Brak komentarzy

Adam Danisz – Hongkong – Rewolucja w Wolnorynkowym Raju

Ostatni bastion klasycznie liberalnej cywilizacji?

Hongkong zajmuje od lat 1. miejsce w rankingu wolności gospodarczej Heritage Foundation. Jedyny kraj, który może się z nim równać pod tym względem, to zajmujący 2. miejsce Singapur. Oba miasta-państwa mogą się poszczycić byciem w czołówce krajów pod względem Produktu Krajowego Brutto-Parytetu Siły Nabywczej (PKB-PSN) per capita oraz ogólnej jakości życia (Human Development Index, HDI). Są przykładami tego, do czego doprowadza wolność gospodarcza. Jednakże Singapur był i jest państwem autorytarnym, gdzie istnieje cenzura i kontrola mediów przez państwo, a krytyka władzy jest nielegalna. Oprócz tego w Singapurze nie istnieje wolność religijna (rząd może delegalizować działanie związków wyznaniowych), a tamtejsze prawo karne jest wyjątkowo represyjne, wliczając w to karę śmierci za posiadanie narkotyków czy prawny zakaz stosunków homoseksualnych. Przykład Singapuru jest istotny, ponieważ elity rządu chińskiego postrzegają model singapurski jako swój ideał, do którego chcą dążyć. Państwo z niby względnie szerokimi wolnościami gospodarczymi (przynajmniej na niskim i średnim szczeblu życia gospodarczego), by tworzyć bogatą bazę podatkową, na której można pasożytować, ale z drugiej strony autorytarne, ograniczające wolności polityczne i silne na tyle, by móc utrzymać władzę mimo dobrobytu poddanych. Bo jak dobrze wiemy, zamożnymi ludźmi jest ciężej rządzić. Stąd współczesny model chiński, wzorujący się na singapurskim (i przewyższający go w aspektach kontroli życia obywateli), tak dużą wagę przykłada do politycznej kontroli edukacji i dostępu do informacji, w tym Internetu.

Hongkong natomiast do 1997 roku był brytyjską kolonią o szerokiej autonomii sprawiającej, że mógł być wolnorynkowym portem, a po przejściu pod kuratelę państwa chińskiego nadal przez lata zachowywał swoją niezależność. I, jako że był brytyjską kolonią opartą na XIX-wiecznych zasadach klasycznego liberalizmu, to wolności tam panujące obejmowały cały ustrój, a nie samą kwestię gospodarczą. Panowały tam wolności słowa i zgromadzeń, niezależność prasy, niezawisłość sądów – tym samym Hongkong, łącząc największą wolność gospodarczą z (ograniczonymi w Singapurze) wolnościami politycznymi, był do niedawna najbardziej liberalnym krajem na Ziemi. Pod względem systemowym i mentalności społeczeństwa Hongkong zatrzymał się w XIX wieku, podczas gdy Zachód przez ostatnie półwiecze zmierzał do socjalizmu w formie socjaldemokratycznego państwa opiekuńczego.

Po więcej w temacie wyjątkowych wolności gospodarczych w Hongkongu odsyłam do materiału Wojciecha Siryka „Hongkong – Stolica światowego kapitalizmu”.

Chiński totalitaryzm

Państwo chińskie jest natomiast jednym z najbardziej zbrodniczych państw jakie obecnie istnieją na Ziemi. Poza cechami typowymi dla państw autorytarnych stosuje ono wyjątkowo niebezpieczną strategię odcięcia swoich niewolników od świata zewnętrznego. Najpierw poddani są oni wyjątkowo silnej, jak na współczesne państwa, propagandzie nacjonalistycznej w szkołach, a potem żyją w kraju, w którym wszystkie media są kontrolowane przez państwo, niewygodne dla władzy wpisy na portalach społecznościowych są usuwane, a ich autorzy odwiedzani przez policję. Wiele stron internetowych spoza Chin jest zablokowanych dla większości mieszkańców Chin (z wyjątkiem tych, którzy odważą się używać VPNów) przez „Wielki Chiński Firewall”. Tak urobione i odcięte od wpływów liberalno-demokratycznej kultury społeczeństwo nie myśli nawet o tym, by się zbuntować. A jeśli urabianie społeczeństwa by nie wystarczało, to państwo chińskie stosuje również metody oparte na strachu – państwo policyjne, obozy koncentracyjne (tzw. obozy reedukacji) – oraz na technokratycznej kontroli – tzw. Social Credit System (SCS) połączony z całkowitą inwigilacją w Internecie i na ulicach przez systemy rozpoznawania twarzy. Zresztą już niedługo mieszkańcy Chin nie będą mogli skorzystać z Internetu lub założyć nowego numeru telefonu bez zeskanowania swojej twarzy do rządowej bazy danych.

Kiedy w 1997 roku Wielka Brytania przekazała Hongkong Chinom (przy czym nikt nie pytał Hongkończyków o zdanie…) z 50-letnim autonomicznym okresem przejściowym, to zarówno po stronie brytyjskiej, jak i w Hongkongu, żywiono nadzieje, że otwieranie się Chin na świat doprowadzi do ich politycznej i kulturowej liberalizacji. Dziś wiemy, że stało się coś odwrotnego: państwo chińskie rosło w siłę i zamiast się liberalizować, próbowało i do dziś próbuje eksportować swój system na zewnątrz (w Makau, Hongkongu i na Tajwanie). Od 1997 roku Chiny próbowały stopniowo przejmować Hongkong łamiąc umowę z Wielką Brytanią o autonomii Hongkongu do 2047 roku. W 2002 roku Hongkong zajmował 18. miejsce w rankingu wolności prasy, w roku 2017 już 70. (znany jest przypadek, gdy kilku hongkońskich wydawców niepoprawnie politycznych książek zostało porwanych i wywiezionych do Chin). Uniwersytety, sądy oraz sam rząd były powoli i stopniowo przejmowane przez siły prochińskie. Państwowy program nauczania w Hongkongu został zamieniony na sławiący nacjonalizm, kolektywizm i autorytaryzm, a krytykujący republikanizm, liberalizm i demokrację. Również państwo chińskie zmusiło hongkońskie dzieci do nauki języka mandaryńskiego zamiast kantońskiego, który jest powszechnie używanym językiem w Hongkongu. Tym samym sytuacja w Hongkongu przypomina czasy Polski pod zaborami, gdzie rodzice musieli uczyć swoje dzieci języka polskiego w domach, bo celem szkół była germanizacja bądź rusyfikacja. Hongkończycy po porzuceniu przez Wielką Brytanię i przejściu pod chińską kuratelę musieli w tożsamy sposób zachowywać swój język, swoją kulturę i swoje liberalne wartości.

