1

Adam Danisz – Wolnościowa sztuka: filmy

Wstęp

Celem tego artykułu nie jest ukazanie wszystkich wolnościowych filmów czy wszystkich filmów zawierających takowe wątki. Lista taka mogłaby, przy odpowiednim zawzięciu, zawierać nawet kilkadziesiąt pozycji. Chcę ograniczyć się tylko do kilku najważniejszych dzieł – filmów po pierwsze, najciekawszych (moim zdaniem) z perspektywy ideowej; po drugie, przynajmniej szerzej rozpoznawalnych, a najlepiej takich, które osiągnęły sukces, wpisując się trwale do kanonu zachodniej kultury; po trzecie, będących na wysokim poziomie kunsztu filmowego i powagi ideowej.

Artykuł ten dedykuję dr. Mateuszowi Machajowi, autorowi książki Gwiezdne wojny a filozofia polityki analizującej serię filmową Star Wars pod kątem zawartych w niej idei politycznych. I choć nic prawdziwie wolnościowego w serii Star Wars nie ma, ponieważ – mimo wątku rebelii przeciw Imperium – obie strony konfliktu chcą rządzić innymi (walczą ze sobą o pierścień władzy), to sama analiza, pomimo wzięcia na warsztat raczej prostego i płytkiego dzieła, jest na wysokim poziomie. Stąd mogę ją z czystym sumieniem polecić każdemu, komu nieobce są filmy Star Wars, szczególnie że niedawno miała ona swoje polskie wydanie. O samej książce wspominam również dlatego (poza tym, że jest świetnym przykładem analizy dzieła sztuki pod kątem ideowym), iż dr Machaj pisze w niej, że nie potrafi oglądać dzieł kultury bez jednoczesnego analizowania ich z perspektywy idei politycznych, ekonomicznych i filozoficznych. Mam dokładnie tak samo. I choć już setki razy słyszałem w życiu, że „psuję sobie przyjemność z oglądania filmów” nie mogąc zamknąć oczu na idee stojące za danym dziełem i ich mordercze albo niewolnicze konsekwencje, to jednak raz na te sto czy tysiąc przypadków ogarnia mnie poczucie niezmiernego spełnienia, kiedy odkryję dzieło, które nie traktuje człowieka jak istoty irracjonalnej, kolektywnej, niezasługującej na żaden szacunek i skazanej na niewolnictwo, tylko pomaga mu powstać z kolan.

Jeśli sztuka pokazuje, gdzie społeczeństwo jest i dokąd zmierza, a wielcy artyści charakteryzują się tym, że poszerzają horyzonty wyobraźni szeroko rozumianego społeczeństwa, to interesuje mnie, gdzie leży aktualna granica humanizmu i czy istnieją wyrwy w kulturowym matriksie, w których to sztuka dogania (a może i przegania?) dokonania filozofii społecznej i etyki.

Nie przedłużając – oto kilka najważniejszych dzieł filmowych ostatnich dwóch dekad z perspektywy wolnościowej.

