Brak komentarzy

Aleksander Serwiński – Czy w Polsce wyginą dziki?

Obrońcy praw zwierząt biją na alarm. Dzik stanął w centrum zainteresowań opinii publicznej, a jako dziki zwierz, nie bardzo sam umie się wysłowić. Toteż pojawiła się masa ludzi, którzy za dzika i w jego imieniu mówią – i chcą zatrzymać to dzikobójstwo, które dzieje się na naszych oczach.

Sprawa z dzikami nie wyszła jednak w grudniu czy w styczniu tego roku. Swoją genezę ma tak naprawdę w marcu zeszłego roku. Podczas XI Posiedzenia Krajowej Rady Izb Rolniczych (KRIR), 21 marca 2018 r. w Parzniewie, członkowie KRIR wyrazili zaniepokojenie w związku ze stanem wykonania przepisów rozporządzenia Ministra Rolnictwa i Rozwoju Wsi z dnia 19 lutego 2016 r. w sprawie zarządzenia odstrzału sanitarnego dzików przez Polski Związek Łowiecki (PZŁ).

Okazało się, że myśliwi nie dość, że nie prowadzili odstrzału dzików, odpowiedzialnych za liczne zniszczenia upraw rolnych, to jeszcze nowelizacja prawa łowieckiego przeprowadzona na wiosnę, zabraniała strzelania do zwierzyny w odległości mniejszej niż 150 m od zabudowań mieszkalnych. Z jednej strony nie pilnowano dostatecznie rozmnażania się dzików, a z drugiej ograniczono możliwość ich odstrzału, przy jednoczesnym ich dokarmianiu przez osoby indywidualne oraz samych myśliwych.

Jednocześnie warto zaznaczyć, że dokarmianie dzików jest w Polsce od 1995 r. zabronione, ostatnia nowelizacja ustawy w tej sprawie została przeprowadzona w 2013 r.

W związku z taką sytuacją na wiosnę 2018 KRIR podjęło decyzję o redukcji ilości dzików do 0,1 szt./1 km2. Do czerwca zeszłego roku faktycznie plan wykonywano. 11 czerwca 2018 r. informacji szczegółowych udzielił Departament Leśnictwa, gdzie czytamy:


„Myśliwi zrzeszeni w Polskim Związku Łowieckim w sezonie łowieckim 2017/2018 pozyskali 340 tys. sztuk dzików, co stanowiło 92% wykonania planu pozyskania tego gatunku, prowadzącego do zmniejszenia zagęszczenia do poziomu 0,1 os./km2. Wiązało się to z ponad 4,3 mln wyjść myśliwych w łowisko, czyli statystycznie każdego dnia ok 12 tys. myśliwych wykonywało polowanie”.

W międzyczasie (również w marcu) wprowadzono jeszcze jedną ważną zmianę, dotyczącą pozyskiwania przez rolników odszkodowań za zniszczenia powodowane działalnością łowiecką. Zgodnie z nowym prawem, szacowanie szkód łowieckich będzie przeprowadzać 3-osobowa komisja złożona z: rolnika, na którego ziemi doszło do szkody, przedstawiciela koła łowieckiego, czyli zazwyczaj zarządcy lub dzierżawcy obwodu łowieckiego oraz sołtysa, a jeśli w gminie nie ma sołectw, to urzędnika gminy. Jak informuje „Tygodnik Rolniczy”:


„W ramach szacowania szkód komisja będzie musiała w protokołach zawrzeć informacje na temat zwierzyny, która wyrządziła szkody, rodzaj i stan uprawy oraz jej areał, jak również szacunkowy obszar lub masę uszkodzonych płodów. W protokole z szacowania ostatecznego musi znaleźć się też informacja o procencie zniszczonej uprawy oraz wysokości odszkodowania. Koło łowieckie ma 30 dni na wypłatę odszkodowania za tak oszacowaną szkodę”.

Pojawił się jednak kolejny problem – ASF (Afrykański Pomór Świń, ang. African Swine Fever). Choroba zabójcza dla trzody chlewnej a co za tym idzie, mogącą w istotny sposób obniżyć dochody tak rolników, jak i firm korzystających z ich usług. Paulina Marzec, Rzecznika Polskiego Związku Łowieckiego wprost stwierdziła, że jest to jeden z powodów, dla którego odstrzał trzeba przeprowadzić.

O szczegółach akcji informował m.in. TVN:

„Ministerstwo rolnictwa podkreśla, że »nawet przy gęstości poniżej 0,1 dzika na kilometr kwadratowy możliwa jest długotrwała obecność wirusa w środowisku, podtrzymywana między innymi przez dziki padłe na ASF. Dlatego też, żeby zapobiec ASF, trzeba zebrać martwe osobnik«”.

Do końca listopada w ramach odstrzału sanitarnego nakazanego przez Główny Inspektorat Weterynarii zabito prawie 30 tys. dzików, w tym ponad 15 tys. loch. Łącznie od 1 kwietnia do końca listopada zabito w ramach polowań blisko 168 tys. dzików.