Przez ostatnie dwie dekady praktycznie co roku odbywały się w Hongkongu mniejsze lub większe protesty przeciwko władzy, za demokracją i idącą z nią autonomią. W 2014 roku rząd Hongkongu, będący de facto marionetką rządu chińskiego, ogłosił, że kandydaci w wyborach na szefa rządu i do legislatywy (a także, jak się okazało w tym roku, do organów samorządowych) będą musieli być zatwierdzani przez rząd w Pekinie. Decyzja ta doprowadziła do tzw. Parasolkowej Rewolucji, która została stłumiona przez policję po trzech miesiącach. Aresztowano blisko tysiąc osób, w tym przywódców ruchu. Rewolucja nie miała szans się udać ze względu na brak wystarczającego poparcia społecznego, a została stłumiona tak łatwo przez złą organizację i nieużywanie współczesnej technologii w walce z policją, do czego jeszcze wrócimy. Od tamtego czasu kandydaci w wyborach, którzy wykazują się „niepoprawnymi poglądami politycznymi”, tzn. są secesjonistami albo zwolennikami szerokiej autonomii, są dyskwalifikowani z udziału w wyborach. Tak czy inaczej „Parasolkowa Rewolucja” była preludium do tego, co stało się pięć lat później.

Wybuch rewolucji

Można powiedzieć, że benzyna była rozlana. Brakowało tylko iskry. Okazała się nią ustawa ekstradycyjna. W lutym tego roku rząd Hongkongu ogłosił, że pracuje nad ustawą, która miała zapobiec uciekaniu przestępców z Tajwanu do Hongkongu, gdyż Hongkong nie miał podpisanej umowy ekstradycyjnej z tym państwem (ponieważ rząd Chin nie uznaje jego istnienia). W rzeczywistości casus morderstwa i ucieczki jednego przestępcy z Tajwanu został wykorzystany do tego, by dopisać do ustawy ekstradycyjnej również ekstradycję do Chin kontynentalnych. Miało to na celu umożliwić państwu chińskiemu (tym razem legalną, a nie przez porwania) ekstradycję z Hongkongu wszystkich, którzy sprzeciwiliby się władzy w Pekinie albo byliby dla niej niewygodni. W końcu sama krytyka władzy jest w Chinach nielegalna. Hongkończycy zauważyli podstęp i wyszli na ulice demonstrować (wtedy jeszcze „pokojowo”) 31 marca i 28 kwietnia. Pierwszy protest przyciągnął 12 tys. ludzi, drugi już 130 tys. Politycy prodemokratyczni sprzeciwiali się ustawie i próbowali ją zatrzymać, ale byli w mniejszości. W legislatywie wywiązała się bójka, w której przynajmniej jeden z prodemokratycznych legislatorów krzyczał z rozpaczy, że jeśli ta ustawa przejdzie, to wywiozą go do Chin i zamordują w obozie dla więźniów politycznych. Zemdlał w trakcie szarpaniny i został wyniesiony z sali obrad. Jako że rząd ignorował społeczeństwo, przy następnym proteście 9 czerwca na ulice wyszło już milion ludzi. Jako że protesty były nielegalne i wymierzone przeciwko państwu, policja zaczęła je tłumić na miarę swoich możliwości. Eskalacja była nieuchronna. 15 czerwca rząd chwilowo zawiesił proces legislacyjny ustawy ekstradycyjnej, ale jej nie wycofał (wtedy też pierwsza osoba popełniła samobójstwo na znak protestu). Dzień później na ulice wyszło już 1,5–2 mln Hongkończyków (populacja Hongkongu wynosi 7,4 mln). Od czerwca protesty w różnej formie odbywały się praktycznie co tydzień, jeśli nie częściej, więc nie będziemy już o nich szczegółowo wspominać.

Choć już w czerwcu zaczęły się walki z policją, za symboliczny dzień wybuchu rewolucji (czy też przerodzenia się protestów w pełnoprawną rewolucję) możemy przyjąć szturm na budynek legislatywy, odpowiednik naszego sejmu[1], i jego okupację z nocy 1 na 2 lipca. Co ciekawe, to nie tylko liberalny heroizm motywował protestujących tego dnia, by aż tak dobitnie wykazać swój sprzeciw wobec państwa, ale również desperacja. Z jednej strony rząd ignorował postulaty społeczeństwa i protestujących, którzy do tego czasu zdążyli rozszerzyć swoją listę żądań. Z drugiej strony do tamtego momentu już trzech członków ruchu popełniło samobójstwa z listami wyjaśniającymi, że robią to z desperacji w ramach buntu przeciwko przejmowaniu Hongkongu przez Chiny i upadku lokalnych wolności. W chwili, gdy piszę ten tekst, doszło do przynajmniej 9 takich przypadków. Niektórzy z nich w swoich listach samobójczych wzywali resztę Hongkończyków do rewolucji. I to się właśnie stało. Choć policja przegoniła okupujących[2], budynek został zdemolowany (poza automatem z napojami, na którym wywieszono karteczkę z napisem „Nie jesteśmy złodziejami”), a do mieszkańców Hongkongu i po części do reszty świata dotarła informacja, że właśnie wybuchła rewolucja.

Od tamtej nocy różnego rodzaju protesty i działania rewolucyjne zaczęły odbywać się w całym mieście niemalże bez przerwy. Wolnościowy duch uśpionego miasta się przebudził.