Władca Pierścieni

„Władza korumpuje, a władza absolutna korumpuje absolutnie”. – Lord Acton

Nie ulega wątpliwości, że motywem przewodnim trylogii Władca Pierścieni Johna Ronalda Reuela Tolkiena jest temat władzy, zobrazowany metaforycznie w postaci tytułowego pierścienia. W Śródziemiu zbiera się drużyna bohaterów, złożona z przedstawicieli przeróżnych ras i kultur, której celem jest niedopuszczenie Saurona do przejęcia pierścienia władzy i zniszczenie tegoż w ogniach Mordoru. Zadanie to jest trudne nie tylko ze względu na odległość i niebezpieczeństwa, jakie bohaterowie muszą pokonać, by dostać się do krainy Pana Ciemności, ale i ze względu na sam pierścień, który Frodo Baggins nosi na szyi. Pierścień bowiem korumpuje wszystkich, którzy mają z nim kontakt. Drużynę zdradza jeden z jej członków, gdyż obietnica władzy absolutnej jest dla niego zbyt kusząca. Zgodnie ze znanymi słowami Lorda Actona pierścień jest tak niebezpieczny, że nawet sam Gandalf, wielki czarodziej stojący po jasnej stronie mocy, boi się go nosić, a nawet dotykać. Brzemię doniesienia pierścienia do Mordoru zostaje więc nałożone na Frodo – hobbita (niziołka) o sercu tak czystym i dalekim od wszelkiej chęci wykorzystywania innych do swoich celów, że aż odpornym na zakusy władzy. Hobbici mieszkają w Shire – wiosce, w której nie ma żadnej instytucji przymusu, a wskaźnik przestępczości jest zerowy. Nie dziwi więc, że to z niej wywodzi się jedyny, który jest w stanie unieść pierścień – oczywiście wyłącznie celem jego destrukcji.

Głównymi antagonistami we Władcy Pierścieni są dwa totalitarne państwa: jedno rządzone przez Saurona, drugie przez Sarumana. W obu wszystko zależy od woli centralnego władcy („wszystkie koła muszą toczyć się do zwycięstwa”, jak mawiali naziści), gospodarka jest więc centralnie planowana, a wszyscy poddani są jednakowi. Taka jest w końcu natura biurokracji, że zawsze dąży do ujednolicenia wszystkiego i wszystkich, by ułatwić sobie centralne zarządzanie.
Śródziemie za to jest różnorodne i piękne. Istnieje wiele ras, krain, systemów, wierzeń i poglądów na to, jak powinna żyć jednostka i społeczeństwo. Pomimo tej różnorodności mieszkańcy są w stanie zjednoczyć się w walce z wrogiem zagrażającym wszystkim wolnym rasom Śródziemia – instytucją władzy. Nie wystarczy zniszczyć jednego tyrana, bo na jego miejscu pojawi się następny. Ba, tyranem takim może zostać potencjalnie każdy, ponieważ pierścień władzy korumpuje (prawie) każdego, kto go włoży. Tolkien wskazuje więc na ostateczne rozwiązanie problemu – zniszczenie pierścienia raz na zawsze tak, by już nikt nigdy nie mógł go włożyć.

„Moje polityczne upodobania skłaniają się coraz bardziej ku anarchii (rozumianej filozoficznie, jako abolicja kontroli, nie zaś takiej, która przybiera postać wąsatych panów z bombami) lub »niekonstytucjonalnej« monarchii. Aresztowałbym każdego człowieka, który bodaj używa słowa »państwo«, a w przypadku niechęci skorzystania z szansy odwołania poglądów, za uporczywość przeprowadziłbym egzekucję!”. – J.R.R. Tolkien (list do syna z 29 listopada 1943 roku)

Tolkien był konserwatywnym anarchistą, ale również anarchomonarchistą. Ostatnie może wydawać się oksymoronem, ale jest to pogląd jak najbardziej spójny logicznie. U Tolkiena wypływa on z jego reakcjonizmu i zamiłowania do średniowiecznej Europy oraz jej mitów. Polega on na uznaniu króla jako dobrowolnego przywódcy danej społeczności, któremu opłatę za ochronę lub inne usługi uiszcza się nie pod groźbą użycia przemocy, a dobrowolnie. Anarchomonarchizm Tolkiena jest niczym innym jak zwykłym anarchizmem z prywatnymi firmami ochroniarskimi, ale z dodatkową otoczką kulturową europejskiego konserwatyzmu. A nawet reakcjonizmu – zwracam uwagę, że w Śródziemiu nie ma żadnego społeczeństwa, które byłoby wolne i postępowe zarazem. Nie ma np. żadnej elfickiej cywilizacji z względnie wysoką technologią i raczkującym przemysłem, jak w innych światach fantasy. Hobbici, którzy reprezentują anarchokonserwatywną stronę Tolkiena, są właśnie anarchokonserwatywni. Ich społeczeństwo żyje w stagnacji. Jest to nieprawdopodobne, bo historia i teoria ekonomii pokazują, że im więcej wolności, tym szybciej społeczeństwo się rozwija i zmienia, ponieważ ludzie – jeśli nie są skrępowani – działają dla poprawy swojego bytu. Hobbici tylko „żyją i żrą”, bawią się i palą lokalne zielsko, czyli tamtejszy odpowiednik konopi. Jest to bardzo pesymistyczny obraz wolnego społeczeństwa. Oczywiście Tolkien ukazuje różnorodność ludzi i ich subiektywnych wyborów, lecz to, że wszystkie rasy Śródziemia żyją przeważnie w „zgodzie z naturą” (a część i bezpośrednio w lasach), a najbardziej uprzemysłowione miejsca to totalitarne dyktatury, pokazuje niestety jego antycywilizacyjny romantyzm.

