Brak komentarzy

Aleksander Serwiński – Czym jest bieda, czym nierówność i dlaczego bieda nierówności nierówna?

Niekiedy wstępem do jakichkolwiek rozważań jest pozornie bardzo proste pytanie, na które udzielenie odpowiedzi ma fundamentalne znaczenie dla dalszych przemyśleń. Co znaczy, że człowiek jest biedny? Czy jest to stan mierzalny, któremu da się nadać ścisłe ramy? Czy raczej jest to pojęcie nieostre, skazane w pewnym stopniu na nasz instynkt? Czym jest obiektywna bieda, a czym jest bieda subiektywna? Mam wrażenie, że kiedyś pojęcie biedy było bardziej zobiektywizowane. Biedny człowiek to ten, który ma problem z zapewnieniem sobie utrzymania, jego biologiczna egzystencja jest zagrożona, a podstawowe potrzeby niespełniane. Człowiek głodny, bezdomny, umierający z pragnienia czy ubrany w łachmany intuicyjnie kojarzy nam się z biedą. Ta intuicja zawodzi jednak przy współczesnych definicjach biedy, które jej granice stawiają znacznie dalej. Dziś bieda jest silnie kontekstualna. Nie bez powodu współcześnie na sztandarach mamy najczęściej nierówności – majątkowe lub dochodowe – a nie biedę per se.

Współcześnie pojęcie biedy najczęściej jest mocno relatywne. Inaczej rozumie się ją w Zjednoczonym Królestwie, inaczej w Polsce, inaczej w Rosji, a jeszcze inaczej w Zimbabwe czy w Jemenie. Mało tego, bieda nieustannie się bogaci. Standardy tego, co jest biedą rosną, tak jak rośnie minimalne wynagrodzenie, które jest często nazywane w lewicowym przekazie wynagrodzeniem godnym. Współczesna definicja biedy jest wiecznie nienasycona i wiecznie postępująca.

Zdaniem Rogera Scrutona jednym z istotnym punktów, który doprowadził do tej relatywizacji, jest książka Poverty in the United Kingdom Petera Townsenda. Autor zdefiniował w niej biedę jako „relatywny niedostatek”, co oznacza „niemożność cieszenia się owocami dookolnej zamożności w takim samym stopniu jak inni ludzie”. Zdaniem Autora tej publikacji 15 milionów Brytyjczyków żyje w biedzie. Prawda jest jednak taka, że tylko najbogatsza osoba, a contrario, ma: „możność cieszenia się owocami dookolnej zamożności w większym stopniu niż inni ludzie”. Powoduje to bezużyteczność tej definicji przez jej kompletną abstrakcyjność. W związku z tym, na potrzeby polityki, potrzeba było sprowadzenia tej abstrakcji do konkretu. Laburzyści zdefiniowali biedę jako dochód poniżej 60% mediany. Ponownie jest to definicja skrajnie nietrafiona – osoba o majątku wynoszącym 2 miliardy funtów, ale bez dochodów w skali roku, zgodnie z tą definicją jest biedna.

W przypadku biedy oprócz dochodu i majątku ważne są także: zobowiązania, perspektywy, to w jakim momencie życia jesteśmy, w jakim zdrowiu, jakie mamy bieżące koszty życia, czy możemy liczyć na wsparcie innych osób – rodziny, bliskich. Takie szerokie spojrzenie jest jednak niemedialne.

Podobny postulat do brytyjskich labustrzystów miała w Polsce partia Razem. Niestety, na ich stronie internetowej program jest obecnie niedostępny, więc nie podam konkretnych liczb. Generalną ideą jednak było uzależnienie minimalnej krajowej od średniej krajowej.

Dlaczego to zjawisko skrajnie niebezpieczne i do jakich dalekosiężnych konsekwencji prowadzi, a także co jest jego przyczyną?