Pięć żądań i ani jednego mniej

Dziewięć dni po okupacji budynku legislatywy szefowa rządu HK – Carrie Lam – ogłosiła, że ustawa ekstradycyjna „jest martwa”, lecz rząd jej jeszcze wtedy oficjalnie nie wycofał. Tak czy inaczej było już za późno, by zatrzymać rewolucję Hongkończyków. Rewolucjoniści wystosowali w czerwcu listę pięciu żądań, których realizacji wymagają od państwa:

1. Całkowite anulowanie ustawy ekstradycyjnej – co dopiero 23 października zostało spełnione przez rząd (który, jak na złość, nie dokonał ekstradycji mordercy do Tajwanu, mimo że ten sam o to prosił);

2. Zaprzestanie prawnego uznawania protestujących za „biorących udział w zamieszkach”, co grozi więzieniem do dziesięciu lat;

3. Wypuszczenie i ułaskawienie aresztowanych z powodu protestów (ich liczba sięga już ponad 2600 osób);

4. Stworzenie niezależnego organu śledczego do spraw przestępstw policji i pociągnięcie do odpowiedzialności policjantów, którzy łamali prawo i stosowali nadmierną siłę;

5. Dymisja Carrie Lam i rozpisanie powszechnych wyborów do legislatywy oraz na szefa rządu – obecnie tylko 35 z 70 legislatorów jest wybieranych w wyborach powszechnych i należy nadmienić, że wśród tych legislatorów wybieranych przez społeczeństwo większość jest z obozu demokratycznego i zwolenników autonomii (secesjoniści i podejrzani o sympatie secesjonistyczne nie mają prawa startować), a wśród legislatorów wybieranych niedemokratycznie zdecydowana większość jest propekińska. Szef rządu natomiast jest wybierany w sposób pośredni, przez radę 1200 osób będącą de facto sojuszem wielkiego biznesu i związków zawodowych z rządem.

Po spełnieniu pierwszego żądania na popularności wśród rewolucjonistów zyskało hasło „Pięć żądań i ani jednego mniej!”. Przy tym każde kolejne jest coraz gorsze dla państwa, a ich realizacja praktycznie niemożliwa z dotychczasowym marionetkowym rządem i w obecnym systemie. Jedyną drogą, by spełnić te żądania – nie mówiąc już o czymś więcej – jest droga rewolucji.

Organizacja ruchu

Czytelnik być może zdążył zauważyć, że nie wymieniłem jeszcze żadnego z przywódców hongkońskiego ruchu rewolucyjnego. Otóż takowych nie ma. Hongkończycy nauczyli się, że jeśli takowi liderzy zostaną powołani, to państwo ich zamknie w więzieniu lub zamorduje, a organizacja się rozpadnie. W zamian przyjęli strategię nazywaną „Be water!” (pol. „Bądź wodą!”), która polega na tym, że organizują się i działają w sposób zdecentralizowany (cytując Hongkończyka: „działają jak zdecentralizowana sztuczna inteligencja”). Używają do tego forów internetowych i szyfrowanej aplikacji do czatowania: Telegramu. Komunikując się przez niego i na żywo ustalając plan działania mogą dostosować się do zmieniających się warunków i sytuacji. Znikają, gdy policja się pojawia i pojawiają się, gdy policji nie ma. Korzystają z mapek taktycznych jak z gier strategicznych, z zaznaczonymi siłami swoimi, wroga, planami działania, miejscami ucieczki, barykadami, stacjami medycznymi itd. (przy tym to nawiązanie do gier jest bardziej trafne niż się może wydawać, bo hongkońscy rewolucjoniści to przeważnie młodzi ludzie i część z nich, prowadząc podwójne życie i biorąc udział w rewolucji, czuje się jakby, ich słowami, „grali w grę, tyle że z jednym życiem”). Dzielą również między siebie różne zadania: jedni walczą z policją na froncie, drudzy dostarczają zaopatrzenia (do czego używają stworzonego przez siebie systemu znaków dłońmi), trzeci są medykami, czwarci pomagają reporterom, jeszcze inni wykupują setki biletów[3] na stacjach metra, by w razie potrzeby rewolucjoniści mogli się szybko przemieścić, itd. itd.

Oczywiście ogólnopojęty ruch opozycyjny (wolnościowo-demokratyczno-autonomiczno-secesjonistyczny) ma swoich naturalnych liderów, z których część siedzi w więzieniu (jak secesjonista Edward Leung), część działa na wolności i wspiera ruch w kraju (jak Joshua Wong czy Jimmy Lai) albo za granicą (jak Denise Ho), a organizacje polityczne i stowarzyszenia obywatelskie związane z ruchem opozycyjnym albo go popierającym mają swoich polityków i przywódców, ale sam trzon ruchu rewolucyjnego, tych, którzy walczą na ulicach, którzy otwarcie i w pełni sprzeciwiają się państwu, pozostaje bez oficjalnych przywódców.

Nie tylko bez przywódców, ale ogólnie bez tożsamości. Rewolucjoniści noszą maski i ukrywają swoją tożsamość z oczywistych powodów. Do tego w Hongkongu, poza zwykłymi kamerami mogącymi rozpoznać tożsamość osób łamiących państwowe prawo, są rozstawione chińskie kamery z systemem rozpoznawania twarzy. Wieże z tymi kamerami były obalane, a kamery, których nie można było sięgnąć, pacyfikowane laserami (zresztą snajperzy z policji też byli „pacyfikowani” laserami[4]). Zdecentralizowana i dobrze zgrana organizacja jest jednym z fundamentalnych powodów, dla których walka rewolucyjna w Hongkongu może być tak efektywna (mimo braku broni po stronie społeczeństwa) i tak długo trwać.

Liberalna rewolucja

Najważniejsze pytanie jakie każdy wolnościowiec powinien sobie zadać w związku z rewolucją w Hongkongu, tak jak zresztą w związku z każdą rewolucją i ruchem społecznym, to pytanie o idee i moralność, które za nimi stoją. Nie musimy popierać wyłącznie czysto anarchokapitalistycznych rewolucji, ale z drugiej strony nie możemy popierać ruchów, które nazywają siebie wolnościowymi, ale takimi nie są, w tym wszelkich ruchów „demokratycznych”. Na szczęście obecna rewolucja w Hongkongu jest chlubnym wyjątkiem. Odważę się nawet stwierdzić, że jest ewenementem w historii świata.