Wolnościowo-monarchistyczną stronę Tolkiena reprezentuje natomiast postać Aragorna. Przejmuje on skorumpowane państwo, zostając koronowanym na króla, a przed tym pomaga Frodo zniszczyć pierścień władzy.

Mimo różnych obiekcji, jakie można mieć do Władcy Pierścieni, jest to wspaniała opowieść o naturze władzy. Fakt, że trylogia filmowa osiągnęła wielki sukces kinowy, a książka według Wikipedii sprzedała się w około 150 mln egzemplarzy, pokazuje nie tylko geniusz Tolkiena, ale również to, że może gdzieś w sercach ludzi Zachodu duch wolności jeszcze nie umarł.

„[Sauron] przypuszcza, że wszyscy zdążamy do Minas Tirith, ponieważ tak on sam by postąpił na naszym miejscu. Rozumie, że byłby to dotkliwy cios dla jego potęgi. Jest w strachu, bo sądzi, że lada chwila może pojawić się władca rozporządzający czarem Pierścienia i wydać mu wojnę, usiłując zrzucić z tronu, żeby zająć jego miejsce. Nie powstała mu w głowie myśl, że my pragniemy go strącić, ale wcale nie chcemy zastąpić go kimś innym”. – Gandalf (z książki Dwie Wieże)

Matrix

Alegoria Matriksa wpisała się już na stałe do świadomości społecznej dzięki trylogii filmowej o tym samym tytule. Tak jak Morfeusz opisuje ją Neo w pamiętnej scenie z pierwszej części – jest to metafora systemu operacyjnego, na którym bazuje niewolnicze społeczeństwo. System ten jest wdrukowywany i utrwalany wszystkim od dziecka przez instytucje społeczne – szkołę, uczelnie wyższe, rodzinę, kościoły, media, przemysł rozrywkowy – a następnie działa i napędza się samoistnie dzięki sterowaniu pośredniemu. Dopiero wychodząc poza działanie programu kulturowego i spoglądając z zewnętrznej perspektywy zaczyna dostrzegać się absurdy i niegodziwości systemu, w jakim się żyło. Taką przygodę przeżywa główny bohater – Neo – gdy postanawia podążyć za swoją nękającą go od dłuższego czasu intuicją, że coś ze światem wokół niego jest fundamentalnie nie w porządku. W naszej rzeczywistości dzieci mogą to zauważyć, kiedy rodzice mówią im, że kradzież i przemoc są złe, ale mimo to popierają podatki i karanie za przestępstwa bez ofiary, nie mówiąc już o przymusie szkolnym, który wielu młodym ludziom wcześnie otwiera oczy na naturę państwa[1]. Ta panująca w społeczeństwie schizofrenia moralna (czasami przyjmująca formę „moralności Kalego”) u co bardziej niezależnie myślących osobników przeważnie objawia się buntem. Niestety jest to ślepy bunt, ponieważ bez wiedzy o naturze systemu nie ma jak się z niego (intelektualnie) wydostać. Dlatego potrzebni są ludzie dobrej woli, tacy jak Morfeusz czy Trinity, którzy wyciągną rękę do osoby, której oczy zaczęły otwierać się na naturę systemu, ale ona sama albo boi się zrobić następny krok, albo nie wie jak go zrobić – tak jak Neo.