Najbardziej oczywistym uzasadnieniem chęci wprowadzenia takiej zależności jest definiowanie (błędne) gospodarki jako gry o sumie zerowej. Jako walki, w której tylko jedna ze stron może zyskać kosztem drugiej. Tymczasem co do zasady transakcje rynkowe są obustronnie korzystne, a kontrakty przynoszą zysk każdej ze stron. Jest to logiczna konieczność – gdybyśmy na transakcji mieli stracić, a nasz stan miał ulec pogorszeniu, nie mielibyśmy żadnego powodu do jej dokonania. Jeżeli nasz stan miałby się nie zmienić, to również byśmy jej nie podjęli, bo byłoby nam doskonale obojętne, czy jej dokonamy czy nie – a do tego doszłyby koszty transakcyjne. Maniakalne spojrzenie na nierówności i ciągłe nawoływanie do redystrybucji bazuje więc na mylnym założeniu, że jest jeden tort, w dodatku nie sprawiedliwie podzielony. Tymczasem lepszą analogią byłoby to, że istnieje wiele tortów, kolejne są konsumowane i wytwarzane spontanicznie przez każdego produktywnego członka społeczeństwa. Przy czym zarówno ich wytwarzanie, jak i konsumowanie, jest nierównomierne i to z perspektywy każdej jednostki.

Konsekwentne dążenie do zapewnienia równości i redystrybucji nie musi wcale oznaczać wzrostu bogactwa. Wzrost bogactwa nie musi oznaczać zmniejszenia się nierówności. Jeżeli najbiedniejszy decyl społeczeństwa wzbogaci się w przeciągu pokolenia pięciokrotnie, a najbogatszy dziesięciokrotnie, to zdaniem współczesnej lewicy de facto najbiedniejsi są dwukrotnie biedniejsi. Tymczasem znacząco mógł poprawić się ich standard życia, być może częściej mogą sięgać po dobra luksusowe, mają dostęp do nowszych osiągnięć nauki i techniki. W retoryce lewicowej takie zjawisko i tak zyskałoby łatkę negatywną. Tymczasem posługując się tymi samymi wskaźnikami: gdyby najbogatsi stracili 20% swojego majątku, a sytuacja biednych by się nie zmieniła, doszłoby do zmniejszenia nierówności. Tylko czy byłoby to zjawisko pozytywne? Jako ciekawostkę można dodać, że pensja minimalna w Polsce, która ma być wyznacznikiem godnych zarobków, co do zasady rośnie znacznie szybciej niż pieniądz na wartości traci. Ewidentnie nie chodzi więc o obronę raz określonego standardu życia, a o nieustanną walkę z nierównością i o przesuwanie granicy biedy.

Równanie do średniej, jeżeli jest ważniejsze niż ogólne bogacenie się, jest intelektualną pułapką. Najmniejsze nierówności można osiągnąć gdy wszyscy mają wszystko, albo gdy każdy nie ma nic – wówczas są one zerowe. Wzrost nierówności powinno się więc oceniać zupełnie neutralnie, a bardziej skupiać się tym, na ile uczciwe są przyczyny ich powstawania. Teoretycznie można ten sam zarzut zastosować do wzrostu bogactwa. Jeżeli dokonano rabunku, albo państwo X wypowie wojnę państwu Y, zdobywając całe złoto z banku państwa, a także dzieła sztuki, eksponaty muzealne, zagarnie ziemię, to jest to niewątpliwie bogacenie się, które należy ocenić moralnie negatywnie. Natomiast w warunkach rynkowych, dobrowolnych wymian, takich sytuacji nie ma. Między innymi dlatego nigdy nie mówi się o wzroście ubóstwa na świecie, wzroście nędzy, głodu czy niedostatku. Takich zjawisk po prostu nie ma, oprócz punktowych przypadków związanych z wojną, klęską żywiołową czy epidemią.

Podsumowując – bieda relatywna jest ogromnym problemem dla wolnorynkowców, z którym muszą mierzyć się w dyskusji. Nieważne, jak dobrze będzie prosperował świat czy dane społeczeństwo, gdyż dopóki ludzie nie staną się równi, dopóty nierówności majątkowe i dochodowe będą występować. A tym samym, skoro będą istnieć, będą także stanowić zawsze stały argument za coraz większą redystrybucją.

Aleksander Serwiński, Myśli Uwolnione

Skomentuj

*