Dlaczego Hongkong jest ewenementem? Ponieważ mamy do czynienia z bodaj ostatnim społeczeństwem na Ziemi, które w większości wyznaje klasycznie liberalne wartości. Sama rewolucja w Hongkongu nie jest demokratyczna, tylko liberalna. Demokratyczna rewolucja to taka, której celem jest demokracja, a liberalna to taka, której celem jest wolność (jeśli nie całkowita – czyli anarchia – to przynajmniej większa wolność niż jest obecnie). Hongkończycy walczą właśnie o swoje wolności i swoją niezależność od władzy totalitarnego państwa. Pod tym względem Hongkong w 2019 roku przypomina Stany Zjednoczone w 1775 roku, czyli na samym początku Rewolucji Amerykańskiej[5]. W obu przypadkach liberalne społeczeństwa z szeroką autonomią broniły swoich wolności przed zakusami dużo silniejszego imperium. Demokrację (tak jak kiedyś amerykańscy rewolucjoniści republikę) traktują jako środek do osiągnięcia celu, a nie cel sam w sobie. Jak powiedział w wywiadzie dla Hoover Institution Jimmy Lai, miliarder z Hongkongu, który jest jednym z naturalnych przywódców ruchu rewolucyjnego: „Demokracja jest [dla nas] środkiem do osiągnięcia celu. Celem jest wolność”. Po czym dodał, że nie walczą o demokrację, ponieważ nigdy nie mieli demokracji, ale młodzi dorastali w wolnorynkowym otoczeniu i są gotowi za nie zginąć. Ta desperacja, która towarzyszy rewolucjonistom, bierze się z tego, że mają oni świadomość, że jeśli przegrają, będzie to koniec Hongkongu. Jeśli nic się nie zmieni, to jeszcze za ich życia będzie on w pełni wcielony do Chin, a jeszcze przed rokiem 2047 wolność w Hongkongu będzie stopniowo zanikać, tak jak to miało miejsce przez ostatnie dwie dekady i ma miejsce teraz.

Piąty artykuł pierwszego rozdziału konstytucji Hongkongu brzmi:

„System socjalistyczny i jego zasady [policies] nie będą praktykowane w Hongkońskiej Specjalnej Strefie Administracyjnej oraz poprzednio panujący system kapitalistyczny i styl życia nie będą zmieniane przez 50 lat [do 2047]”.

Jest to nic innego jak przepis broniący wolnego rynku w Hongkongu przed chińską „integracją”, która zrzuciłaby go z 1. miejsca wolności gospodarczej bliżej miejsca 100., czyli tego, na którym obecnie plasują się Chiny ze swoim systemem faszystowskiego korporacjonizmu, który realizuje klasycznie faszystowską zasadę, że życie gospodarcze kraju kształtuje państwo, i w którym wszystkie największe firmy należą do państwa/partii rządzącej albo chociaż z państwem ściśle współpracują. Gdyby Hongkong stracił swoją autonomię, to oczywiście przepis ten przestałby obowiązywać, a oaza wolnego rynku zniknęłaby z mapy świata, nie wspominając o ww. totalitarnej kontroli poddanych, do której państwo chińskie już się przygotowywało rozstawiając swój system rozpoznawania twarzy w Hongkongu.

Hongkong nigdy nie miał swojego hymnu. Do teraz. Rewolucjoniści napisali nowy hymn – Glory to Hong Kong – który został naturalnie i oddolnie zaakceptowany przez społeczeństwo. Od kiedy się pojawił, był on śpiewany przez przedstawicieli przekroju całego społeczeństwa: po centrach handlowych, na marszach i na meczach. Po raz pierwszy w ich historii pozwolił Hongkończykom poczuć jedność w swojej odrębnej (od chińsko-kolektywistycznej) tożsamości. Dla nas ważne jest to, że hymn ten oddaje wartości tego społeczeństwa, nawiązując do umiłowania wolności i Praw Naturalnych (tłum. z chińskiego: „(…) Wolność Zwycięży! Rewolucja naszych czasów! Wolność kwitnie, święte prawa (…)”). Jest niczym innym jak początkiem procesu ustanowienia nowego narodu na Ziemi na podobieństwo tego, co zrobili Amerykanie ponad dwieście lat temu, ale, co najważniejsze, również narodu zjednoczonego w umiłowaniu wolności i poszanowaniu Praw Naturalnych.

Same działania rewolucyjne, jak przystało na liberałów, są oczywiście wymierzone przeciwko państwu. Dzieją się na państwowej własności (drogi, parki, place, szkoły, lotniska, metra, urzędy, komendy policji), atakowani są tylko funkcjonariusze państwa, politycy opcji propekińskiej i osoby otwarcie wspierające reżim. Nigdy osoby postronne. Jeśli jakieś miejsca lub biznesy są demolowane, to tylko te, które są państwowe (hongkońskie lub chińskie) lub te, które z państwem współpracują i je otwarcie wspierają. Żadna, nawet najlepiej prowadzona rewolucja, nie może być idealna z powodu towarzyszącego jej chaosu, ale trzeba przyznać, że Hongkończycy wykazują się niesamowitą moralnością w działaniu, mimo że nie czytali libertariańskich książek: kiedy przypadkiem zdemolowali ścianę wejściową sklepu, który ani nie był państwowy, ani państwa nie popierał, wrócili się i naprawili swoje szkody. Właściciel im wybaczył.