„Matrix to system, Neo. Ten system jest naszym wrogiem. Ale kiedy jesteś w środku, rozejrzyj się, co widzisz? Przedsiębiorcy, nauczyciele, prawnicy, cieśle. Umysły ludzi, których próbujemy uratować. Ale dopóki tego nie zrobimy, ci ludzie są częścią systemu i robi to z nich naszych wrogów. Musisz zrozumieć, że większość tych ludzi nie jest gotowa być od niego odłączona. I wielu z nich jest tak przyzwyczajonych, tak beznadziejnie uzależnionych od systemu, że będą walczyć w jego obronie”. – Morfeusz (The Matrix)

W scenie, w której Morfeusz wyjaśnia Neo, czym jest Matrix, w kilku zdaniach pada wiele ważnych idei, dlatego też tak bardzo zapada ona w pamięć. Morfeusz nie tylko tłumaczy, czym jest Matrix, ale również wyjaśnia, że jego przedstawiciele (urzędnicy systemu) są normalnymi ludźmi takimi jak my – przedstawicielami systemu mogą być jeśli nie nasze rodziny, to rodziny naszych znajomych albo nasi sąsiedzi. Że nauczyciele znęcający się nad dziećmi w przymusowym systemie indoktrynacji, że kapo w obozach zagłady, że policjanci znęcający się nad bezbronnymi obywatelami na ulicach miast, że urzędnicy skarbowi i egzekutorzy regulacji, którzy niszczą firmy i tym samym życia innym ludziom, są po pierwsze: innymi istotami ludzkimi, a po drugie: również ofiarami systemu. Ofiarami dlatego, że system im nie służy (pomijając psychopatów w ich szeregach), są tylko jego pionkami. Nikomu, kto ma jakiekolwiek sumienie, nie opłaca się krzywdzić drugiego człowieka, a nawet najgorszemu psychopacie nie opłaca się żyć w biednym i zniewolonym społeczeństwie, o ile nie jest on na szczycie władzy. Jednakże każdy urzędnik czy biorca świadczeń socjalnych myśli, że to on będzie tym, który będzie wykorzystywał innych. Na takim (błędnym) rozumowaniu traci on sam. Wszystko kończy się bowiem na tym, że z wyjątkiem garstki władców wszyscy są ofiarami. Ba, w większości przypadków władcom również nie opłaca się utrzymywać systemu, tak jak dygnitarzom w Związku Radzieckim nie opłacało się utrzymywać gospodarki planowanej i zazdrościć swoim odpowiednikom zza Oceanu życia w znacznie większym luksusie (np. ciepłej wody w kranie). Dlatego zresztą państwo jest nazywane w literaturze ekonomicznej „wielką fikcją”. Na systemie nikt nie zyskuje poza maszynami, które żerują na wysysanej przez niego ludzkiej energii[2]. Nawet Architekt – czyli postać, która w trylogii wydaje się reprezentować intelektualistę służącego władzy, projektując mechanizm, niczym minister edukacji w Prusach czasów napoleońskich, który na życzenie króla zaprojektował dla niego taki system szkolnictwa, by dzieci były tresowane na posłusznych żołnierzy[3] – nie czerpie przyjemności ze swojego „dzieła” i przyczynia się do jego upadku (nie powstrzymuje Neo).

