Brak komentarzy

Aleksander Serwiński – Co łączy Keynesa i współczesnych mleczarzy?

Co łączy Johna Maynarda Keynesa i współczesnych mleczarzy?

Tak postawione pytanie w sposób oczywisty wskazuje, że jednak coś ich łączy. Mało tego: okazuje się, że bardzo, bardzo wiele, gdyż w branży mleczarskiej nadchodzi poważny kryzys, który nieustanny interwencjonizm doprowadzi do skali, która może wszystkich zaskoczyć, dla każdego okazać się niespodziewaną – jak każdy wielki kryzys w historii.

Keynesistowską metodą na cykl koniunkturalny jest właśnie interwencjonizm. W fazie rozkwitu, należy stymulować gospodarkę, oferując dopłaty i dotacje, aby utrzymać jak najwyższy efekt mnożnika. W czasie kryzysu trzeba ponownie interweniować, zastępując prywatne inwestycje państwowymi lub ratować inwestycje prywatne – poprzez skupy prewencyjne, pomoc finansową i inne metody, które mają uchronić przedsiębiorców przed upadkiem. W tej teorii odpowiedzialne za kryzys są zawsze: błąd ludzki, złe planowanie osób i przedsiębiorstw prywatnych.

Dzięki takiemu interwencjonistycznemu działaniu faktycznie przez pewien czas rynek może uchronić się przed nieuchronnym – cyklem koniunkturalnym.

Problemem jest to, że przy takich warunkach, podaż może przerosnąć popyt, a rynek jej nie zweryfikuje. Produkowane będzie więcej niż potrzeba, a rząd utrzyma produkcję na tym poziomie, w celu ochrony miejsc pracy – w tym przypadku w rolnictwie i nie rząd, a Unia Europejska.

Wzmocniły to oczywiście czynniki egzogenne, takie jak ograniczenie rynku poprzez rosyjskie embargo. Mniejszy rynek powinien oznaczać zmniejszenie produkcji, gdyż zmniejszył się popyt. Tymczasem, jednym prostym trickiem zażegnano kryzys, który miał wybuchnąć cztery lata temu:

„Główny Urząd Statystyczny podał, że pierwsze trzy miesiące 2014 roku przyniosły prawie dwukrotny wzrost produkcji mleka w proszku i śmietany w postaci stałej”.

Czyż nie oznacza to, że nagle na rynku pojawiło się znacznie większe zapotrzebowanie na mleko w proszku? Skąd tak gwałtowny wzrost popytu? Odpowiedź jest nieoczywista: nie było tego wzrostu wcale, przynajmniej nie wśród prawdziwych konsumentów. Pojawił się bowiem „superkonsument” w postaci skupów interwencyjnych UE. Dlaczego jednak UE skupowała produkty w postaci stałej?

Chodzi o termin przydatności do spożycia wspomnianych produktów, w tym przypadku znacznie dłuższy, niż przy świeżych wyrobach mlecznych. W ten sposób można przeczekać „chwilowy dołek” i sprzedać je w bardziej korzystnych warunkach. Przynajmniej w teorii.

„W całym kraju widoczna jest nadprodukcja mleka, a co za tym idzie – rolnicy sprzedają mleko w skupach za cenę daleką od opłacalności produkcji. Czy jest szansa na zmiany?”. ~ kwiecień 2015.

Istotny jest również fakt, że próbowano nieustannie gasić ogień benzyną – w tym przypadku, skupy miały być receptą na zniesienie kwot mlecznych (limitów produkcyjnych). Niestety, spowodowało to obniżkę ceny na rynku europejskim, światowym, a to wpłynęło również na… cenę w skupach interwencyjnych, która została obniżona.

W 2018 r. sytuacja przybrała jeszcze ciekawszy obrót:

„Skupy odtąd działają na zmienionych zasadach, to znaczy bez minimalnej ceny interwencyjnej i bez podania ilości mleka w proszku. A jego wykup ma się odbywać w tzw. formule przetargowej, to znaczy, po jak najniższej cenie danej partii”.

Unia spuściła z tonu. Przestała podawać do publicznej wiadomości to, ile i za ile zamierza skupić, co oznacza prawdopodobnie, że mleczarze będą sprzedawać towar poniżej kosztów produkcji. Ogromne zapasy mleka w proszku ze skupów są bowiem sprzedawane już bez marży, byle tylko się ich pozbyć, więc przy tej metodzie mleczarze, oddając mleko w proszku na skup, nie wyjdą nawet na zero. Nie dość, że mamy nadpodaż, to jeszcze na rynek wypływa nadprodukcja z poprzednich lat:

„Po zbliżonych cenach sprzedaje się też zapasy interwencyjne. Na ostatniej aukcji sprzedano 2 tysiące ton odtłuszczonego mleka w proszku po 1190 euro za tonę”.

W związku z tym na przepełnionym rynku pojawiło się dodatkowe 2 mln kg mleka w proszku w ciągu jednego dnia, które Unia sprzedała taniej niż kupiła. Dla przykładu, w Polsce w styczniu br. skupowano mleko za 5,78 zł/kg, czyli około 1,37 euro, a i tak cena niemal nieustannie notuje spadek.

Drożej kupię, taniej sprzedam jako recepta na ratowanie dowolnej branży przez państwo?

Warto też jasno postawić sprawę i zadać konkretne pytanie:

Czy wspomniane interwencje zniwelowały kryzys, czy przeciągnęły jego nadejście – z jeszcze większą siłą?

Oczywiście pojawiają się głosy nawołujące do konieczności błyskawicznej reakcji ze strony rządu czy samej Unii… Pozostawię to jednak bez komentarza.

Wygląda jednak na to, że austriacka teoria cyklu koniunkturalnego po prostu znów znajdzie zastosowanie (chociaż w przypadku tylko jednej gałęzi gospodarki, raczej jako alegoria niż cykl koniunkturalny sensu stricto) – rynek będzie musiał się „oczyścić”, produkcja spadnie, nastąpią bankructwa i zwolnienia w tym sektorze, co spowoduje wzrost cen… I sytuacja powoli będzie zmierzać do równowagi rynkowej. Paradoksalnie jednak, przez omylność ludzką, nie nastąpi ona nigdy. Można jednak śmiało stwierdzić, że uratowano nas przed kryzysem małym, by spowodować kryzys wielki.

Aleksander Serwiński

Skomentuj

*