Natura państwa

My, wolnościowcy, z reguły zdajemy sobie sprawę z tego, jaka jest prawdziwa natura państwa. Wiemy, że państwo w samej swojej naturze opiera się na stosowaniu agresji, kłamstwie i łamaniu sumienia przez „wykonujących rozkazy”, by rządzący i dowódcy mieli zapewnioną władzę nad innymi – władza ta na przyciąganych do niej psychopatów wyzbytych moralności działa jak narkotyk silniejszy od kokainy. Zdajemy sobie też sprawę, że państwo, tylko po to, by przetrwać, nie cofnie się przed niczym, w tym przed przymusowym poborem do wojska, czyli wysłaniem swoich niewolników na śmierć za swoich oprawców. Że prawo państwowe jest fikcją, bo nikt nie może być sędzią we własnej sprawie, i że prawo to może być w każdej chwili dowolnie zmienione, inaczej „zinterpretowane”, albo po prostu zawieszone przez ustanowienie „stanu wyjątkowego”. Że jedynym gwarantem Praw Naturalnych jest moralne społeczeństwo z powszechnym dostępem do broni. Niestety Hongkończycy broni nie mają, jak zresztą większość ludzkości, są zdani na łaskę swoich oprawców. Chociaż to ich nie powstrzymuje (póki policja nie używa ostrej amunicji) – gumowe kule można zatrzymywać parasolkami i innymi tarczami domowej roboty, a granaty łzawiące gasić wodą…

Hongkończycy natomiast, mimo bycia chyba najbardziej moralnym społeczeństwem na Ziemi, dopiero musieli dowiedzieć się jaka jest prawdziwa natura państwa. Im dłużej trwały protesty i działania rewolucyjne, tym bardziej zdawali sobie sprawę z tego, z czym walczą. Przede wszystkim zdali sobie sprawę, że państwo nie jest gwarantem praw i wolności oraz nie różni się niczym od organizacji przestępczej. Poza tym, że państwo jest po prostu organizacją przestępczą z samej swojej natury, to w Hongkongu ludność dodatkowo mogła zaobserwować, jak policja współpracuje z lokalnymi grupami przestępczymi (triadami – odpowiednikami naszych mafii) w zwalczaniu rewolucjonistów. Policjanci nie przybyli na ratunek Hongkończykom bitym przez propekińskie mafie. Zostali nagrani, gdy rozmawiali z przedstawicielami mafii jak z kolegami. Dla świadomego anarchisty nie jest to nic zaskakującego, ale dla zwykłej osoby to może być szok wybudzający ją z „Matrixa”, co zresztą obserwowałem w wywiadach ulicznych, gdzie zwykli Hongkończycy (nie wolnościowcy) doznawali wręcz załamań nerwowych po tym, jak zdawali sobie sprawę z tego, że żyli w iluzji myśląc, że państwo jest dobrym ojcem, który chroni swoje dzieci przed przestępcami. Nic bardziej mylnego.

Gdy tylko niewolnicy zaczęli się buntować, prawo państwowe zaczęło być cynicznie ignorowane, a policja weszła w tryb pacyfikacji buntowników za wszelką cenę i terroryzowania ludności. Wliczają się w to: aresztowania dzieci (~10–12 lat) i nieinformowanie rodziców o miejscu ich przetrzymywania; uniewinnienie i wynagrodzenie przez propekińskie stowarzyszenie dużą sumą pieniędzy człowieka, który wjechał autem w tłum protestujących; brutalne aresztowania z łamaniem kończyn; bicie i traktowanie gazem pieprzowym kogo popadnie, w tym niewinnych przechodniów; molestowania seksualne aresztowanych rewolucjonistek (są też oskarżenia o gwałt); grożenie młodej dziewczynie gwałtem, życzenie jej śmierci z rąk mafii i inne jawnie psychopatyczne zachowania; aresztowanie lekarzy i sanitariuszy i zamykanie im przejść, by nie mogli uratować rannych kolegów; wyciąganie rannych z łóżek szpitalnych, by ich zaaresztować; bicie dziennikarzy, strzelanie do nich i obrzucanie granatami; strzelanie gazem pieprzowym w twarz prodemokratycznego legislatora (czyli w odpowiednika naszego posła); tzw. false-flags (podpalenie stacji metra, by wrobić rewolucjonistów; przebieranie się za rewolucjonistów i obrzucanie miasta koktajlami Mołotowa, by wrobić ich w „uczestniczenie w zamieszkach”, podkładanie broni aresztowanym itd.); stosowanie tortur, itd. itd. Oczywiście dochodzi do tego przynajmniej jedno użycie zwykłej amunicji. Obrazy dokumentujące to zdarzenie obiegły świat 1 października i gdyby nie Internet, a więc obserwacja sytuacji w Hongkongu przez tzw. społeczność międzynarodową, tego rodzaju działania (wraz z wjazdem chińskich czołgów na ulice) byłyby normą. A gdyby tego było mało, hongkońska policja jest również oskarżana o mordowanie aresztowanych i ukrywanie tego przez pozorowanie ich „samobójstw”. Oczywiście wszystko to dzieje się za przyzwoleniem rządu – władcy nie cofną się przed niczym, by utrzymać swoją władzę.

Z osób postronnych muszę w tym miejscu pochwalić strażaków, którzy wyważali bramę metra, ratując uwięzionych w nim rewolucjonistów od brutalnej pacyfikacji przez policję. Również prywatna ochrona jednego z centrów handlowych wykazała się anarchokapitalistyczną szlachetnością, gdy, działając jak na prywatną agencję ochrony przystało, powstrzymywała nalot policji na ukrywających się w ich centrum handlowym rewolucjonistów. Również wielką odwagą i poświęceniem wykazują się te kobiety, które rozwiodły się z swoimi mężami–policjantami lub przynajmniej rozwodem im zagroziły. Walki rodzinne nie występują zresztą tylko na tej linii. Mamy tu do czynienia przede wszystkim z konfliktem pokoleniowym, gdyż większość protestujących i popierających rewolucję to młodzi ludzie, więc niektórzy muszą się ukrywać przed rodzicami z tym, co robią „po godzinach”. Jeszcze inni zostali zwyczajnie wyrzuceni z domów.