W The Matrix poruszanych jest jeszcze wiele innych istotnych idei i wątków. Zainteresowanych odsyłam do samodzielnego zgłębienia tematu[4]. My natomiast przeskoczymy do zakończenia trzeciej części, gdyż to ona ukazuje finał rywalizacji heroicznej jednostki z opresyjnym systemem. Matrix nie został i nie mógł zostać zniszczony przez Neo, ponieważ większość ludzi nadal „spała” i podtrzymywała system swoją energią życiową, czyli utrzymywała państwo podatkami. Jednakże, mimo że protagonista był tylko jedną osobą, to jego heroiczne poświęcenie wyższym wartościom wystarczyło, by zadać systemowi cios, przez co stał się on de facto dobrowolny – wszyscy, którzy chcieli go opuścić, mogli to zrobić. W ten sposób zorganizowana mniejszość (ruch oporu) de facto obaliła władzę nad ludźmi. Kiedy państwo kapituluje i daje możliwość wyjścia (tzn. daje jednostce możliwość dokonania secesji), zmienia się w zwykłego rynkowego usługodawcę, który w miarę, jak pojawiają się alternatywne systemy, może zacząć zanikać, aż w końcu ginie w odmętach mrocznej historii (tak jak stało się to z prywatnym niewolnictwem). Zakończenie Matriksa mówi nam, że mimo iż świadomych ludzi dobrej woli jest mniejszość, to wystarczy ona do zmiany świata na lepsze, a przynajmniej do dania ludzkości szansy na wyjście z Matriksa, np. przez systemy oparte o technologię blockchain.

Equilibrium

Podobnym do Matriksa filmem jest Equilibrium z 2002 roku. Jego akcja dzieje się w dystopijnej przyszłości po III Wojnie Światowej. Przedstawiony świat jest mieszaniną Roku 1984 George’a Orwella i Nowego wspaniałego świata Aldousa Huxleya. Wydawać by się mogło, że ludzkość doszła w nim do stanu tak ścisłej totalitarnej kontroli, że już nigdy nie będzie mogła się z niej wyzwolić. Jednakże pojawia się nadzieja, gdy jeden z najwyższych urzędników systemu wyłamuje się z niego i zaczyna stawiać mu opór.

Mimo że film ten nie jest ani tak dobry, ani tak znany jak pozostałe z tu omawianych, to zasługuje na wyróżnienie.

V jak Vendetta

V jak Vendetta to kolejna produkcja, której akcja rozgrywa się w przyszłości po III Wojnie Światowej i której tematem przewodnim jest walka z władzą. Rząd brytyjski ograniczył wolności obywatelskie w zamian za obietnicę dostarczenia bezpieczeństwa w powojennym świecie. Status quo podważa rewolucjonista o pseudonimie „V”, którego życiową misją jest doprowadzenie do zniszczenia państwa brytyjskiego. Film opowiada o jego walce z władzą oraz o walce o umysły manipulowanych mas. Oryginalny scenariusz pochodzi z komiksu anarchisty Alana Moora, który skrytykował filmową adaptację swojego dzieła za usunięcie z niej odniesień do anarchizmu. Myślę jednak, że nie odebrało to filmowi anarchistycznego ducha, którego autor komiksu chciał przekazać. Film może i jest bardziej stonowany pod względem ideowym, ale taka jest natura dzieł, które mają trafić do szerszej publiczności.

„Obywatele nie powinni bać się swoich rządów. Rządy powinny bać się swoich obywateli”. – „V”

Werdykt

Największy zarzut jaki mam do V jak Vendetta, zarówno jeśli chodzi o film, jak i komiks, to kontestowanie obecnej rzeczywistości bez podania realnych rozwiązań. Anarchizm Moora nie jest prawdziwym anarchizmem, gdyż nie opiera się na moralnym porządku bez państwa tylko na niezdefiniowanym chaosie. Można to dostrzec w tym, że ani w filmie, ani w komiksie V jak Vendetta nigdy nie zostały poruszone wątki Prawa Naturalnego, etyki i stabilnego porządku społecznego bez władzy. A anarchizm bez powszechnego uznania praw jednostkowych innych ludzi jest tzw. czerwonym anarchizmem (albo po prostu satanizmem), czyli przemocą maskującą się pod symbolem wolności, której w rzeczywistości nie uznaje.