168 tys. z 229 tys. zamieszkałych na terenie Polski (a przynajmniej takiej ilości można być pewnym). Pomysłowi odstrzału dzików poparcie wyraziła partia rządząca PiS, w tym obecny minister rolnictwa Jan Krzysztof Ardanowski. Jak informowało radio PiK Ardanowski wprost stwierdził, że w Polsce mieszka od 200 do 500 tys. dzików (nadal jestem ciekawy jak to oszacowano), a ich depopulacja jest konieczna by z jednej strony choroby nie przenosić dalej na zachód, dwa zapewnić lepszy byt osobnikom zdrowym.

Podkreślił także, że przy takiej ilości dzików, jaka mieszka w Polsce odnowa populacji będzie szybka, a myśliwi, którzy są depopulacji przeciwni nie mają czym się martwić. Dla słów Ardanowskiego wysokie poparcie wyrazili rolnicy oraz mieszkańcy małych wsi.
W grudniu 2018/ styczniu 2019 r. sprawa nabrała politycznych barw. Narzekań rolników, mieszkańców wsi, kół łowieckich oraz zainteresowanych odstrzałem myśliwych wysłuchał PiS. Czemu to zrobił? Z absolutnie banalnego powodu.

Rolnicy oraz mieszkańcy wsi to potężne zaplecze elekcyjne PiSu. W wyborach samorządowych w 2018 r. Prawo i Sprawiedliwość zdobyło w całym kraju 32,3 procent poparcia. Na PiS głosowało najwięcej wyborców na wsiach – ponad 39%. Aż 42% rolników z całego kraju wyraża swoje poparcie dla działań tej partii, a jak wskazują sondaże poparcie cały czas rośnie. Drugie miejsce wśród rolników ma nadal PSL, z poparciem oscylującym w granicach 30%, z czego sporo z nich przychyla się do działań partii rządzącej. Ogólne poparcie dla PiS od czerwca zeszłego roku wzrosło aż o 5%, wynosząc aktualnie prawie 38%.

Sprawa dzików to sprawa już nie tylko ekologiczna, lecz polityczna i taką pozostanie. Głosy obrońców praw zwierząt nie mają tu znaczenia, głosy przeciwników polowań tym bardziej, akcja oddolna jest zbyt mała by się nią przejmować, a główni zainteresowani – rolnicy, w pełni akcję popierają, dbając o swoją trzodę chlewną oraz pola uprawne.

Tu nie chodzi o głodnych krwi myśliwych (wśród których padały głosy sprzeciwu), lobby mięsne (mięso z chorego zwierzęcia nie zostanie dopuszczone do obiegu), mordercze koła łowieckie (którym przecież ograniczono prawa) czy jak chcą niektórzy wymordowanie całego gatunku.

Często w tym kontekście pada zarzut, że przez tysiące lat natura regulowała się sama. Problem w tym, że w znakomitej większości polskich lasów nie ma już wilków i niedźwiedzi, jedynych dużych drapieżników. Tym samym jelenie, łosie czy właśnie dziki, pozbawione naturalnych zagrożeń, mogą mnożyć się bez końca. Tak więc dla nieskrępowanego rozwoju populacji oczywiście jest alternatywa od ostrzałów – ponownie zasiedlić lasy wilkami i niedźwiedziami.

Byłby to jednak proces powolny, który zdecydowanie nie jest adekwatny do zwalczania epidemii. Dodatkowo pojawia się problem tzw. zielonej hipokryzji.

Gdyby w ciepłym centrum kongresowym w Warszawie zebrać wszystkich zielonych aktywistów i zapytać ich: Czy popierają ochronę niedźwiedzi i wilków? Z pewnością wszyscy podnieśliby ręce.

Natomiast gdyby pytanie brzmiało: Czy popierają ponowne wprowadzenie wilków i niedźwiedzi do lasów, po których spacerują, parków, gdzie bawią się ich dzieci, borów, w których zbierają grzyby, zapanowałaby konsternacja.

Mieszkańcy wsi, które często są otoczone przez lasy, albo mają je wręcz za płotem, z wielką błogością przyjmują fakt, że nie ma tam niedźwiedzi i wilków. Nie chcą przywrócenia tych gatunków w skali kraju, bo dotyczy ich to bezpośrednio. Oczyma wyobraźni będą widzieć nie pana niedźwiadka, który drzemie sobie gdzieś daleko w górach, ale dziecko, które przypadkowo takiego niedźwiedzia rozdrażni, gdy spotka go podczas zabawy.

Dziką przyrodę wszyscy oczywiście chcą chronić, ale najlepiej, gdy jest ona w bezpiecznej odległości. Tym samym, gdy odrzucimy już mit o tym, że przyroda może regulować się sama, jak przez tysiące lat, musimy szukać alternatyw. Nie bez powodu dziki wchodzą do wsi i miast – brakuje im terenów leśnych do żerowania. Opcje więc są trzy:

1) Kontrola populacji siłami natury – program Wilki i Niedźwiedzie+;

2) Kontrola populacji przez myśliwych;

3) Brak kontroli populacji – dziki w miastach, na wsiach, niszczące plony, przewracające śmietniki, panosząca się epidemia, katastrofa na rynku mięsnym w Polsce.

Nie chcę niczego sugerować, ale ta druga opcja wcale nie brzmi dla mnie tak źle.

Aleksander Serwiński

Skomentuj

*