Pomoc zagraniczna

Dnia 18 sierpnia w Hongkongu odbył się protest przeciwko brutalności policji i, mimo wystosowanego przez państwo zakazu uczestniczenia w nim, na manifestacji pojawiło się 1,7 mln ludzi. Innymi „pokojowymi” próbami protestu były np.: zrobienie tzw. żywego łańcucha o długości 50 km, bojkotowanie zajęć w państwowych szkołach przez młodzież, bojkotowanie chińskich firm, bojkotowanie hymnu państwowego czy protestowanie w Hongkongu z flagami amerykańskimi, brytyjskimi bądź tajwańskimi z prośbą o pomoc zagraniczną oraz protestowanie i aktywne poszukiwanie wsparcia w wielu innych krajach przez hongkońskie i tajwańskie mniejszości za granicą. Przyglądając się publikacjom organizatorów na Facebooku oszacowałem, że w dniach 27–29 września odbyło się 76 protestów w 27 krajach (nie licząc Hongkongu), w tym jeden przed chińską ambasadą w Warszawie. Największe odbywały się na Tajwanie, ponieważ Tajwan jest dla Hongkongu bratnim krajem – z jednej strony mają wspólnego wroga, który zagraża obu tym krajom, z drugiej podobną, liberalną kulturę (Tajwan jest jednym z tzw. azjatyckich tygrysów), również kosmopolitycznie otwartą na świat zachodni. Nie dziwi więc, że Hongkończycy, jeśli muszą, uciekają na Tajwan; również rząd Tajwanu dostarczał im maski przeciwgazowe.

Tajwan jest na ten moment jedynym krajem, który oficjalnie wspiera rewolucję w Hongkongu. Rząd brytyjski zostawił swoich dawnych obywateli na pastwę Chin, choć do 4 października sześćdziesięcioro brytyjskich parlamentarzystów z różnych partii podpisało się pod wezwaniem, by rząd brytyjski ogłosił, że Chiny złamały umowę brytyjsko-chińską o 50-letniej autonomii Hongkongu, a tym samym złamały prawo międzynarodowe. W Stanach Zjednoczonych jest lepiej pod tym względem, ponieważ w jakimś stopniu popierają protesty w Hongkongu libertarianie, republikanie i demokraci. Pierwsi i po części drudzy ze względów wolnościowych, drudzy i trzeci ze względów demokratycznych. Afery z NBA, Blizzardem, zbanowaniem South Park w Chinach i inne (jak odkrycie chińskich botów tworzących „fake newsy” na Twitterze i Facebooku) bardziej wyczuliły Amerykanów na chińskie zagrożenie, a przynajmniej uświadomiły ludziom z Zachodu, że chińskie imperium jest już tak silne, że zagraża wolności słowa na całym świecie, a nie tylko u siebie, oraz że problem Hongkongu nie jest tylko problemem Hongkończyków. Kiedy piszę te słowa, Kongres Stanów Zjednoczonych, po wysłuchaniu kilku przywódców hongkońskiej opozycji w komisji senackiej, jest w trakcie procesu legislacyjnego ustawy Hong Kong Human Rights and Democracy Act. Jeśli ta ustawa wejdzie w życie, to rząd USA przestanie uznawać Hongkong jako osobnego partnera handlowego, czyli narzuci na niego te same cła i regulacje jak na Chiny – co ma uderzyć również w samą gospodarkę Chin, której Hongkong jest oknem na świat – jeśli Chiny będą nadal interweniować w system polityczny Hongkongu. Stany Zjednoczone będą również udzielać azylu uchodźcom politycznym (aresztowanym za protestowanie) z Hongkongu i zakażą wjazdu na teren USA wszystkim członkom hongkońskiego reżimu i policjantom, którzy „porywali i torturowali ludzi korzystających z międzynarodowo uznanych praw człowieka”.

Miasto w ogniu

Ostatnim przełomowym dniem obecnie trwającej rewolucji był 4 października. Prawdopodobnie przez nacisk mocodawców z Pekinu, niezadowolonych z hongkońskich protestów 1 października (wymierzonych przeciwko świętowaniu 70. rocznicy powstania Chińskiej Republiki Ludowej) i przez przeciągającą się niemożność stłumienia buntu przez państwo, szefowa hongkońskiego rządu – Carrie Lam – pod pozorem stanu wyjątkowego przyznała sobie de facto tymczasową władzę dyktatorską i uchwaliła „prawo antymaskowe”, które delegalizuje używanie zasłon na twarzy podczas publicznych zgromadzeń. Od tego momentu Hongkong stał się w praktyce państwem policyjnym. Policja oczywiście luźno interpretowała nowe prawo i wykorzystała je do traktowania jako przestępców wszystkich, którzy noszą maski na ulicy, nawet jeśli są w pojedynkę, by sterroryzować ludność. Pobicia i aresztowania przechodniów oraz dziennikarzy tylko się nasiliły. Co do reakcji samych Hongkończyków, to najlepiej będzie, jeśli zacytuję list otwarty od jednego, anonimowego rewolucjonisty z Hongkongu, do reszty ludzi dobrej woli na świecie, opublikowany właśnie 4 października i zatytułowany Hongkong jest oficjalnie w ogniu:

Wściekłość. Widzę ją w oczach ludzi dookoła mnie, nasze umysły chwieją się od bomby, którą zrzucił na nas nasz rząd tego popołudnia. Gniew pędzi przez nasze żyły ze świadomości, że Carrie Lam i jej banda przytakiwaczy zrobili dokładnie to samo, co cztery miesiące wcześniej – wepchnęli nam do gardeł skrajnie niepopularną ustawę.

Tylko tym razem udało im się. Udało im się, przez otwarcie Puszki Pandory władzy absolutnej, która pozwala im omijać miejską legislatywę [w procesie legislacyjnym – przyp. aut.], przy użyciu Rozporządzenia o Przepisach Stanu Awaryjnego (ERO), prawa z czasów kolonijnych, dającego Szefowi Rządu nieograniczoną władzę w wypadku „stanu wyjątkowego lub zagrożenia publicznego”. Wszystko, czego potrzebowała, to kilka podniesionych rąk wybranej przez nią Rady Wykonawczej i czyn został dokonany. (Powinniście wiedzieć, że w wrześniu 2018 roku uderzył nas Tajfun Mangkhut, najmocniejszy zanotowany sztorm w historii Hongkongu. Miasto było w stanie absolutnego nieładu i nawet wtedy Carrie Lam powiedziała, że nie ma podstaw do używania ERO, by dać ludziom jeden dzień wolny od pracy, by mogli poradzić sobie z zniszczeniami.)