Znacznie lepszym dziełem pod tym względem jest Matrix, gdyż oferuje dyskusje na temat moralności oraz pokazuje program pozytywny, podobny zresztą do idei chrześcijańskiej, zgodnie z którą Królestwo Boga na Ziemi nadejdzie poprzez imitację Jezusa – Neo jest współcześnie dokładnie tym samym archetypem, którym od przynajmniej dwóch tysiącleci jest Jezus. Matrix sugeruje, że wyzwolenie nadejdzie wraz z rozwojem świadomości jednostek, np. dojścia do stanu, w którym poświęcają się one obiektywnemu dobru ponad swoje materialistyczne ego.

Władca Pierścieni również oferuje nam program pozytywny, ale zarzucam temu dziełu neoromantyczną idealizację stanu przedcywilizacyjnego oraz przesadny konserwatyzm.

Jeśli miałbym zdecydować, które dzieło filmowe jest najważniejsze z perspektywy wolnościowej, wybrałbym trylogię Matrix, ponieważ zawarto w niej największą dozę zrozumienia obecnego niewolniczego stanu na Ziemi, wskazując jednocześnie, jak z niego wyjść, nawet jeśli przedstawiona w nim droga wyjścia nie spodoba się nikomu, bo wymaga wielkiej pracy nad sobą i innymi. Droga ta wymaga dążenia do doskonałości moralnej, świadomości i wiedzy, a nie efektownego wysadzenia budynku parlamentu w nadziei, że nieświadome praw moralnych, ignoranckie masy w magiczny, niewyjaśniony sposób stworzą stabilny i pełny wolności porządek społeczny, jak każe nam wierzyć V jak Vendetta. To oczywiście nie zmienia faktu, że „V” zrobił słuszną rzecz, gdyż nie ma nic bardziej niegodziwego od tyranii i strach przed potencjalnym „chaosem” nigdy nie powinien być uzasadnieniem utrzymywania jej przy życiu. Nie jestem wrogiem rewolucji. Zwracam jedynie uwagę, że prawdziwe rewolucje odbywają się w głowach i w umysłach, a nie na ulicach.

Oczywiście wymienione w tym artykule dzieła nie wyczerpują listy wolnościowych filmów. Jeśli jednak miałbym wybrać tylko te najważniejsze, to wybrałbym właśnie powyższe. Są one wystarczająco silne ideowo i osiągnęły wystarczający sukces, by mogły uchodzić za udany przykład walki kulturowej oraz zwyczajnie tego, że da się zrobić popularny film o słusznych – i podanych na poważnie – treściach z zakresu filozofii społecznej i etyki.

Życzę Wam i sobie, aby w przyszłości powstawało jak najwięcej tego rodzaju wielkich, wolnościowych dzieł kinowych.

Adam Danisz


[1] Porównanie szkoły do więzienia i inne rozwinięcia idei z Matriksa znajdują się w animowanym, oficjalnym dodatku, zatytułowanym The Animatrix, który gorąco polecam wszystkim miłośnikom oryginalnej trylogii.

[2] Maszyny w Matriksie są oczywiście metaforą psychopatów na szczytach władzy. Agent Smith jest „urzędnikiem idealnym”, o którym pisał Max Weber – wykonywał on swoje obowiązki całkowicie bezemocjonalnie i bez kwestionowania swoich rozkazów.

[3] Model ten obowiązuje do dziś jako standard we wszystkich państwowych systemach edukacji na całym świecie, tylko w różnych wariantach.

[4] Odsyłam do wykładu Marka Passio The Matrix Trilogy Decoded.

Komenrtarz

  1. Reply
    krzysztof says

    najwartościowszy jest ewidentnie 1984! Filmu nie pamiętam dobrze, ale książkę czytałem 2 x. Natomiast we Władcy jest więcej elementów nazwijmy je liberalnych -postać Bimbobila, pominięta w filmie.

Skomentuj

*