostanie im wtedy cokolwiek, by jeszcze utrzymać samych siebie?

Aleksander Serwiński

Skomentuj

*