To prawo antymaskowe może być tylko pierwszym krokiem w potencjalnej kolejce kolejnych totalitarnych posunięć, które będą zrzucone na Hongkończyków. Wszystko w imię stabilności i zaprowadzania porządku.


Mogę wam powiedzieć, że przez wszystkie lata bycia Hongkończykiem nigdy nie widziałem ludzi tak wściekłych. Są rozwścieczeni poza wszelkie pojęcie. Myślałem, że po wydarzeniach z 12 czerwca, 21 lipca, 11 sierpnia, 31 sierpnia i 1 października – gaz pieprzowy i gumowe kule wystrzelone w pokojowe zgromadzenia, mafie atakujące obywateli za przyzwoleniem policji, odstrzelone oko medyka przez nieostrą amunicję, bicie niewinnych pasażerów pociągu przez policję i kula, która roztrzaskała serca nas wszystkich [1 października 18-letni Hongkończyk został postrzelony przez policję właśnie prosto w klatkę piersiową, choć kula ominęła serce – przyp. aut.] – osiągnęliśmy już maksymalny poziom gniewu i rozpaczy; Myliłem się. Odkryliśmy dziś kolejny poziom i ostrzegam, że pewnie minęliśmy punkt bez powrotu.

Przez ignorowanie systemowych i społecznych problemów przez lata, przez dyskwalifikowanie popularnych kandydatów i legislatorów na bazie absurdalnych technikaliów i przez odmowę bycia odpowiedzialnym za błędy popełnione podczas obecnie trwającej klęski nasz rząd całkowicie stracił serca i umysły swoich ludzi. Upijając się autorytarną doktryną Xi [prezydenta Chin – przyp. aut.] Carrie Lam wydaje się wierzyć, że opresja, zamiast szczerych i współczujących działań, jest drogą do przywrócenia pokoju w społeczeństwie. Nie ma protestów, nie ma problemów. Nie ma masek, nie ma przemocy. Niepotrzebne ruchy polityczne, takie jak ten, służą tylko do pchania obywateli do krawędzi. Tak się hoduje secesjonistyczną mentalność, kiedy nie spełnia się obietnic danych swoim ludziom. Byliśmy w pełni szczęśliwi udając, że wszystko było w porządku pod polityką „Jednego Kraju, Dwóch Systemów”, ale Xi i Lam po prostu nie mogą powstrzymać się przed odbieraniem nam naszych wolności, by zintegrować politycznie Hongkong i Chiny Kontynentalne. Nasze oczy są otwarte i nie możemy już ich zamknąć.

Więcej propekińskich praw jest najpewniej w drodze, każde z siłą by zniszczyć Hongkong takim jakim go znamy. Prawo hymnu narodowego, czyniące nielegalnym nierespektowanie go [oczywiście chodzi o hymn państwa chińskiego, który jest odgórnie narzuconym oficjalnym hymnem Hongkongu – przyp. aut.]; prawo bezpieczeństwa narodowego, znane jako Artykuł 23, umożliwiający Komunistycznej Partii Chin (KPCh) niszczenie dysydentów politycznych w mieście, kiedy tylko zostaną uznani za zagrożenie; godziny policyjne, by powstrzymać ludzi przed spotykaniem się i uczestniczeniem w wolnej aktywności po pracy, etc. Carrie Lam mogłaby łatwo uchwalić wszystkie trzy, gdyby zdecydowała się użyć w pełni swoich nadzwyczajnych uprawnień.

Cztery miesiące krwi, potu, łez i nawet śmierci, doprowadziły nas tu gdzie jesteśmy. Może nie osiągnęliśmy jeszcze zwycięstwa, którego pragniemy, ale nasi wrogowie w końcu rzucają w nas tym, co mają pod ręką. Są zdesperowani. Nie spodziewali się tak silnego oporu z naszej strony, tak bezwzględnego, tak zjednoczonego, przez taki długi czas. Moi przyjaciele, ta ustawa jest tylko czkawką na drodze, którą obraliśmy, kolejną przeszkodą, którą musimy pokonać, by udowodnić, że jesteśmy godni naszego prawa do wolności. To nie jest początek końca, tylko koniec początku. Ich rękawice są zdjęte, ale nasze również.

Od tej nocy, popularny slogan「香港人, 加油」(Hongkończycy, trzymajcie się) wyewoluował wraz z swoimi ludźmi. Nastąpiła zmiana mentalności i nie wystarczy nam tylko powstrzymywanie postępów KPCh. Kiedy nasi przywódcy już nas nie reprezentują i stracili całe zaufanie, ludzie muszą znów zająć centralne miejsce na scenie. Teraz skandujemy「香港人, 反抗」 (Hongkończycy, buntujcie się), ponieważ nie mamy wyboru poza walką z całych sił przeciwko takiej opresji.

Będę tej nocy z miastem które kocham i z ludźmi których dumnie nazywam moimi braćmi i siostrami. Hongkończycy, jesteśmy w ogniu. Razem dokonujemy REWOLUCJI.

Złoto-czarna rewolucja

Ta zmiana mentalności i nasilenie się działań charakterystycznych dla państwa policyjnego po 4 października doprowadziły do radykalizacji działań rewolucjonistów. Proporcjonalnie więcej wysiłku niż wcześniej przeznaczano na dewastację mienia państwowego i propaństwowych/chińskich przedsiębiorstw. Podczas protestów Hongkończycy zaczęli skandować „Rozwiązać państwo! Rozwiązać policję!”. Jeszcze przed 1 października (czyli przed skandalem z postrzeleniem młodzieńca zwykłą amunicją) i przed zaostrzeniem represji po 4 października mniej więcej połowa ankietowanych Hongkończyków odpowiadała, że absolutnie nie ufa policji, a kolejne 20%, że raczej nie ufa [5–11.09; HK CCPOS]. Do 3 października (czyli przed wprowadzeniem prawa antymaskowego) 80% ankietowanych odpowiadało, że nie popiera obecnego rządu, a tylko 15%, że popiera. Ponoć podczas Rewolucji Amerykańskiej tylko około 1/3 populacji była za niepodległością, 1/3 była za pozostaniem pod rządami Wielkiej Brytanii, 1/3 była niezdecydowana, a w samych działaniach rewolucyjnych brało udział tylko 3–5% społeczeństwa. Pod tym względem Hongkończycy są w lepszej sytuacji, choć strategicznie znajdują się w gorszym położeniu, ponieważ imperium nie mają za oceanem, tylko z nim graniczą i nie wygląda na to, by „Francuzi” mieli przypłynąć im z pomocą.

Gdy rozmawiałem z jednym z rewolucjonistów i powiedziałem mu, że przecież muszą zdawać sobie sprawę z swojej beznadziejnej sytuacji i mieć świadomość, że ich jedyną nadzieją jest doprowadzenie do rewolucji w samych Chinach, co jest niemożliwe, to usłyszałem, że „może to niemożliwe, ale i tak spróbujemy tego dokonać”. Lecz jest dla nich nadzieja, z której być może nie zdają sobie sprawy. Bazując na ustaleniach austriackiej szkoły ekonomii możemy dojść do wniosku, że aktualnie znajdujemy się na końcu cyklu koniunkturalnego. Już teraz chińska gospodarka (zresztą nie tylko chińska) wkracza w pierwsze fazy spowolnienia gospodarczego. Jako że główna siła legitymizująca reżim chiński opiera się, obok nacjonalizmu, na wysokim rozwoju gospodarczym kraju, to kryzys gospodarczy, w połączeniu z hongkońską rewolucją, mógłby doprowadzić same Chiny kontynentalne do rewolucji lub przynajmniej wystarczającego chaosu, by Hongkong mógł dokonać secesji od Chin (przy wsparciu np. Tajwanu) bez obawy o wjazd chińskich czołgów.

Hongkońska rewolucja przez cały swój okres trwania, w tym może przede wszystkim po 4 października, radykalizowała młodych Hongkończyków z umiarkowanych pozycji liberalnych na wręcz wojowniczo-libertariańskie. Widziałem, że niektórzy zaczęli się fundamentalnie zastanawiać nad legitymizacją istnienia państwa jako instytucji. W końcu skoro mamy populację, która w jakimś stopniu w swojej moralności nie uznaje stosowania agresji i wierzy w prawa naturalne, i która akceptowała istnienie państwa z klasyczno-liberalnego założenia, że ma ono być stróżem tych praw, po czym w tak cyniczny i drastyczny sposób okazało się, że to był (delikatnie mówiąc) błąd, to co zostaje Hongkończykom, jeśli nie anarchia? I to nie byle jaka anarchia – bo mówimy tu o najbardziej prokapitalistycznym społeczeństwie na świecie – tylko anarchokapitalizm. Może nieprzypadkowo naturalne barwy hongkońskiej rewolucji są złoto-czarne.

Nie twierdzę, że rewolucja w Hongkongu jest libertariańska albo że jeśli zwycięży, to doprowadzi do powstania pierwszego dobrowolnego społeczeństwa na świecie. Twierdzę natomiast, że ma ona taki potencjał. Gdyby uświadomić młodych Hongkończyków o etyce (aksjomacie o nieagresji) i anarchii (dobrowolności), wytłumaczyć im intelektualnie to, co czują intuicyjnie i w co już wierzą emocjonalnie i w działaniu, to może mielibyśmy pierwsze anarcho-polis w dziejach. Bo jeśli nie w Hongkongu, czyli najbardziej mentalnie liberalnym społeczeństwie na świecie, które w końcu zaczęło uświadamiać sobie, że państwo to organizacja przestępcza, to gdzie?

Co prawda Hongkończycy nie mają broni, ale jest jeszcze jedna karta, której nie użyli – kryptowaluty. W każdej chwili mogą przerzucić się na używanie kryptowalut, by omijać podatki i państwową inwigilację. Na razie tylko niektóre z hongkońskich sklepów zaczęły przyjmować płatności w Bitcoinie na znak protestu, ale handel Bitcoinem w Hongkongu (przy użyciu LocalBitcoins) osiągnął niedawno swój szczyt. A od przerzucenia się na używanie kryptowalut jest już tylko krok do dalszego zastępowania państwa blockchainem.

Czy rewolucja Hongkończyków się uda? Nie wiem, ale życzę im zwycięstwa.

光復香港,時代革命!

Adam Danisz

– – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – – –

Polski oddział wsparcia dla rewolucji w Hongkongu

Tytuł artykułu nawiązuje do utworu Rebellion in Dreamland zespołu Gamma Ray, który traktuje o wolnościowej rewolucji.


[1] Słowa takie jak „legislatywa” czy „sejm” specjalnie piszę małymi literami, jako anarchista nie uznaję ich świętości.

[2] Kilku protestujących zostało w sali obrad do prawie samego końca, chcieli przyjąć atak policji i zostać męczennikami, ale reszta (zachowując zarazem życie i honor swoich kolegów) wyciągnęła ich siłą.

[3] Oczywiście korzystają z pozwalających na anonimowość i kupowanych za gotówkę papierowych biletów do komunikacji miejskiej, a nie elektronicznych i kupowanych na kartę.

[4] Nie tylko snajperzy policji, ale również chińscy wojskowi stacjonujący w Hongkongu byli traktowani laserami, a to stąd, że w Hongkongu znajduje się jeden garnizon chińskiej armii.. Nie odpowiedzieli ogniem.

[5] Zresztą hongkońscy rewolucjoniści mają tego świadomość i otwarcie nawiązują do Rewolucji Amerykańskiej pisząc na murach słynne „Dajcie mi wolność albo śmierć!”, wymachując symbolicznie amerykańskimi flagami czy tworząc grafiki z „Nie depcz mnie!” (tylko zamiast węża umieszczając smoka).

Skomentuj

*